Zacznijmy od dygresji. W niektórych miastach naszego regionu, gdy chęć pokazania się dominuje nad innymi priorytetami, rekonstrukcja zabytkowych centrów odbywa się po łebkach. Odmalowuje się fasady domów, wymienia okna, robi porządek z reklamami. Ale wystarczy wejść na podwórka, by odkryć zaśmiecone trawniki, odpadające tynki i odstraszające klatki schodowe, w których najpewniejszą perspektywą jest dostanie po głowie. Kazachstan po zbudowaniu monumentalnej stolicy ogłosił kolejną akcję renowacji swoich gospodarczych skarbów. Zacznijmy od rzutu oka na fasady.

Te wyglądają obiecująco. Wielka prywatyzacja przynoszących ogromne zyski aktywów, obietnica stosowania prawa brytyjskiego w astańskim centrum finansowym, liczne ulgi podatkowe dla inwestorów, wciąż niedroga siła robocza (choć średnia pensja w Kazachstanie zrównała się już z analogicznym wskaźnikiem w Rosji). Wreszcie – zwłaszcza dla firm budowlanych – perspektywa pozyskania ogromnych środków z Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych. Kazachstan ma stać się państwem tranzytowym Nowego Jedwabnego Szlaku. Doświadczeni polscy budowlańcy mogliby ten szlak budować. I wszystko wygląda w porządku, dopóki nie wejdziemy ciut głębiej, w podwórko.

A tam jednak straszy parę zdemolowanych i okupowanych przez miejscowy element garaży. Państwa Azji Środkowej są bowiem obarczone sporym, choć na razie głównie potencjalnym, ryzykiem inwestycyjnym. Chodzi o rzecz absolutnie banalną: niestabilność systemu politycznego. Prezydent Nursułtan Nazarbajew, który premierem republiki został w 1984 r., a więc jeszcze w głębokim Sojuzie, ma dziś 76 lat. Kazachski reżim jest znacznie łagodniejszy niż w niedalekim Turkmenistanie czy Uzbekistanie. Nazarbajew stawia na spokój społeczny i gra na hasłach porozumienia międzyreligijnego i międzyetnicznego. Musi, bo Rosjanie stanowią tam jedną czwartą ludności i gdyby tylko odczuli jakieś oznaki dyskryminacji, Astanie groziłaby powtórka z Krymu i Zagłębia Donieckiego.

Ale brak demokracji i system polityczny oparty na silnej władzy jednostki ma określone skutki. Jednym z nich jest kompletny brak procedur przekazania władzy, obecnych w demokracjach i kolegialnych autorytaryzmach typu chińskiego. Gdy prezydent takiego kraju umiera, można się spodziewać wszystkiego. Poszczególne frakcje i klany zaczynają walczyć o wpływy. Nikt nie wie, ile ten chaos potrwa ani kto ostatecznie sięgnie po władzę. Może będzie to dyktator-liberał, Nazarbajew bis, który pozwoli swobodnie działać zachodnim inwestorom. A może tyran kleptokrata, który będzie wolał położyć łapę na wszystkim, w co przez lata zainwestowano miliardy. Sięgając po płynące z Astany oferty, trzeba to ryzyko uwzględnić. Mieć świadomość, że zaniedbane podwórka mogą wygrać z odnowionymi oficynami.

>>> Polecamy: Węgry dbają o budżetową dyscyplinę. Polska kopiuje od nich tylko złe rozwiązania