Światowi giganci, czyli koncerny Nippon Steel & Sumitomo Metal Corp. oraz Glencore ustalili właśnie cenę dla kontraktów na dostawy węgla koksującego typu hard premium (najlepszej jakości) w pierwszym kwartale 2017 roku na 285 dolarów za tonę. Na taką samą cenę zgodził się również Teck Resources. W czwartym kwartale 2016 roku benchmark dla cen węgla koksującego wynosi 200 dolarów za tonę, podczas gdy w trzecim kwartale 2016 r. były to tylko 93 dolary za tonę.

Z węgla koksowego produkuje się koks, który jest bazą do produkcji stali. Jest kontraktowany co kwartał i tak też ustalane są jego ceny. A są one ściśle powiązane z tym, co dzieje się w branży stalowej. W ostatnich latach węgiel koksowy bił raczej rekordy niskich cen, a nie wysokich, ale teraz zbliża się do niewyobrażalnych poziomów sprzed kilku lat, gdy tona kosztowała ponad 300 dolarów. Wszyscy mówili wtedy o bańce, która musi wreszcie pęknąć. I faktycznie tak się stało, jednak potem przez kilka lat ceny nie potrafiły się znacząco odbić.

Czy teraz czeka nas podobna sytuacja? To kluczowe pytanie przede wszystkim dla Jastrzębskiej Spółki Węglowej, która jest największym w Unii Europejskiej producentem węgla koksowego, jak również znaczącym producentem koksu (do 2014 r. nawet największym na świecie eksporterem tego surowca). Po światowych doniesieniach o benchmarku na poziomie 285 dolarów za tonę w pierwszym kwartale przyszłego roku akcje spółki z Jastrzębia Zdroju podrożały o kilka procent. Czy JSW może się spodziewać aż takich kokosów w swoich kontraktach?

Gdy w trzecim kwartale tego roku benczmark węgla koksowego hard wynosił 93 dolary za tonę, a tego typu semi-soft 74 dolary za tonę, JSW informowała o średniej cenie za oba rodzaje na poziomie 85 dolarów za tonę. Biorąc pod uwagę kurs dolara – wynik całkiem niezły i bez zdarzeń jednorazowych dał w trzecim kwartale 48 mln zł zysku netto. Dla JSW generującej od kilkunastu miesięcy spore straty to sukces. Zwłaszcza, gdy koszt wydobycia jednej tony węgla oscyluje tam średnio wokół 100 dolarów za tonę. Przy benczmarku na poziomie 285 dolarów w I kw. 2017 r. JSW ma naprawdę spore szanse na dobre wyniki – według analityków przyszły rok spokojnie może już zakończyć na plusie zyskami liczonymi w miliardach złotych. Ale… No właśnie.

BHP Billiton, największy na świecie koncern górniczy oczekuje zahamowania wzrostu cen węgla koksowego. Jednym z powodów są Chiny, które zapowiedziały otwarcie 70 nowych kopalń węgla koksowego. Inne powody są bardziej prozaiczne – na przykład takie, że wiele elementów stalowych coraz częściej można zastąpić kompozytami, a np. w przemyśle motoryzacyjnym stali zużywa się coraz mniej dążąc do tego, by auta były coraz lżejsze.

„Potężny wzrost ceny węgla wynika ze spadku produkcji w USA, Kanadzie i przede wszystkim w Chinach, jednak widać już zmianę retoryki i zbliżający się wzrost podaży. Wysoka cena przełożyła się na mocny wzrost cen stali, co też może wpłynąć na zmniejszenie popytu. Oczekujemy normalizacji ceny na poziomie 150 dolarów za tonę już w drugim półroczu 2017 r.” – napisali pod koniec listopada w swoim raporcie analitycy DM PKO BP. Ich zdaniem średnia cena węgla koksowego na 2017 r. utrzyma się na poziomie 195 dolarów za tonę, co pozwoliłoby JSW na wypracowanie 4,8 mld zł EBITDA, czyli 3,3 mld zł zysku netto.

Raport ten postawił pod znakiem zapytania likwidację kopalni Krupiński, która jest warunkiem porozumienia JSW z bankami o restrukturyzacji zadłużenia. Jednak 1 grudnia walne JSW podjęło decyzję o przekazaniu tej kopalni w 2017 r. do Spółki Restrukturyzacji Kopalń. Państwowy właściciel argumentuje, że JSW nie stać na wydanie 300 mln zł na dojście za kilka lat do węgla koksowego w kopalni Krupiński (dziś wydobywa głównie węgiel energetyczny), bo nie ma pewności zwrotu tej inwestycji, a zakład w Suszcu przez 10 ostatnich lat przyniósł już 1 mld zł straty.

Czy polskie górnictwo borykające się z kłopotami ma w takim razie szansę na udział w tym chwilowym koniunkturalnym torcie?

– Chiny potrafią w krótkim czasie zarówno zwiększyć, jak i zmniejszyć produkcję węgla kamiennego, nawet o 300-400 mln ton. Wystarczy decyzja podjęta przez „jednego człowieka” (ogłaszana jest przez sekretarza Komisji ds. Rozwoju i Reform), że produkcja w kopalniach będzie prowadzona przez np. 330 a nie 276 dni w roku, albo odwrotnie – tłumaczy Krzysztof Szlaga, prezes Lubelskiego Węgla Bogdanka.

– W lutym cena węgla energetycznego w portach ARA (Amsterdam – Rotterdam – Antwerpia) ocierała się o 40 dolarów za tonę. W takich krajach jak Kolumbia górnicy usłyszeli wtedy – nie produkujemy, macie wolne, bo produkcja po prostu się nie opłaca. A ponieważ firmy w tych krajach działają w innych systemach prawa pracy, a przy tym wydobywają w sposób prostszy – odkrywkowo, a nie 1000 m pod ziemią jak w Polsce, to mogą być też bardziej elastyczne w swoich decyzjach – dodaje.

Ze względów ekonomicznych także Chińczycy zmniejszyli na początku roku wydobycie, podobnie Amerykanie. Chińczycy zamknęli też część ze swoich najmniejszych, niedochodowych kopalń. To zbiegło się w czasie m.in. z sytuacją pogodową w Australii czy Indonezji i zaczęło brakować węgla na światowych rynkach. A wtedy, co naturalne, ceny odbiły.

– USA i Kolumbia wracają obecnie do wydobycia. To naturalny cykl ekonomiczny. Gdybyśmy mieli w kopalni pełne zwały węgla, którego nikt by nie chciał kupić, to wtedy zaprzestalibyśmy produkcji w weekendy – uważa Szlaga. – A skoro ceny poszły w górę, „obudziły się” też Chiny i obecnie już wróciły do produkcji przez 330 dni w roku. O ile przy 40 dolarach za tonę produkcja wielu producentom się nie opłaca, to przy 90 dolarach za tonę – opłaca się prawie każdemu. Prawie, bo są takie kopalnie w Polsce, które nawet przy tym poziomie cenowym wydobywają ze stratą, bo prowadzą wydobycie na dużych głębokościach, przy wysokich zagrożeniach i w związku z tym są niewydolne kosztowo – mówi prezes Bogdanki.

Polska produkuje rocznie ok. 70 mln ton węgla, z czego ok. 60 mln ton energetycznego. UE importuje rocznie ok. 200 mln ton tego paliwa.

– Ale przy kosztach wydobycia w Polsce oraz kosztach transportu kolejowego nie wyeksportujemy znaczących wolumenów węgla do UE, bo ta naturalnie wybierze produkt tańszy, czyli np. z Kolumbii czy Rosji. Musimy więc sami zadbać o siebie. To się dzieje, co widać choćby w przypadku prac rządu w kwestii rynku mocy, który naturalnie wsparłby produkcje energii elektrycznej z węgla. Słyszy się również o planie modernizacji kotłów klasy 200 MW, co mnie z punktu widzenia szefa spółki węglowej bardzo cieszy. Oznacza to bowiem, że planowane do wycofania kotły nadal będą pracować, a więc nadal będą potrzebowały węgla. Z importem nie możemy na razie skutecznie walczyć zwłaszcza, że w dużej mierze dotyczy on sortymentów grubych, których w Polsce po prostu brakuje – konkluduje Krzysztof Szlaga.

Autor:  Karolina Baca-Pogorzelska