Ćwierć wieku po upadku ZSRR, Rosja znów dąży do odzyskania statusu supermocarstwa, używając przy tym wielu podobnych metod opanowanych do perfekcji w czasie zimnej wojny. Oczywiście pod wieloma względami jest już za późno – stare imperium rosyjskie, zarówno w wersji carskiej, jak i komunistycznej, uległo tak dużej dekompozycji, że niemożliwe jest jego odtworzenie.

Rosja Władimira Putina potrzebowała nowej idei, dzięki której mogłaby odtworzyć swoją dawaną siłę. I znalazła – to koncepcja „rosyjskiego świata” – pomysł wspierany przez Rosyjski Kościół Prawosławny.

Koncepcja “rosyjskiego świata” jest szeroka i niewyraźna. Zawiera się w niej wspólnota rosyjskiego języka i kultury, ale także zachowanie konserwatywnych wartości i kulturowa konfrontacja z rzekomo bezbożnym i rozwiązłym Zachodem. W 2007 roku Władimir Putin dał podwaliny pod budowę „rosyjskiego świata”, zakładając poza granicami Rosji sieć rosyjskich centrów kultury, podobnych do brytyjskiej British Council czy chińskich Instytutów Konfucjusza. Dziś fundacja o nazwie „Ruski Mir” ma ponad 100 oddziałów na całym świecie.

“Rosyjski świat to niezależna cywilizacja, która jest w stanie promować określone idee” – napisał rosyjski deputowany Wiaczesław Nikonow, prawnuk Wiaczesława Mołotowa, w serii artykułów wydanych przez Fundację. „Rosyjski świat nie powinien dotyczyć wspomnień z przeszłości, ale marzeń o przyszłości” – dodaje Nikonow.
Jest jednak i druga strona tej wizji: obawa krajów, które już kiedyś znalazły się w orbicie wpływów Moskwy, że znów zostaną w nią wciągnięte. Tak jak napisano w corocznym raporcie estońskiego wywiadu:

„Pomimo deklaracji Władimira Putina, że upadek ZSRR był największą katastrofą geopolityczną XX wieku, celem Kremla nie jest odnowienie ZSRR. Chodzi natomiast o odbudowanie strefy wpływów przy pomocy narzędzi politycznych, gospodarczych i militarnych, co jest uważane za znacznie bardziej wzniosły cel”.

„Rosyjski świat” ma się opierać nie tylko na miękkiej sile. Odnosi się bowiem również do tego, co jest dziś określane mianem „wojny hybrydowej”. Jeśli dany kraj zechce opuścić „rosyjski świat”, wówczas Moskwa będzie chciała go zatrzymać – poprzez propagandę skierowaną do rosyjskojęzycznych obywateli, ale w razie konieczności użyje też siły, tak jak zrobiła to na Ukrainie.

Sojusz Północnoatlantycki, ze swoimi nieprzetestowanymi, ale potężnymi gwarancjami bezpieczeństwa, to jedyna ochrona dla krajów, które potencjalnie mogą być częścią „rosyjskiego świata” i mogą stać się elementem rosyjskiej strefy wpływów. Obecność NATO jak dotąd ograniczała działania Moskwy do „miękkiego wpływu”.
Można sobie wyobrazić, że stosunek danego kraju do NATO może być dobrym wskaźnikiem tego, czy to państwo jest atrakcyjne dla putinowskiego projektu “rosyjskiego świata”. Jeśli w danym państwie NATO cieszy się poparciem, to Kreml będzie próbował wykorzystać wszystkie możliwe sposoby, aby wpłynąć na dane społeczeństwo. Ale próby te będą o wiele mniejsze niż w przypadku krajów, w których społeczeństwa mają negatywny stosunek do NATO.

Instytut Gallupa opublikował sondaż dotyczący stosunku do NATO, przeprowadzony w krajach Europy Wschodniej w 2016 roku. Jego wyniki są w pewnej mierze zaskakujące. Ankietowanych zapytano, czy Sojusz Północnoatlantycki stanowi w większej mierze ochronę, czy zagrożenie dla danego kraju.

I tak Ukraińcy, pomimo, że od trzech lat prowadzą wojnę przeciw wspieranym przez Rosję separatystom, wciąż w większej mierze postrzegają NATO jako zagrożenie. W świetle tych badań nietrudno odgadnąć, dlaczego Putin nie odpuszcza Ukrainy.

Państwa bałtyckie, szczególnie Estonia i Litwa, już nie są tak interesujące dla Kremla. Społeczeństwa tych krajów bowiem w większości postrzegają NATO pozytywnie. Rosyjska inwazja typu hybrydowego byłaby w tych państwach zbyt kosztowna dla Moskwy. Nawet na Łotwie, gdzie istnieje duża mniejszość rosyjska, prawie połowa populacji ma poglądy korzystne wobec NATO. Sprawia to, że kraj ten również niekoniecznie wpisywałby się w projekt „rosyjskiego świata”.

Dalece bardziej produktywne dla Kremla jest skoncentrowanie się na państwach, gdzie społeczeństwa są w większej mierze zwrócone przeciw NATO. Chodzi o takie kraje, jak Armenia, Mołdawia, Serbia czy Czarnogóra. Nie powinno nikogo dziwić, że właśnie w tych państwach Rosja w ostatnim czasie zwiększyła swoją aktywność.

Co ciekawe, nawet wśród członków NATO są kraje, których społeczeństwa postrzegają Sojusz bardziej jako zagrożenie niż potencjalną ochronę. Chodzi o Bułgarię i Grecję. Sprawia to, że państwa te stają się obiecującymi arenami walki o rosyjskie wpływy. Tymczasem proradziecka Gruzja, gdzie postawy antynatowskie są w zdecydowanej mniejszości, jest prawdopodobnie już stracona dla Rosji.

Możliwe zatem, że eksperci próbujący rekonstruować strategię Putina, popełniają błąd, gdy skupiają się tylko na państwach postsowieckich czy krajach należących do WNP (Wspólnota Niepodległych Państw). W raporcie estońskiego wywiadu czytamy na przykład, jakoby ambicją Rosji było wzmocnienie swojego wpływu na obszarze WNP oraz integracja w ramach Unii Eurazjatyckiej. Myślenie takie może być jednak nieco przestarzałe. Rosja bowiem będzie chciała wzmocnić swoje wpływy wszędzie tam, gdzie społeczeństwa nie są nastawione antyrosyjsko, a NATO jest postrzegane jako zagrożenie. Oznacza to, że bardziej prawdopodobnym celem działań Moskwy będą Bałkany, a nie państwa bałtyckie.