Położony po ukraińskiej stronie punkt kontrolny w Czonharze trudno nazwać przejściem granicznym. Zamiast stałych budynków postawiono tu wiatę przykrytą blachą falistą. Zamiast biur stoją złączone i pomalowane na zielono dwa samochody dostawcze, z których pogranicznicy przez okno sprawdzają paszporty. Jest prowizorycznie, bo tak ma być. Zgodnie z zapisanym w ukraińskim prawie statusem Krymu jako terytorium tymczasowo okupowanym przez Rosję.

Po rosyjskiej stronie na odwrót. Rządzi przepych pograniczników. Trzykolorowa flaga i napis na wielkiej bramie z kilkuset metrów informują, że zbliżamy się do międzynarodowego przejścia granicznego Dżankoj. Tak jakby załoga tego miejsca chciała ogłosić: „Zostajemy tu na zawsze”. Wstępna rozmowa z celnikiem. Ksero wszystkich stron paszportu. Kilka minut później gwardzista prowadzi na przesłuchanie do kantorka Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB). Na półtoragodzinną rozmowę, która czasem przypomina karykaturę przesłuchania.

– Po co jedziecie na Krym? Gdzie się zatrzymujecie? Z kim się będziecie spotykać? O czym rozmawiać? Czy Służba Bezpieczeństwa Ukrainy chciała od was czegoś w Czonharze? – pyta funkcjonariusz. – Piszemy o tym, jak się integrujecie z Rosją. – Zbieracie doświadczenia, gdyby zachodnia Ukraina do Polski chciała? Możemy się podzielić – śmieje się Rosjanin. Jest miły. Stara się nie dać odczuć, że jest tu panem. – W armii byliście? W razie wojny chwycilibyście za broń? W sensie bronić ojczyzny przed wrogiem? – pyta. – A z kim mogłaby być taka wojna? – pytamy. – Mam na myśli jakiegoś hipotetycznego przeciwnika. Jedziecie z Kijowa? – człowiek z FSB zmienia temat. – Tam są ładne dziewczyny. Wszystkie Ukrainki są ładne – mówi.

Hybrydowa wojna o karty

Na samym Krymie trudno odczuć, że tylko Kreml uznał aneksję. Większość naszych rozmówców przekonuje, że nie odczuwa sankcji na własnej skórze. Nawet ci proukraińscy nie mają wątpliwości, że są one czysto teoretyczne. Niektórzy tylko skarżą się na niedogodności dnia codziennego. Ludzie płacą w sklepach wydanymi przez rosyjskie banki kartami Visa i Mastercard. Jak mówi Pawieł Żestkow, pracujący dla RNKB, największego banku na półwyspie, w marcu ruszył system, który pozwoli na to samo nam, obywatelom Unii Europejskiej. Spotykamy się z nim w Symferopolu w restauracji niedaleko pomnika „zielonych ludzików”, rosyjskich żołnierzy przysłanych tu w lutym 2014 r., by anektować półwysep.

Na dzień dobry Żestkow zapewnia nas, że uwielbia Zakopane. Później przechodzimy do konkretów. – Od grudnia ubiegłego roku w naszym banku pracujemy nad systemem, który pozwoli płacić w hotelach na półwyspie kartami Visa i Mastercard wydanymi przez zachodnie banki – tłumaczy, potwierdzając równocześnie, że już teraz osoba z kartą z rosyjskiego banku może ich bez problemu używać. Dopytujemy, czy to zgodne z regulacjami sankcyjnymi, nałożonymi na Rosję tuż po aneksji. Jego zdaniem tak. A jeśli chodzi o płatności dla osób z Zachodu, RNKB po prostu stworzył system informatyczny i terminale, które będą pośredniczyły w takich transakcjach. Program nazywa się Otiel, czyli hotel.

Wszystkie płatności wchodzą do Visy i Mastercarda nie bezpośrednio z Krymu, ale przez centralny system w Moskwie, który został stworzony częściowo po to, aby nie iść z operatorami na wojnę totalną. Z naszych źródeł wynika, że amerykańskie Biuro Kontroli Aktywów Zagranicznych, które czuwa nad przestrzeganiem sankcji, zdaje sobie sprawę z całego procederu. Problem w tym, że kiedy dziś płaci się rosyjską kartą Visa na Krymie, system widzi po prostu Rosję, nie konkretyzując miejsca dokonania transakcji. Czyli nie ma problemu, bo zakaz obejmuje wyłącznie okupowany półwysep. Jak to możliwe?

– Wygląda na to, że jedyne transakcje, których Visa i Mastercard w ogóle nie mogą obsługiwać, to te, w które są zaangażowane banki obłożone całkowitymi sankcjami, czyli zamrożeniem aktywów – mówi prawnik Tomasz Włostowski z brukselskiej kancelarii EUTradeDefence, specjalista w zakresie sankcji. – Z pozostałymi transakcjami płatniczymi Visa i Mastercard poradzono sobie przez uruchomiony przez Rosję w połowie 2015 r. wewnętrzny Narodowy System Kart Płatniczych, który obsługiwał karty, ale wydane przez rosyjskie banki. Dzięki niemu transakcje dokonywane na Krymie rosyjskimi kartami Visa czy Mastercard w pierwszej kolejności łączą się z systemem w Rosji, a nie z punktami obsługi Visa i Mastercard poza Rosją. Nie wiadomo, gdzie konkretnie w Rosji dokonywane są płatności – dodaje Włostowski.

Czy na tej samej zasadzie mógłby również płacić obywatel UE? – Aby przejść autoryzację, najpierw takie transakcje musiałyby zostać „wyprane” w systemie centralnym i dopiero potem poddane autoryzacji poza granicami Rosji, gdy dane dotyczące Krymu zostaną już wyczyszczone – tłumaczy nasz rozmówca. Tak jak przewiduje program Otiel. Zdaniem Włostowskiego jednak cały ten model działania jest wątpliwy zarówno w świetle amerykańskich, jak i unijnych restrykcji, które zakazują m.in. obchodzenia sankcji. Do zamknięcia tego numeru DGP Mastercard ani Visa nie odpowiedziały na wysłane do ich centrali pytania na ten temat.

Drugi sposób jest równie prosty: wystarczy zgłosić się do któregoś z krymskich oddziałów RNKB i wyrobić sobie rosyjską kartę, która pozwala rozliczać się w całym kraju. – Biznes zawsze znajdzie wyjście z trudnej sytuacji – uśmiecha się w rozmowie z nami Natalija Parchomienko-Stambulnikowa, szefowa Stowarzyszenia Małych Hoteli Krymu. – Pierwszy rok był dla nas trudny. Potem przywykliśmy i do sankcji, i do odcięcia się od Ukrainy – dodaje. Rozmywanie sankcji odbywa się z błogosławieństwem rządu. Pomaga bank centralny, który stworzył Narodowy System Kart Płatniczych. System jest pośrednikiem, do którego przenoszony jest ruch z banków krymskich. Pomaga Rosturizm, czyli urząd dbający o rozwój turystyki. Pomagają lokalne władze w Symferopolu. Niektórzy tylko nie chcą pozostawiać po sobie dokumentów, więc działania bywają koordynowane w trybie ustnym.

Pawieł Żestkow nie wspomina w rozmowie z nami, że RNKB, w którym pracuje, jest na liście zachodnich sankcji. Unia Europejska umieściła go na niej w sierpniu 2014 r., Amerykanie – w marcu 2015 r. Waszyngton oskarżył instytucję o finansowanie separatystów z półwyspu podczas aneksji. Właścicielem jest federalna agencja zajmująca się nieruchomościami. Podobną politykę prowadzi działający tu Gienbank (też na liście sankcji). Właścicielami 50 proc. udziałów w tej instytucji są z kolei nieuznawany przez świat rząd Krymu i władze wydzielonego miasta Sewastopol. Nikt nie ukrywa, o co chodzi w tej grze. W jednym z wywiadów oficjalnie przyznał to również szef krymskiego rządu Siergiej Aksionow. – Są schematy, które pozwalają obejść sankcje. Ale nie będę ujawniać sekretów – mówił polityk w rozmowie z agencją TASS.

Luka w Schengen

Podobnie jest z wizami. Teoretycznie posiadacz paszportu rosyjskiego z danymi adresowymi na Krymie nie może dostać wizy unijnej czy amerykańskiej. Teoretycznie. Rosjanie po aneksji pod przymusem wymienili dokumenty na federalne (kto nie ma rosyjskiego obywatelstwa, ten nie dostanie pracy ani nie przyjmie go lekarz), ale przymknęli oczy na zachowanie paszportów ukraińskich. To do nich wbijane są wizy Schengen. Pełen pragmatyzm. Nasz rozmówca ma dwa paszporty i dwa meldunki. Jeden w Symferopolu (tu jest Rosjaninem o imieniu – powiedzmy – Siergiej). Drugi w Chersoniu (gdzie jest Ukraińcem, czyli Serhijem). Jeśli chce wyjechać do Niemiec, wnioskuje o wizę w niemieckiej ambasadzie w Kijowie. Dostaje ją bez problemu.

Żeby było łatwiej żyć, Siergiej/Serhij ma też dwa komplety tablic rejestracyjnych. Gdy planuje odwiedziny siostry w Chersoniu, w garażu przykręca ukraińskie. Po Krymie porusza się z rosyjskimi, by nie budzić zbędnego zainteresowania policji. Schemat jest prosty: gdy po aneksji Rosjanie wymieniali dowody rejestracyjne na własne, nasz bohater za namową urzędnika zgłosił zaginięcie kompletu tablic razem z dokumentem. Dostał zaświadczenie od policji, a równolegle wydano mu rosyjskie numery. Na Ukrainie na podstawie zaświadczenia o kradzieży otrzymał legalny duplikat tablic i dokumentu. W ten sposób postąpiło wielu krymskich kierowców.

Jak wynika z naszych informacji, nieco gorzej mają krymscy urzędnicy, którym paszporty odebrano. Ale też bez przesady. W razie potrzeby, jeśli urzędnik udowodni konieczność wyjazdu na Zachód, dostaje paszport z powrotem. Ale i ci, którzy nie mają meldunku na Ukrainie, nie są bez szans. Jak mówił nam jeden z rozmówców, powstały wyspecjalizowane biura, pomagające usunąć przeszkody. On sam za wizę do jednego z państw Europy Zachodniej zapłacił szemranemu pośrednikowi 800 euro. Nie wnikał, do czego te pieniądze były potrzebne. W ostateczności można dostać rosyjski paszport z meldunkiem w sąsiednim Kraju Krasnodarskim, czyli na ziemi, co do której rosyjskości świat nie ma wątpliwości. A nawet poświadczenie o zatrudnieniu poza Krymem, żeby nikt w unijnej ambasadzie nawet nie pomyślał, że cokolwiek łączy nas z półwyspem.

Okręty pod turecką banderą

Sewastopol jest miastem wydzielonym. Ma własne władze, niezależne od krymskich. I port, który był jego oknem na świat. Po aneksji ruch w nim zamarł niemal całkowicie. Do czasu. Jak przekonuje nasz informator, regularnie wpływają do niego tureckie statki handlowe. Te dane potwierdza bliski administracji prezydenta Ukrainy, pochodzący z Krymu politolog Taras Berezoweć. Jak mówi DGP, władze w Kijowie zdają sobie sprawę, że tureckie jednostki łamią w ten sposób embargo. – Chodzi o dziesiątki okrętów. Opracowano cały schemat działania. Jednostki wpływają pod własną, turecką banderą – przekonuje nas Berezoweć. Ankara ma zresztą w tej dziedzinie doświadczenie. Wcześniej to właśnie dzięki Turkom separatystyczna Abchazja – zanim w 2008 r. jej niepodległość uznała Moskwa – miała dostęp do towarów z eksportu.

Od sklepów po telefony

Sankcje na Krymie zaczęto najpierw obchodzić niewinnie. Od telefonów komórkowych. Nie działał tam roaming ani na naszych polskich, ani ukraińskich kartach SIM. Po aneksji ukraińscy operatorzy się stąd wycofali, a Rosjanie w obawie przed sankcjami nie mogli ot tak wejść na Krym jak do siebie. Ale problem został już rozwiązany. Kupujemy kartę SIM największego rosyjskiego telekomu MTS. Po uruchomieniu okazuje się, że jesteśmy właścicielami numeru przypisanego do sąsiadującego z Krymem Kraju Krasnodarskiego, umowę zawarliśmy właśnie w Krasnodarze, w którym nigdy nie byliśmy, a telefon działa na Krymie w roamingu. Na papierze operatorem sieci komórkowych na Krymie nie jest wcale MTS, ale lokalny K-tielekom. Tyle że ten roaming nic użytkownika nie kosztuje. Płaci się tyle, ile za krajowe połączenia w Rosji.

Na miejscu postanowiły zostać niektóre zachodnie sieci handlowe. Po kilkuset metrach spaceru mijamy niemieckie Metro Cash & Carry (na Krymie MCC ma dwa sklepy). Jest też Auchan. Pytamy w centrali obydwu sieci, jak to się ma do sankcji. – Metro AG postępuje zgodnie z prawem oraz regulacjami UE. W tym konkretnym przypadku wprowadzonymi sankcjami. Dwa wspomniane sklepy są własnością oddzielnego podmiotu: Metro Group, które nie są ani własnością, ani nie są kontrolowane przez MCC Ukraine czy MCC Russia. Oba podmioty działają na podstawie rosyjskiego prawa handlowego i tym samym nie są podmiotem sankcji – mówi rzecznik Metro AG Leiding Chen.

Centrala Auchan zapewniła nas z kolei, że zdecydowała o „kontynuowaniu oferowania pewnych produktów mieszkańcom Krymu, szczególnie żywności”. – Podjęliśmy decyzję, by nie likwidować miejsc pracy dla lokalnej siły roboczej (250 osób). Dlatego sklep w Symferopolu powinien działać dalej. Zawsze prowadzimy działalność zgodnie z zasadami, z uwzględnieniem decyzji UE – zastrzega Marie Vanoye z biura prasowego francuskiej centrali. I powtarza, że „działalność na Krymie w żaden sposób nie łamie sankcji UE i nie jest sprzeczna z ukraińskim prawem”.

Jednak znaczna część zachodnich marek wycofała się z Krymu. Natychmiast, jak grzyby po deszczu, wyrosły lokalne podróbki, które zajęły niszę. Właścicielem lokum po barze KFC w centrum Symferopola została miejscowa firma Smak, która otworzyła bliźniaczy bar CFC, Crimean Fried Chicken. Zamiast Starbucksa jest Starmaks, a zamiast sklepów iStore – ruStore ze sprowadzanymi z Rosji wyrobami Apple’a. – Nie mamy problemu z dostępem do zachodnich ciuchów czy kosmetyków. Wszystko jest, tyle że przywożone z kontynentu – mówi nam krymska bizneswoman. Mianem kontynentu kiedyś określało się Ukrainę. Dziś mówi się tak o Rosji.

Mapa

Wracając na tereny kontrolowane przez Ukrainę, powtarzamy procedurę z FSB i celnikami. Trafiamy na zmianę kaukaską, przed którą ostrzegali nas znajomi. Jednak zamiast trzepania żołnierz Gwardii Narodowej na wstępie pyta nas, jakie są w Polsce samochody, czy mamy u siebie dobre piwo i jak nam się podobają krymskie dziewczyny. Pytania, co robiliśmy na półwyspie, tym razem zajmują godzinę. Pogranicznik uważnie analizuje nasze rosyjskie wizy w paszportach. Zajmują całą stronę. Mapa, która jest tłem wklejki, potrzebuje wiele miejsca. Co ciekawe, nie uwzględnia Krymu. Nie ma go w schematycznym obrysie Federacji Rosyjskiej. Półwysep przynajmniej w tym jednym rosyjskim dokumencie pozostaje ukraiński.

Kwestia życia i śmierci

Korespondencja z Krymu

Rosyjskie służby uważnie śledzą wszelkie przejawy niepokorności mieszkańców Krymu. Najwięcej problemów mają Tatarzy Krymscy.

W Dżankoju byliśmy świadkami krótkiego przesłuchania Tatara Krymskiego przez funkcjonariusza Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB). U 30-latka pogranicznicy znaleźli kserokopie Koranu. – To zwykłe ksero, w meczecie zrobiłem, na szczęście – przekonywał mężczyzna. – Jaki nurt islamu pan wyznaje? – dopytywał feesbesznik. – Z tego, co wiem, Tatarzy są sunnitami – odpowiedział.

– Ma pan coś wspólnego z ekstremizmem? – drążył funkcjonariusz. Tatar zaprzeczył. Zajęty nami mundurowy puścił go wolno. Ale na okupowanym półwyspie to właśnie Tatarzy Krymscy, stanowiący 12 proc. ludności Krymu, są najbardziej narażoną na represje grupą społeczną. Medżlis, organ reprezentujący ich interesy, został w ubiegłym roku zdelegalizowany. Szef lokalnej FSB generał Wiktor Pałagin to specjalista do walki z islamskim ekstremizmem, zwłaszcza z Hizb at-Tahrir, Partią Odrodzenia. Poprzednio kierował kontrwywiadem w rosyjskim Baszkortostanie, gdzie połowę mieszkańców stanowią muzułmanie.

Na Ukrainie Hizb at-Tahrir działa legalnie, ale Rosja uznaje ją za organizację terrorystyczną. – FSB działa według planu. W regularnych odstępach czasu, mniej więcej raz na kwartał, ogłasza się rozbicie cztero-, pięcioosobowej komórki Hizb at-Tahrir – opowiada nam miejscowy obrońca praw człowieka. Prosi o anonimowość; jego proukraińskie poglądy i tak gwarantują mu stałe zainteresowanie rosyjskich służb. Opowiada, że za kratki można trafić nawet za posiadanie wydanych jeszcze w czasach Ukrainy broszur z logiem Hizb at-Tahrir.

Zresztą nie trzeba broszur, by mieć problem. Lider Medżlisu Refat Czubarow ma zakaz wjazdu na Krym. Na proces czekają jego dwaj zastępcy, Ilmi Umerow i Achtem Czyjhoz. Pierwszy jest oskarżony o publiczne wezwania do naruszenia integralności terytorialnej Rosji. Poszło o wywiad udzielony zamkniętej już krymskotatarskiej telewizji ATR, w którym Umerow stwierdził, że liczy, iż sankcje zmuszą Rosję do wycofania się z Krymu, Doniecka i Ługańska. Czyjhoz zaś będzie odpowiadał za organizację zamieszek, jak Rosjanie opisują protesty Tatarów przeciwko zielonym ludzikom z zimy 2014 r.

Andriej Malgin, wieloletni dyrektor Centralnego Muzeum Taurydy w Symferopolu, był zwolennikiem przyłączenia Krymu do Rosji. Niektórzy nazywali go ideologiem krymskiego regionalizmu. Jego zdaniem Tatarzy Krymscy z własnej woli udali się na wewnętrzną emigrację. – Medżlis nie wpisał się w nowe realia. Został zdelegalizowany po tym, jak jego działacze zorganizowali blokadę handlową Krymu. Nowych formuł dialogu nie ma. – Ale Krym jest mały; brak dialogu instytucjonalnego rekompensują kontakty międzyludzkie – dodaje.

– Dla Zachodu Krym to jakieś oddalone terytorium, ale dla nas to kwestia życia i śmierci. A ja chciałbym być pochowany na swojej ziemi – mówi DGP Mustafa Dżemilew, dawny szef Medżlisu, a obecnie pełnomocnik prezydenta Petra Poroszenki ds. Tatarów Krymskich, który jako dysydent przesiedział 15 lat w sowieckich łagrach.

Znaczna część proukraińskich działaczy uciekła z Krymu po aneksji. Ci, którzy zostali, starają się nie rzucać w oczy ani nie korzystać z podsłuchiwanych telefonów. Jeśli się kontaktują, to za pomocą komunikatorów uznawanych za bezpieczne, jak Signal czy WhatsApp. – Nigdy nie wiadomo, kiedy FSB się znów tobą zainteresuje. Jeden z aktywistów wyjechał na kontynentalną Ukrainę, by przeczekać i pozwolić o sobie zapomnieć. Wrócił po pewnym czasie, licząc, że jeśli będzie siedział cicho, pozostanie na wolności. Rok po powrocie wszczęto przeciwko niemu śledztwo – opowiada jeden z działaczy.

W krymskich mediach państwowych trwa kampania zachęcająca mieszkańców półwyspu do poddania się dobrowolnej daktyloskopii. Według MSW masowe pobieranie odcisków palców od obywateli ma pomóc w poszukiwaniu zaginionych albo identyfikacji ofiar wypadków drogowych. Obrońcy praw człowieka są jednak przekonani, że to kolejne narzędzie kontroli społeczeństwa.