Pamiętam jeden z nowszych wywiadów z Leszkiem Balcerowiczem. Ojciec polskiej terapii szokowej żalił się, że pojechał na jeden z amerykańskich uniwersytetów, a tam zaczęli go wypytywać o polskie przemiany. Profesor myślał pewnie, że będzie to rytualna opowieść o wielkim sukcesie prymusa konsensusu waszyngtońskiego. A tu niespodzianka. Bo pytający znali transformację dzięki książce Elizabeth Dunn. I nie była to wizja transformacji, o której Balcerowicz i piewcy modelu „najlepszego z możliwych” polskich przemian lubią rozmawiać.

Dunn przyjechała do nas w połowie lat 90., żeby zrobić doktorat. Nie była ekspertką od Polski. Poszła tropem amerykańskiego koncernu Gerber (dziś własność Nestlé), który akurat kupił sprywatyzowane zakłady Alima w Rzeszowie. Alima to słynne bobofruty, soczki wymyślone jeszcze w międzywojniu, na których wychowało się kilka pokoleń dzieci w Polsce Ludowej. Po przełomie z Rzeszowa wyszedł jeszcze jeden pitny hit, czyli kultowe swego czasu Frugo. Dunn zatrudniła się w Alimie-Gerber i pracowała tam półtora roku przy produkcyjnej taśmie. Pracowała i obserwowała. A to, co widziała, opisała potem w „Prywatyzując Polskę”. Książka nie jest oczywiście reportażem, tylko pracą naukową z antropologii. Napisana jest jednak w stylu amerykańskim. Tak, żeby wymogom nauki stało się zadość, ale by jednocześnie mógł ją przeczytać ktoś spoza wąskiego grona specjalistów.

Dunn interesowało najbardziej zderzenie dwóch światów. Z jednej strony logika sporej amerykańskiej kapitalistycznej korporacji, z drugiej – mentalność personelu Alimy. Oryginalność spojrzenia polegała na tym, że potrafiła dostrzec to, czego nie widziała większość ówczesnych komentatorów przemian ekonomicznych. W przeciwieństwie do nich nie założyła z góry, że jest to walka racjonalności, doświadczenia, profesjonalizmu (Gerber) ze wstecznym, zsowietyzowanym i mało efektywnym korpusem Alimy. Jednocześnie Dunn wiedziała, że oba te żywioły nie spotykają się na równych warunkach. Obserwowała, jak stare próbuje się dostosować do nowego. Jak zmienia swoją skórę i tożsamość, by dopasować się do neoliberalnych oczekiwań nowych panów. Interesuje ją również sam proces prywatyzacji. Towarzyszące mu przez cały czas wątpliwości merytoryczne oraz eksperymenty z akcjonariatem pracowniczym (najpierw Gerber zachęcał pracowników do wzięcia udziału, ale gdy zobaczył, że może to ich wyemancypować, to szybko przystąpił do wykupu).

Dunn opublikowała pracę w 2004 r. Po polsku „Prywatyzując...” wyszło dopiero w 2008 r. A było to i tak zbyt wcześnie. Musiało upłynąć jeszcze kilka lat, by krytyka patologii polskiej transformacji wyszła u nas z katakumb i rozkręciła się na dobre. Dziś książka Dunn już tak nie szokuje, ale za to mam wrażenie, że potrafimy ją lepiej zrozumieć, przetrawić i docenić. Dlatego dobrze, że dostajemy jej wznowienie.