Termin Russlandversteher (rozumiejący Rosję), określający człowieka gotowego do usprawiedliwienia dowolnego wybryku Kremla, pochodzi z języka niemieckiego. Mimo to gdyby nie dzisiejsze Niemcy, Europa nie stawiałaby nawet ułamka obecnego oporu wobec putinizmu. Dlatego ogromne znaczenie Niemiec dla polskiej polityki zagranicznej nie wynika tylko z dużej wymiany gospodarczej między naszymi krajami.

Zwłaszcza na Ukrainie rozprzestrzenione jest przekonanie, że Zachód zostawił ją samą sobie w zmaganiach z Kremlem, a rozczarowanie postawą UE rośnie wprost proporcjonalnie do liczby oświadczeń wyrażających „głębokie zaniepokojenie”. Tym niemniej bez Berlina sankcji na Rosję najpewniej już by nie było. To Niemcy wzięły na siebie zadanie przełamywania oporu niektórych państw UE, by te najpierw – po aneksji Krymu – zgodziły się nałożyć sankcje, a następnie po kolejnych eskalacjach konfliktu w Zagłębiu Donieckim powoli poszerzały ich zakres. To Angela Merkel – jak pisała niemiecka prasa – przekonywała głowy innych państw, że Kremlowi „nie chodzi tylko o Ukrainę, ale i o Mołdawię, Gruzję; można pytać o Serbię, o Bałkany Zachodnie”.

Czas gra dziś na korzyść Władimira Putina, a wzrost popularności innych europejskich Russlandversteherów i znużenie samą Ukrainą oraz jej problemami z korupcją i oligarchią sprawiają, że coraz trudniej bronić utrzymywania sankcji. Ale można być pewnym, że gdyby do rządowego gmachu przy Willy-Brandt-Straße wprowadził się ktokolwiek inny, zostałyby one zniesione w pierwszym możliwym terminie. Dlatego, mimo ideologicznych rozbieżności, nawet Jarosław Kaczyński zdaje sobie sprawę – co wyraził w ubiegłorocznej rozmowie z „Bildem” – że Angela Merkel z polskiego punktu widzenia jest najlepszym możliwym kanclerzem.

O tym, jakie znaczenie mają Niemcy dla powstrzymywania Rosji przed ekspansją, może świadczyć postawa Merkel podczas rozmów w Mińsku z lutego 2015 r. Ustalano wówczas warunki kruchego – jak się potem okazało – zawieszenia broni dla Donbasu. To kanclerz wpadła na pomysł francusko-niemieckiej misji pokojowej, przekonała do niego François Hollande’a, a następnie objechała siedem państw, by zadbać o ich przychylność dla swojej misji. W Warszawie Merkel nie była, ale przed Mińskiem z szefem naszej dyplomacji spotkał się jego niemiecki odpowiednik, a rezultaty spotkania relacjonował nad Wisłą niemiecki wiceminister dyplomacji.

W samym Mińsku to Merkel, korzystając z braku bariery językowej między nią a Putinem, niejednokrotnie wyciągała rosyjskiego prezydenta z sali rokowań, by przekonywać go do ustępstw, gdy rozmowy niebezpiecznie zbliżały się do pata. To ona, w przeciwieństwie do Hollande’a, nie była skłonna wierzyć na słowo Putinowi w kwestii aktualnego przebiegu frontu, od czego zależało ustalenie linii rozgraniczenia obu stron. I to ona wreszcie postawiła Władimirowi Władimirowiczowi ultimatum, gdy jego marionetki – liderzy samozwańczych republik ludowych – zaczęły niespodziewanie wyrażać własne wątpliwości co do treści wynegocjowanego porozumienia.

W Europie, w której coraz częściej do głosu dochodzą stronnictwa otwarcie prokremlowskie (już w maju możemy mieć we Francji drugą turę z dwoma prorosyjskimi kandydatami na prezydenta), takie podejście do władz na Kremlu staje się coraz bardziej odosobnione. I tym mocniej powinno spajać Berlin i Warszawę. Republika Federalna już raz sprzeciwiła się bliskiemu sobie państwu. To Berlin, po holenderskim referendum niezgadzającym się na zawarcie przez ten kraj umowy stowarzyszeniowej z Kijowem, zablokował dążenia Hagi do zapisania w unijnych dokumentach wprost, że Ukraina nigdy nie zostanie członkiem Unii Europejskiej.

Wszystko to nie oznacza, że postawa Niemiec wobec Rosji jest tożsama z polską. Nieprzypadkowo z języka niemieckiego wywodzi się nie tylko słowo Russlandversteher, ale i termin Realpolitik. Warszawę może irytować gra z Kremlem w dobrego i złego policjanta, w której tym dobrym był zazwyczaj eksszef dyplomacji Frank-Walter Steinmeier, który w najbliższą niedzielę zostanie wybrany na prezydenta RFN. Albo dobre relacje gospodarcze, których symbolem była pierwsza nitka Nord Stream, określona swego czasu przez Radosława Sikorskiego mianem energetycznego paktu Ribbentrop-Mołotow. A które teraz symbolizują kontrowersje wokół drugiej nitki rurociągu bałtyckiego albo zwiększonego wykorzystywania gazociągu OPAL.

Nie oznacza to też, że w niektórych obszarach nie mamy z Niemcami sprzecznych interesów lub potencjalnych punktów spornych. Sprawy – operując symbolem – okołonordstreamowe to tylko jeden przykład. Innym są zarzuty Berlina o dumping socjalny stosowany rzekomo przez polskie firmy transportowe. Można przypominać o nieuregulowanym statusie mniejszości polskiej i wypadkach stosowania sformułowania „polskie obozy”, co akurat w przypadku niemieckich mediów jest szczególnie irytujące (i wywołało w ostatnich tygodniach koordynowaną przez serwis Żelazna Logika reakcję tysięcy internautów).

Tyle że koniec końców Berlin i Warszawa i tak są na siebie skazane. Choćby ze względu na to, że sojuszników wypada szukać jak najbliżej i wśród tych, którzy mają zbliżone interesy. Wizyta kanclerz Merkel dowodzi, że rządy obu państw odrobiły tę lekcję. Teraz wypada wyciągnąć z niej wnioski. ⒸⓅ