Nie jestem jednym z tych, którzy potępiają przejawy egzaltacji patriotycznej, demokratycznej czy religijnej. Emocje to rzecz jak najbardziej ludzka. Ładunek zawarty w określeniu „porządny Polak” bywał używany w jak najlepszych celach – przykładem walka o godność narodu w latach stanu wojennego (m.in. liczba członków partii komunistycznej zmalała, niesiono pomoc aresztowanym, bojkotowano reżimowe organizacje). Na szczęście porzucono jednak ten język, siadając z czerwonymi do Okrągłego Stołu – mimo wszystkich ułomności początków transformacji zawierała ona, dzięki Bogu, ładunek politycznego wyrachowania.

Niestety w minionych latach projekt rewolucji moralnej (termin z XIX w. opisujący antyrosyjską postawę Polaków w czasie wzmożenia patriotycznego) wracał na scenę. Żadna ze stron sporów o lustrację, o konstytucję, o „pierwszy PiS”, podobnie jak teraz „o demokrację” nie była i nie jest przedłużeniem formacji suk Breżniewa, tych „onych” z lat stanu wojennego. Ale nie szkodzi... Nadużywano języka ocen moralnych, ponieważ nie umiano pokazać faktycznej treści sporu językiem polityki. Wiesław Walendziak pisał tuż przed wyborami prezydenckimi 1990 r: „Nikt nie pyta dzisiaj o przekonania, liczy się tylko, czy jesteś za, czy przeciw caudillo. Jeżeli jesteś za, możesz wejść w krąg przyjaciół wodza, a to się może wiązać z bardzo konkretnymi przywilejami i nadaniami”.

PO i PiS, dwie partie zaskakująco kiedyś do siebie podobne i podobnie definiujące wroga (korupcja, zaśniedziały wymiar sprawiedliwości etc.), zbudowały sobie fałszywe tożsamości Rycerzy Dobra w walce z demonami. Jak to się stało, że Polacy, naród niestroniący od ironii i powszechnie narzekający na polityków, kupili te moralizujące bzdury, pozostanie tajemnicą socjologii i psychologii narodowej.

>>> Czytaj też: Boom na mieszkania bez pożyczania. Polacy omijają banki. Skąd mają gotówkę?