Jego zdaniem najbardziej prawdopodobne, że Trump będzie odpowiednikiem byłego gubernatora Kalifornii Arnolda Schwarzeneggera. Który do polityki wszedł tak samo jak Trump. To znaczy z pozycji celebryty, pomijając tradycyjne kanały medialne oraz partyjną maszynę. Szybko jednak uświadomił sobie, że celebrycie najłatwiej jest wygrać wybory, ale dużo trudniej skutecznie rządzić. Choć na stanowisku wytrwał więc osiem lat, to w historii Kalifornii nie zapisał się szczególnie imponująco. I w roku 2011 został zastąpiony przez demokratę Jerry’ego Browna. Uosobienie sprawdzonego partyjnego wyjadacza (Brown był już gubernatorem Kalifornii w latach 70. i 80.).

Inny ciekawy pomysł na to, co wyniknie z triumfu Trumpa, płynie z lektury „Ekonomicznej historii Trumpizmu”. Czyli nowego tekstu historyka z Uniwersytetu Florydy Kennetha Lipartito. Jemu z kolei 2016 r. przypominał wybory z 1896 r., w których stanęli naprzeciw siebie demokrata William Jennings Bryan i republikanin William McKinley.

Bryan to w historii Ameryki wyjątkowa postać. Być może najważniejszy z polityków, którzy nigdy nie zostali prezydentami USA (a startował w wyborach trzy razy). Pochodzący z Nebraski Bryan wyrobił sobie markę jako reprezentant ówczesnych przegranych. Ale nie dopiero nabierającej świadomości swych praw klasy robotniczej, tylko prowincjonalnych amerykańskich farmerów. Którzy stanowili wówczas około połowę amerykańskiego społeczeństwa. Ale jednocześnie znaleźli się w schizofrenicznej sytuacji. Z jednej strony Ameryka po wojnie secesyjnej prężnie się rozwijała (tak ekonomicznie, jak i geopolitycznie), z drugiej – wśród farmerów dojrzewał gniew, bo mieli świadomość, że nie uczestniczą w tym wielkim sukcesie. Nie znosili elit pieniądza ze Wschodniego Wybrzeża, które zagarniały ich zdaniem lwią część wzrostu gospodarczego. Do tego dochodził wątek rasowy. Bo biali farmerzy z niechęcią patrzyli na migrantów oraz na emancypację czarnych. Bryan stał się rzecznikiem tamtych przegranych. Był populistą i był z tego dumny. Domagał się porzucenia parytetu złota, co miało ułatwić pogrążonej w stagnacji prowincji dostęp do taniego kredytu. Tego jednak obawiały się plutokratyczne elity finansowe oraz rodzący się przemysł. Ich kandydatem został republikanin William McKinley. Który po jednej z pierwszych profesjonalnych kampanii z udziałem mass mediów zwyciężył i został prezydentem. Wynik był więc odwrotny niż ten z 2016 r.

Ale my zwróćmy uwagę na to, co się stało potem. McKinley parytetu złota oczywiście nie porzucił, bo uderzyłoby to w interesy posiadaczy kapitału (nie lubią inflacji). Ale zaczął wprowadzać taryfy ochronne dla przemysłu. Które stopniowo umożliwiły amerykańskiemu przemysłowi rozwój i zaczęły przyciągać siłę roboczą z mniej produktywnego rolnictwa.

Innym ważnym wydarzeniem była nieoczekiwana śmierć (w 1899 r.) wiceprezydenta Garreta Hobarta (atak serca). Na jego miejsce McKinley powołał wschodzącą gwiazdę partii republikańskiej Theodore’a Roosevelta. Którego wierchuszka partii bardzo chciała się pozbyć z fotela gubernatora stanu Nowy Jork. Myśleli, że będą go mieli z głowy. Ale we wrześniu McKinley został zastrzelony przez anarchistę (notabene polskiego pochodzenia) i Roosevelt przeskoczył na fotel prezydenta. Po czym zaczął prowadzić politykę, jakiej nie powstydziłby się... pokonany w 1896 r. populista William J. Bryan.

Roosevelt mocno uderzył w przywileje wielkiego biznesu (wtedy mówiło się o nich kapitanowie przemysłu) i rozpoczął wprowadzanie ustawodawstwa propracowniczego. Co pomagało płynącym ze wsi do miast wykluczonym. W ten sposób Ameryka zaczęła przechodzić z ery pozłacanej w tzw. epokę progresywną. Której zwieńczeniem będą długie rządy demokratów Franklina D. Roosevelta i Harry’ego Trumana (1933–1953). Oraz tzw. złota era zachodniego kapitalizmu.

Wiadomo, że dziś prostych analogii nie będzie. Chciałem jednak państwu pokazać, że w demokracji i w życiu społecznym jedna wyborcza decyzja niczego nie przesądza. Bo historia to nie jest jazda po prostej drodze ciągle naprzód. To raczej ciągle kluczenie, cofanie i omijanie. I ważne jest nie tylko, jak szybko się ta podróż odbywa. Ważne, by po drodze z pojazdu nie wypadali ludzie. A jak wypadają, to trzeba znaleźć sposoby, żeby umieć po nich wrócić i wciągnąć ich z powrotem. ⒸⓅ

Donald Trump może podzielić los Arnolda Schwarzeneggera. Który jako gubernator Kalifornii szybko sobie uświadomił, że celebrycie najłatwiej jest wygrać wybory. Lecz dużo trudniej skutecznie rządzić

>>> Czytaj też: Giuliani: Sankcje Obamy nałożone na Rosję mają "zablokować" Trumpa