Na kolację gości zostali poczęstowani ciastkami i herbatą.

- Żartowaliśmy z nich, że to jak powrót do przeszłości do dzieciństwa, kiedy to nocowali na obozach przetrwania – powiedział jeden z przedstawicieli społeczności Maorysów.

Przypadek ten pokazuje, że boom turystyczny w Nowej Zelandii spowodował, że infrastruktura hotelowa jest już na granicy wytrzymałości. W ciągu dwóch lat liczba przyjazdów wzrosła liczba przyjazdów i osiągnęła liczbę 3,5 mln wizyt. Przewidywania władz były o 480 tys. mniejsze. Brak zdolności do przyjmowania nowych turystów może skończyć się zanikiem dopływu dewiz do kraju.

Zatłoczone są ścieżki na płaskowyżach i w ośnieżonych dolinach górskich. Małe miejscowości nie są przygotowane do obsługi tak wielkiej liczby turystów. Tworzą się kolejki do atrakcji turystycznych. Na spacery z przewodnikiem po lodowcach trzeba zapisać się znacznie wcześniej, a mieć pewne miejsce.

Liczba turystów skoczyła o 12 proc. w 2016 roku. Ich liczba (4,5 mln) w 20125 roku prawie zrówna się z liczbą obywateli Nowej Zelandii (4,7 mln). Według szacunków rządu brakuje około 4500 pokojów hotelowych i to po uwzględnieniu istniejących planów budowy ponad 5200 nowych pomieszczeń.

Obłożenie hoteli w Auckland to średnio 94 proc. w lutym, a w ciągu roku średnio 86 proc.

Większa liczba turystów powoduje, że w niektórych regionach brakuje też parkingów i całej infrastruktury – zaczynając od toalet.

Wiele atrakcji turystycznych jest położonych z dala od miast. Pojawia się kłopot z finansowaniem inwestycji położonych na pustkowiu, które zapełniają się turystami. Pojawiają się pomysły, aby wejścia do parków narodowych na wzór amerykańskich Yellowstone czy Wielkiego Kanionu, były płatne.