Wizja „państwa aktywnego” będącego realnym graczem rynkowym, inwestorem, pracodawcą a nawet innowatorem wyraźnie wraca do łask. Coraz częściej jesteśmy przekonywani, czy to przez samych polityków, czy to przez niektórych intelektualistów – współczesnych „doradców księcia” – do tego, że błędem było założenie możliwie jak najbardziej odchudzonego państwa. Nieingerującego w gospodarkę w sposób inny, niż tylko poprzez ustalanie dla niej przejrzystych i równych dla wszystkich podmiotów reguł. Taki sterylny układ choćby z samej racji dynamiki życia politycznego nigdy nie był do końca możliwy. Stanowił za to pewien ideał, do którego dążenie ograniczało możliwe problemy wynikające z aktywnego udziału państwa w gospodarce.

Trudno wskazać na jedną przyczynę coraz wyraźniej zmieniającego się paradygmatu. Takich musiałoby być kilka, zapewne ważniejszą byłoby skojarzenie globalnego podziału pracy z negatywnymi efektami globalizacji, które okresowo i regionalnie mogą być dokuczliwe. Pomimo tego, że w globalnym bilansie zjawisko dzielenia się pracą i postępująca specjalizacja są czymś pozytywnym, to regionalnie, szczególnie w krajach o silnej przemysłowej przeszłości, mogą one oznaczać utratę pracy czy zapaść całych gałęzi gospodarki. To jest realny problem, z którym państwa jakoś muszą sobie radzić. Tracący zatrudnienie pracownik jest też wyborcą – i będzie starał się przy urnie walczyć o swój interes najlepiej jak potrafi.

Kardynalne błędy

Taki elektorat ktoś prędzej czy później będzie chciał obsłużyć i politycznie na tym skorzystać. I zapewne to właśnie to jest jednym z powodów wzrostu popularności idei państwa przedsiębiorczego. Ale jest i druga potencjalna przyczyna. Opisywana jeszcze przez Fryderyka Augusta von Hayeka „zgubna pycha rozumu”, przekonanie o tym, że to planiści rzekomo zdolni do kontroli nad procesami rynkowymi powinni mieć najwięcej do powiedzenia w państwie.

Tym razem w państwie przedsiębiorczym, które role kapitalisty, przedsiębiorcy i innowatora bierze na siebie. Działalność państwa w tych rolach obarczona jest jednak sporym błędem. Nie wynika on ze złej woli urzędników czy ich niskich kompetencji. Winny jest system, a nie konkretni ludzie, choć oczywiście i oni popełniają błędy. Robią to jednak w imieniu państwa, co powoduje, że koszty ich błędnych decyzji są redystrybuowane na tych, którzy ich nie podejmowali. Oczywiście, rynkowe podmioty, przedsiębiorcy pracujący na własny rachunek, kapitaliści, konsumenci, mylą się codziennie. I jest to zjawisko jak najbardziej normalne.

Rynek, jako suma dobrowolnych wymian, jest bowiem dokładnie tak samo zawodny jak tworzący go ludzie. Ma jednak jedną bardzo istotną cechę. Codziennie na rynku dokonywane są miliony korekt, które mają niwelować wcześniejsze błędne decyzje. W państwowym modelu zarządzania korekty są możliwe najczęściej raz na kilka lat, wraz z wyborami nowej ekipy rządzącej.

Alberto Mingardi, włoski politolog i dyrektor generalny Instituto Bruno Leoni, wymienia trzy główne zagrożenia związane z wiarą w słuszność państwa aktywnego. Jego głos w dyskusji prowadzonej w Polsce jest szczególnie istotny. Włochy w poprzednich dziesięcioleciach realizowały swoje własne plany gospodarcze zbliżone do tego, co dziś składa się na tzw. Plan Morawieckiego. Popełnione przez nich błędy mogą być dla Polski przestrogą, zwłaszcza, że regionalne rozwarstwienie kraju, kultura urzędnicza, przemysłowe tradycje i słabe tradycje liberalnego myślenia o gospodarce czynią nasze kraje w pewien sposób podobnymi do siebie.

Państwo chce wybrać zwycięzców 

Eksperci, czyli rządowi planiści, dysponujący dotacjami mogą decydować o tym, kto uzyskując finansowanie odniesie sukces na rynku – niestety zbyt często do czasu, póki wsparcie się nie skończy. Państwo bierze więc na siebie nie tylko rolę inwestora, ale też klienta, który decyduje o tym, która działalność utrzyma się nad kreską ekonomicznej opłacalności. Wydawać by się mogło, że jest to myślenie bliskie przekonaniu o posiadaniu szklanej kuli, którą gdzieś tam w biurku urzędnik decydujący o tym, kto otrzyma wsparcie, musi mieć schowaną. Z góry nie da się bowiem przewidzieć jaka działalność, jakie produkty i jakie przedsiębiorstwa odniosą sukces. To niejako w imieniu klientów rząd wybiera jakie produkty zwyciężą i które firmy będą je sprzedawać.

Konsekwencją może być dotowanie takiej formy działalności, która bez wsparcia nie osiągnęłaby zysku. Zasoby niezbędne do potrzymania jej aktywności na rynku mogłyby być użyte gdzie indziej i lepiej – tym samym państwo może przyczynić się do wypierania lepszych firm przez te gorsze.

Inwestuje się zawsze w jakimś celu. Jest nim oczywiście zysk. Na rynku łatwo go zmierzyć, jest on bowiem wymierny i możliwy do określenia, wyrażenia w jakichś wartościach, najczęściej finansowych. Czymś zupełnie naturalnym jest inwestowanie w celu sprzedania kwitnącej działalności. Ponownie, jak najbardziej dla zysku. Państwo inwestując może jednak działać inaczej i często to robi. Decyzja o zainwestowaniu w gałąź przemysłu czy konkretną firmę wcale nie musi być motywowana zyskiem finansowym – a nawet jeśli jest, to podjęcie jej przez państwo powoduje dodatkowe problemy. Państwo może bowiem łatwo wchodzić w inwestycje – ale ma problem z wyjściem z nich. Niekoniecznie jest nastawione na zysk, co powoduje też to, że do złej inwestycji potrafi dokładać kolejne fundusze – zamiast z niej wystąpić. Łatwo jest urzędnikom przerzucić koszt błędnej inwestycji na ogół podatników.

Planowanie przyszłości regionów

Odgórne planowanie może dotyczyć nie tylko pojedynczych inwestycji. Ich nagromadzenie w jednym miejscu, próba stworzenia klastra dotowanego przez państwo i budowa „koła zamachowego” to kolejny problem, tym razem z zakresu polityki regionalnej. Interes polityczny będzie tu kroczył przed zyskiem ekonomicznym.

W imię realizacji wizji politycznej mieszkańcy niektórych miejsc mogą być bardziej uprzywilejowani. Sam klaster wcale nie musi okazać się wydajny, co powoduje kolejne zagrożenie – po likwidacji podtrzymującej go kroplówki w postaci inwestycji państwowych może on z wiodącego przemysłowego obszaru stać się regionem skazanym na klęskę zgotowaną przez błędną inwestycję, za którą oczywiście winą będą obarczone wilcze prawa wolnego rynku.

Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego planiści narażają państwa i ich obywateli na te problemy? Przyczyna jest prosta: potencjalny zysk polityczny jest wyższy, niż możliwa ekonomiczna strata. Tą drugą można zresztą podzielić na ogół społeczeństwa, który solidarnie będzie musiał składać się na błędne inwestycje, dokładać do „narodowych czempionów” i ulubionych regionów władzy. Politykowi bardziej opłaca się zdobywać elektorat, umacniać ten już posiadany, oddziaływać narzędziami politycznymi na branże czy regiony niż tego nie robić. Problem inwestowania przez państwo to w rzeczywistości starcie dwóch stylów myślenia, które mają to do siebie, że nieszczególnie do siebie przystają. Znalezienie między nimi kompromisu to klucz do skutecznej polityki gospodarczej państwa. Rzecz jasna, odpowiedzi będzie tu więcej niż jedna.

Autor: Marcin Chmielowski, jest politologiem i filozofem polityki, wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości.