Model prognostyczny „New York Times’a” szacował szanse zwycięstwa Hilary Clinton na 84 proc., „Huffington Post” na 98 proc., a Princeton Election Consortium nawet na 99 proc. Wszystko to na nic. Wbrew oczekiwaniom Trump był w stanie zmobilizować zmarginalizowaną ekonomicznie białą ludność z mniejszych miast. Ich gniew i poczucie bezsilności były ignorowane przez waszyngtońskie elity przez dwie dekady rosnących nierówności, banków zbyt dużych, aby upaść oraz globalizacji spychającej wiele osób na przegrane pozycje.

Za taki bieg wypadków współodpowiedzialni byli zarówno Republikanie, jak i Demokraci. O ile administracja George’a W. Busha przyspieszyła deregulację sektora finansowego, to administracja Billa Clintona rozpoczęła rozmontowywanie ustawy Glassa-Steagalla, a w szczególności jej ograniczeń prawnych dotyczących sektora finansowego. Doprowadziło to do spuszczenia ze smyczy Wall Street i pobudzenia procesu „finansyzacji” amerykańskiej gospodarki. 9 listopada 2016 roku zarówno Demokraci, jak i Republikanie przeżyli prawdziwy szok.

Nic wielkiego się nie stało?

Po wyborach w amerykańskich kręgach akademickich i liberalnych zapanowały zdecydowanie negatywne nastroje. Istnieje przekonanie, że przeprowadzka Trumpa do Białego Domu będzie poważnym zagrożeniem dla demokracji w USA. Obawy wynikają stąd, że silnie polaryzująca i brutalna kampania wyborcza mogła być tylko przedsmakiem tego, do czego zdolny jest Trump. Niektórzy ostrożni optymiści wskazują na system mechanizmów kontrolnych (tzw. checks and balances), który powinien zapobiec destrukcyjnej polityce Trumpa, ale ze względu na nadchodzące nominacje do Sądu Najwyższego i republikańską większość w Kongresie, może się okazać, że Demokraci mają do dyspozycji bardzo niewiele instrumentów politycznych (m.in. tzw. filibuster, czyli obstrukcja procedowania ustaw w Senacie), aby przeciwdziałać skoncentrowanej władzy obozu rządzącego.

Z Trumpem jako niespodziewanym obrońcą zwykłych ludzi na pewno wprowadzone zostaną pewne zmiany, głównie dlatego, że będą one popierane przez republikańską większość w Kongresie. Niektóre z głównych inicjatyw Obamy, w tym tzw. Affordable Care Act (ustawa o reformie opieki zdrowotnej, znana także jako Obamacare) i Porozumienie paryskie w sprawie zmian klimatu, mogą zostać wycofane lub osłabione. Stałoby się tak jednak w przypadku każdego przeciętnego republikańskiego prezydenta pracującego z kontrolowanym przez Republikanów Kongresem. Jest bardzo prawdopodobne, że Trump będzie w stanie uzyskać poparcie dla nowych wydatków na infrastrukturę i obniżki podatków dla rodzin o wysokich dochodach, o ile nie skłóci się z kierownictwem Partii Republikańskiej. Republikanie próbowali już przepchnąć taką ustawę przez Kongres w styczniu 2016 roku, ale powstrzymało ich dopiero weto prezydenta Obamy.

Z jednej strony, zarówno cięcia podatkowe, jak i wydatki infrastrukturalne mają szansę zwiększyć wzrost gospodarczy w USA, przynajmniej w krótkim okresie. W dniu wyborów indeks giełdowy i obligacje skarbowe USA wystrzeliły w górę, ponieważ inwestorzy szacowali, że nowy rząd nie tylko zwiększy wydatki na kulejącą infrastrukturę, ale również doprowadzi do wzrostu inflacji. Niezależny think-tank Tax Policy Center obliczył, że sam program obniżenia podatków Trumpa (który jest dość podobny do planu reformy podatkowej opracowanej przez Republikanów w Kongresie) mógłby dodać około 1,7 procent do krajowego PKB w 2017 roku. Program inwestycji infrastrukturalnych warty 1 bilion dolarów w ciągu najbliższych 10 lat mógłby przyspieszyć tempo wzrostu PKB jeszcze bardziej. Doradca ekonomiczny Trumpa, Stephen Moore, uważa, że z opodatkowania zagranicznych dochodów korporacji amerykańskich można uzyskać 150 miliardów dolarów, które zainwestowane zostaną w nowe drogi, mosty i lotniska. Co ciekawe, jeszcze w sierpniu 2016 roku Moore bardzo krytykował Obamę za jego wydatki na infrastrukturę. „W czasie prezydentury Obamy Waszyngton wydał prawie 1 bilion dolarów na infrastrukturę. […] To więcej pieniędzy niż wydał jakikolwiek inny prezydent w historii”. W pewnym sensie, program infrastrukturalny Trumpa może nie być aż tak rewolucyjny, jak prezentują go niektórzy Republikanie.

Z drugiej strony, istnieje kwestia handlu międzynarodowego, którego Donald Trump – zgodnie z jego wieloma wypowiedziami z czasu kampanii – nie jest wielkim fanem. Jeśli zdecyduje się on trwać przy swoich obietnicach i zlikwidować porozumienie NAFTA lub wprowadzić więcej protekcjonizmu w stosunkach handlowych pomiędzy USA i Chinami, obniży to istotnie wzrost gospodarczy i doprowadzi do ogromnego wzrostu kosztów utrzymania dla rodzin biednych i tych o niższych lub średnich dochodach w USA.

Wyobraźmy sobie, co się stanie z firmą Apple Inc. produkującą swoje urządzenia w Chinach, po tym jak Stany Zjednoczone jednostronnie wprowadzą wysokie taryfy celne. Szybko okaże się, że fabryki Apple w Chinach naruszają chińskie przepisy w zakresie środowiska, zdrowia i bezpieczeństwa. Nie ma czegoś takiego jak jednostronny protekcjonizm, ponieważ spirala protekcjonizmu zwykle szkodzi wszystkim zainteresowanym stronom. Zwiększenie protekcjonizmu spowoduje recesję na rynkach wschodzących, szkodząc również gospodarce europejskiej, która jest poddana większej ekspozycji na handel międzynarodowy niż gospodarka USA. Ogromne szkody poniosą w szczególności Niemcy ze względu na swoją gospodarkę zorientowaną na eksport, co będzie miało poważne konsekwencje także dla Europy Środkowej i Wschodniej.

Jak obca jest polityka zagraniczna?

Nie jest żadną tajemnicą, że Donald Trump nie ma doświadczenia w dziedzinie polityki zagranicznej i postrzega stosunki międzynarodowe w kategoriach „ubijania interesów” i „zawierania transakcji”. Nie będzie on jednak pierwszym prezydentem z ograniczonym zrozumieniem złożoności stosunków międzynarodowych. W związku z tym doradcy pracujący w Białym Domu i główni członkowie administracji (niekoniecznie wyłącznie osoby odpowiedzialne za politykę zagraniczną) odgrywać będą kluczową rolę w określaniu parametrów polityki zagranicznej nowej administracji.

Obaj najwyżsi rangą doradcy w nowej administracji – Stephen Bannon (główny strateg i starszy doradca) i Reince Priebus (szef sztabu Białego Domu) nie posiadają doświadczenia ani kompetencji w zakresie polityki zagranicznej. Podczas gdy Donald Trump wyraził swoją admirację dla Władimira Putina i wykazał zainteresowanie „resetem” stosunków z Rosją, przyszły wiceprezydent Mike Pence wielokrotnie mówił, że USA stawi czoła Rosji w Syrii (poprzez ustanowienie bezpiecznej strefy) i w Europie Wschodniej (poprzez ulokowanie tarczy antyrakietowej), a także robił aluzje do znanej z epoki Reagana jastrzębiej polityki wobec Rosji. Również Rudy Guliani, który był rozpatrywany jako jeden z głównych kandydatów na stanowisko sekretarza stanu, reprezentuje bardziej konfrontacyjne stanowiska w stosunku do Moskwy. Innym kandydatem na to stanowisko jest John Bolton, wojowniczy były ambasador USA przy Organizacji Narodów Zjednoczonych, który w zeszłym roku wezwał Stany Zjednoczone do zbombardowania Iranu.

Biorąc pod uwagę to zróżnicowanie pozycji, niski stopień spójności i znaczny brak doświadczenia Trumpa i jego przyszłych współpracowników, możemy spodziewać się niekonsekwentnej polityki zagranicznej nowej administracji, skutkującej częstymi zmianami stanowiska, tak jak to miało miejsce w przypadku polityki zagranicznej Obamy w Syrii, ale na większą skalę. Możliwa jest przewaga retoryki nad decyzjami, co jest także związane z silną pozycją Stephena Bannona w Białym Domu i jego skłonnością do prowokacji, konfliktu i odrzucania politycznej poprawności (bliską stanowiskom otwartego rasizmu i białej supremacji).

Pierwszy poważniejszy sprawdzian będzie mieć miejsce w pierwszym tygodniu marca 2017 roku, kiedy podejmowana będzie decyzja w sprawie sankcji wobec Rosji, po wygaśnięciu prezydenckiego Rozporządzenia Wykonawczego 1366 ustanawiającego sankcje. W związku z tym po rozpoczęciu swojej kadencji Trump będzie miał około sześciu tygodni, aby podjąć decyzję o nowym otwarciu w stosunkach z Rosją.

Pomimo retoryki Trumpa zapowiadającej lepsze stosunki z Rosją, niektórzy eksperci są głęboko sceptyczni wobec tego, czy nowy „reset” będzie w ogóle możliwy. Taras Kuzio, ekspert w zakresie polityki rosyjskiej i ukraińskiej z University of Alberta, twierdzi, że jakikolwiek amerykański „reset” w stosunkach z Rosją rządzoną przez Putina jest skazany na porażkę. „Dwie próby resetu w stosunkach z Rosją ogłaszane przez prezydentów George’a W. Busha i Baracka Obamę nie powiodły się, ponieważ Moskwa uważała, że to wyłącznie Stany Zjednoczone – a nie ona – powinny podlegać resetowi.

Obie próby resetu zostały podjęte w lepszych warunkach międzynarodowych, jeden po atakach terrorystycznych na amerykańskie miasta z 11 września 2001 roku, a drugi podczas prezydentury „liberalnego” Dmitrija Miedwiediewa. Dzisiejsze warunki, kiedy Putin i Rosja mają bardzo niską pozycję międzynarodową, a zachodni przywódcy określają jej działania w Syrii mianem zbrodni wojennych, są znacznie mniej sprzyjające dla pomyślnego resetu”.

W rezultacie każda próba zakończenia sankcji wobec Rosji prawdopodobnie spotka się z oporem bardzo krytycznej wobec Putina Partii Republikańskiej w Kongresie. W kwestii polityki wobec Rosji na linii prezydent-Kongres mogą pojawić się podobne napięcia, jak podczas prezydentury poprzednika Trumpa, kiedy Barack Obama zawetował decyzję Kongresu Stanów Zjednoczonych dotyczącą wysyłania uzbrojenia Ukrainie.

Europa Środkowa i Wschodnia: gdzie to jest na mapie? 

Trump, podobnie jak wielu innych amerykańskich prezydentów, nie posiada dużej wiedzy o regionie Europy Środkowej i Wschodniej i w związku z tym może działać pod wpływem osobistych sympatii i antypatii. Dlatego właśnie Wiktor Orban bardzo szybko pogratulował Trumpowi zwycięstwa, a Milos Zeman bez wytchnienia wyrażał swoje poparcie.

Polska jest krajem, który Trump zna najlepiej ze względu na rolę polskiej diaspory w polityce amerykańskiej. Dlatego prezydent Polski Andrzej Duda był pierwszym, po prezydentach Rosji i Ukrainy, przywódcą środkowoeuropejskim, z którym rozmawiał Trump. Według polskiego ambasadora w Stanach Zjednoczonych, Piotra Wilczka, był to gest Trumpa w kierunku Polski i jej wiodącej roli w regionie.

Ponadto wydatki Polski na obronność na poziomie 2 proc. PKB (co jest zgodnie z wytycznymi NATO) sprawiają, że należymy do dość ekskluzywnego klubu pięciu państw w ramach NATO (obok USA, Wielkiej Brytanii, Grecji i Estonii) jako jedyne państwo Europy Środkowej i Wschodniej (dla porównania Słowacja wydaje na obronność 1,16 proc. PKB, podczas gdy Czechy 1,04 proc., a Węgry 1,01 proc.).

Inne państwa Europy Środkowej i Wschodniej, które są znacznie mniejsze od Polski zarówno pod względem liczby ludności, jak i gospodarki, mogą znaleźć się pod presją USA ze względu na ich raczej skromne wydatki na obronność. Oczekuje się, że Trump obniży wkład finansowy Stanów Zjednoczonych w Pakt Północnoatlantycki z 45 procent do 37 procent i będzie domagać się, aby Europejczycy podnieśli swój wkład w celu pokrycia różnicy. Prawdopodobnie doprowadzi to do zwiększenia wydatków na obronność w kilku krajach europejskich i wzmocni ambicje niektórych państw członkowskich Unii Europejskiej, w tym zwłaszcza Francji i Niemiec, do rozszerzenia strategicznej autonomii Unii Europejskiej poprzez bardziej zorganizowaną współpracę obronną.

Jeśli chodzi o politykę Unii Europejskiej wobec Moskwy, głównym problemem pozostaną prawdopodobnie Węgry, jako że Viktor Orban z zadowoleniem przyjmuje zapowiedzi Trumpa dotyczące ponownego zbliżenia USA z Rosją oraz odrzuca unijne sankcje wobec Moskwy. Ponieważ Orban lubi rozgrywać Unię Europejską przeciwko Rosji, może to osłabić kruchą spójność w ramach Grupy Wyszehradzkiej, opierającą się obecnie głównie na antymigracyjnym sprzeciwie wobec stanowiska Niemiec, ponieważ w innych kwestiach więcej jest różnic niż podobieństw.

Istnieje także bardziej ogólna obawa, że zwycięstwo Trumpa może dać dodatkowy impuls antyunijnym populistom w regionie, zarówno tym będącym u władzy, jak i tym, którzy nie są wystarczająco silni, aby utworzyć rząd, ale na fali nowej popularności wywołanej przez prezydenturę Trumpa mogą wywierać na swoje rządy presję do zajmowania bardziej antyunijnych pozycji. Taki problem może wystąpić choćby w Republice Czeskiej w kontekście wyborów w 2017 roku. W czeskim parlamencie znajduje się kilka eurosceptycznych partii (Obywatelska Partia Demokratyczna – ODS, Świt – Narodowa Koalicja, z której w 2015 roku wyodrębniła się nowa silnie eurosceptyczna partia Wolność i Demokracja Bezpośrednia). Nowy impuls dla tendencji populistycznych w Europie Środkowej i Wschodniej może wytworzyć presję na rządy do kontynuowania polityki renacjonalizacji, także poprzez głoszenie, że Unia Europejska jest bezsilna i pozbawiona znaczenia.

>>> Polecamy: Brak gotówki, chaos i grabieże. Rozpaczliwa interwencja prezydenta Maduro

Bilateralizacja 

W stosunkach Stanów Zjednoczonych z regionem mogą zyskać na znaczeniu trzy bardziej konkretne aspekty: bilateralizacja, finansowanie NATO oraz polityka ochrony środowiska. Ponieważ Trump postrzega stosunki międzynarodowe jako serię „transakcji”, możemy oczekiwać bilateralizacji polityki zagranicznej USA. W konsekwencji ucierpią wielostronne instytucje regulujące kwestie handlu międzynarodowego, ochrony środowiska i rozbrojenia, a organizacje wielostronne, takie jak np. WTO, mogą zostać osłabione.

Stany Zjednoczone ograniczą rolę umów wielostronnych i preferować będą umowy dwustronne oraz szczyty najpotężniejszych państw, w tym głównie G-7 i G-20. Większość krajów Europy Środkowej i Wschodniej będzie z tego wykluczona od samego początku, biorąc pod uwagę ich względnie ograniczone znaczenie gospodarcze i geopolityczne. Polska jest jedynym krajem w Europie Środkowej i Wschodniej, który mógłby się zbliżyć do hipotetycznego zasięgu G-20. Ale Warszawa nie ma obecnie żadnych szans, aby stać się pełnoprawnym członkiem grupy, ponieważ Polska nie będzie w stanie wystarczająco szybko zwiększyć swojego potencjału ekonomicznego. Mimo tego, Polska mogłaby lobbować o status stałego gościa na szczytach G-20, podobny do statusu, który w ramach G-20 ma obecnie Hiszpania.

Trump wyraził także wolę wycofania Stanów Zjednoczonych z Porozumienia paryskiego w sprawie zmian klimatu. Możliwe, że ogłosi on, że Stany Zjednoczone nie będą przestrzegać zaplanowanych narodowych kontrybucji (w przypadku Stanów Zjednoczonych: redukcja poziomów emisji z 2005 roku o 26-28 procent do 2025 roku), jako że wycofanie się z umowy nie jest proste, biorąc pod uwagę, że weszła już ona w życie. Na arenie krajowej Trump chce „przywrócić przemysł węglowy” i wspierać tzw. fracking, czyli wydobycie metodą szczelinowania hydraulicznego. Jest to zgodne z polskim stanowiskiem odnośnie przemysłu węglowego i może ponownie ożywić zainteresowanie frackingiem w Polsce.

Nowy Berlusconi w Białym Domu

Główną kwestią pozostaje to, czy Donald Trump stanie się bardziej „prezydencki”, kiedy zasiądzie w Białym Domu. Odpowiedź brzmi: prawdopodobnie nie. Trump nie jest typowym Republikaninem, mającym silną pozycję wewnątrz partii, ale outsiderem, który przejął kontrolę w Partii Republikańskiej wbrew preferencjom jej kierownictwa, które wspierało go bez przekonania, a wielu wysokich rangą Republikanów, jak np. John McCain, wręcz otwarcie zwróciło się przeciwko niemu.

Podobnie w sierpniu 2016 roku w liście otwartym 50 ekspertów Partii Republikańskiej ds. bezpieczeństwa narodowego skrytykowało Trumpa jako najbardziej lekkomyślnego kandydata na prezydenta w historii Stanów Zjednoczonych. Trump bardzo chętnie wygłaszał tyrady przeciwko liderom Partii Republikańskiej, takim jak Paul Ryan, co sugeruje, że jako prezydent nie będzie koniecznie unikać konfliktu z republikańską większością. Ponadto zaawansowany wiek Trumpa może skutkować większą agresywnością, ponieważ w przeciwieństwie do Baracka Obamy czy nawet Billa Clintona, jest mało prawdopodobne, aby planował on dalszą karierę po zakończeniu prezydentury.

W tym kontekście Donald Trump może okazać się kolejnym Berlusconim, który ma trudność w oddzieleniu polityki publicznej i własnych biznesów, postrzega bezpieczeństwo międzynarodowe z punktu widzenia handlu i stosuje się do porad tego doradcy, którego wysłuchał jako ostatniego. Największe obawy dotyczą związków pomiędzy prywatnymi biznesami Trumpa i polityką rządu. 11 listopada Trump powołał do zespołu przejściowego trójkę swoich dzieci, a także swojego zięcia, co tworzy wrażenie budowania klanowego systemu decyzyjnego. Ponieważ dzieci Trumpa będą zarządzać jego biznesami, a także mieć wpływ na skład nowej administracji, regularnie może powracać kwestia konfliktu interesów.

Jednym z ostatnich tego przykładów są długi Trumpa w zagranicznych bankach. Na przykład Deutsche Bank rzekomo udzielił Donaldowi Trumpowi kredytów na 2.5 miliarda dolarów od 1998 roku. Obecnie szacuje się, że nadal ma on w tym banku pozostające do spłaty zadłużenie w wysokości 350 milionów dol. Obecnie Deutsche Bank prowadzi z administracją Obamy negocjacje dotyczące wysokości odszkodowania, które będzie musiał zapłacić za sprzedaż śmieciowych hipotecznych papierów wartościowych o podwyższonym ryzyku nieświadomym klientom z USA. Dlatego – jak się sądzi – bank myśli o przeciągnięciu rozmów do stycznia 2017 roku, kiedy Trump oficjalnie zostanie prezydentem.

Kolejnym problemem będzie rekrutacja personelu. Ze względu na małą republikańską rebelię przeciwko Trumpowi, nie jest on skłonny do zatrudniania ludzi z Partii Republikańskiej, uniwersytetów ani waszyngtońskich think-tanków, co byłoby naturalnym źródłem kadr dla każdej innej nowej administracji, tak Republikańskiej, jak i Demokratycznej. Wraz z każdą nową administracją do obsadzenia jest około 4 tysięcy stanowisk, ale tym razem prawdopodobnie zostaną one objęte przez lobbystów z sektora prywatnego i konsultantów korporacyjnych.

Ludzie tacy, jak Michael Cotanzaro (lobbysta Devon Energy) będą rekrutować do pracy w Departamencie Energii, podczas gdy Michael Torrey (lobbysta przemysłu spożywczego) pomoże znaleźć nowych pracowników dla Departamentu Rolnictwa. Również osoby wskazane już jako kandydaci na najwyższe stanowiska finansowe w administracji Trumpa, takie jak Steven Mnuchin (były bankier w Goldman-Sachs) czy Wilbur Ross (Rothschild Investments) sugerują, że interesy sektora prywatnego będą miały ogromny wpływ na przyszłe decyzje administracji Trumpa.

Trump najwyraźniej zdaje sobie sprawę z negatywnego wrażenia, jakie tworzy zbyt duża liczba lobbystów w jego zespole, ponieważ zaproponował wprowadzenie pięcioletniego zakazu lobbingu dla byłych pracowników administracji rządowej – co jest dość niewiarygodną obietnicą, biorąc pod uwagę brak instrumentów prawnych do wdrożenia takiego zakazu.

Sugeruje to dwie rzeczy:

Po pierwsze, możemy spodziewać się dalszej deregulacji gospodarki Stanów Zjednoczonych, na której niekoniecznie skorzysta Wall Street (jako że główne banki w USA — Citigroup, Morgan Stanley i Goldman Sachs — w przeszłości odwróciły się od Trumpa z powodu jego skłonności do wchodzenia na drogę sądową oraz nieudanych przedsięwzięć biznesowych). Najbardziej zyskać mogą duże korporacje i przedsiębiorstwa inwestycyjne w energetyce, rolnictwie, telekomunikacji i branży budowlanej. W związku z tym nasuwa się pytanie, w jakim stopniu klasa średnia faktycznie zyska na przewidywanych zmianach.

Po drugie, jako że Trump chce renegocjować wielostronne umowy o wolnym handlu, takie jak NAFTA, może to oznaczać, że po ewentualnym unieważnieniu umowy NAFTA, z Kanadą i Meksykiem negocjowane będą oddzielnie dwustronne umowy handlowe, a Stany Zjednoczone naciskać będą na bardziej asymetryczne warunki sprzyjające amerykańskim firmom. W zamian za to Stany Zjednoczone mogłyby zaoferować większy import kanadyjskiej energii, a w szczególności bardziej zdecydowane poparcie dla rurociągu Keystone XL (z kanadyjskiej prowincji Alberta do Teksasu), który Barack Obama początkowo popierał, ale z którego ostatecznie zrezygnował.

Kanadyjski premier Justin Trudeau już zapowiedział, że byłby skłonny do renegocjacji porozumienia NAFTA. Renegocjacja układu NAFTA może okazać się jednak mniej opłacalna niż myśli Trump. Na przykład Meksyk jest obecnie w lepszej kondycji gospodarczej niż w 1992 roku, kiedy umowa została wynegocjowana i podpisana. Po ewentualnym otwarciu negocjacji rząd meksykański wysunąłby żądanie, aby Stany Zjednoczone zezwoliły meksykańskim ciężarówkom na poruszanie się po amerykańskich drogach, co zostało uwzględnione w pierwszym porozumieniu NAFTA, ale zostało później zablokowane przez Kongres.

Autor: Ireneusz Paweł Karolewski jest profesorem nadzwyczajnym nauk politycznych w Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy’ego Brandta na Uniwersytecie Wrocławskim. Był stypendystą Fundacji Kościuszkowskiej w Centrum Studiów Europejskich na Uniwersytecie Harvarda w 2014 roku i profesorem wizytującym w Szkole Administracji Publicznej Johna F. Kennedy’ego na Uniwersytecie Harvarda w 2015 roku. Jego zainteresowania badawcze obejmują teorię społeczną i polityczną, strukturę zarządzania w UE i politykę zagraniczną Unii Europejskiej.