Społeczna harmonia w kraju będącym symbolem egalitaryzmu jest zagrożona. Kryzys na rynku ropy wypchnął z rynku pracy wielu Norwegów. Zlekceważenie tej sytuacji może się okazać bardzo szkodliwe dla jednego z najbardziej socjalnych państw na świecie.

Według głównego urzędu statystycznego Norwegii odsetek pracujących osób w wieku produkcyjnym spadł w 2016 roku do najniższego poziomu od ponad dwóch dekad. Spadek rozpoczął się wraz z nadejściem kryzysu finansowego w 2008 roku. Nie chodzi tylko o liczbę bezrobotnych, która w zeszłym roku wynosiła 5 proc. Rośnie także liczba osób, które przestały szukać pracy.

Główna ekonomistka największego norweskiego banku DNB ASA Jeanette Strom Jare wskazuje na przyczyny kryzysu na rynku pracy. Jej zdaniem to nie tylko zapaść na rynku ropy odpowiada za odpływ pracowników. Innymi ważnymi czynnikami pogłębiającymi ten negatywny proces są starzenie się populacji kraju oraz przyśpieszenie procesu automatyzacji pracy, która zabiera zajęcia ludziom o najniższych kwalifikacjach.

Ograniczenie liczby pracujących przekłada się na obniżenie przychodów budżetowych. Z powodów prawnych rząd nie może pozwolić sobie na nieograniczone pompowanie zysków z ropy do budżetu, wobec czego niższe wpływy podatkowe mogą uderzyć w politykę socjalną kraju i pogłębić nierówności społeczne. Pomimo tego rząd w ostatnim czasie wpadł w manię wydawania publicznych środków, co zaniepokoiło bank centralny.

Fatalne dane z rynku pracy pokazały, że w największym kryzysie znalazł się uzależniony od sektora naftowego południowo-zachodni region kraju. Najgorzej wygląda sytuacja młodych mężczyzn z niskim wykształceniem.

Kierujący największą w Norwegii organizacją pracodawców w branży usług i handlu Vibeke Madsen szacuje, że ok. 30 proc. „tradycyjnych” zawodów zanika na skutek automatyzacji. Szefowa banku DNB Rune Bjerke spodziewa się, że w ciągu najbliższych 5 lat liczba pracowników firmy zmniejszy się o ponad połowę.

>>> Polecamy: "Austria first". Kraj ogranicza napływ pracowników z innych krajów UE