Główną osią konfliktu są walki pomiędzy wciąż urzędującym prezydentem Baszarem al-Asadem a koalicją ugrupowań, które chcą jego odejścia – w skrócie nazywanymi opozycją syryjską lub antyasadowską. To pokłosie tzw. arabskiej wiosny. W 2011 r. Syryjczycy, tak jak mieszkańcy Tunezji, Libii i Egiptu, wyszli na ulice protestować przeciw skorumpowanej i nieudolnej władzy swojego prezydenta. Za broń chwycili, kiedy al-Asad wyprowadził przeciw nim wojsko i kazał strzelać do manifestantów.

Wtedy spirala konfliktu zaczęła nakręcać się wyjątkowo szybko. Część wojskowych, oburzona rozkazem otwarcia ognia do cywilów, postanowiła zdezerterować i przyłączyć się do przeciwników prezydenta. W ten sposób opozycja zyskała ludzi z wojskowym doświadczeniem, co było kluczowe dla dalszego prowadzenia walk (siedmiu takich oficerów założyło wówczas Wolną Armię Syrii, główną bojówkę liczącą na początku konfliktu kilkanaście tysięcy byłych żołnierzy armii rządowej). Opozycji dość szybko udało się przejąć kontrolę nad obszarami i umocnić się w północnej (m.in. okolice Aleppo) i południowo-zachodniej części kraju, a także okolicach stolicy – Damaszku.

Syryjscy powstańcy nie walczyli jednak w próżni. Postęp insurekcji śledzono pilnie w Arabii Saudyjskiej oraz Iranie, dla których wynik walk był ważny z punktu widzenia własnych interesów. Baszar al-Asad od dawna był lojalnym sojusznikiem Teheranu, więc jego upadek stanowiłby dla Irańczyków poważny cios. Oznaczałby bowiem zmianę układu sił w regionie na korzyść Saudyjczyków, którzy od lat rywalizują z Iranem o hegemonię na Bliskim Wschodzie.

Oba kraje postanowiły więc zaangażować się w syryjski konflikt, aby przeważyć jego szalę na swoją stronę. Zarówno do opozycji, jak i władz w Damaszku popłynęło więc wsparcie finansowe i materialne (w formie uzbrojenia). Iran dodatkowo zmobilizował do walki po stronie al-Asada Hezbollah – finansowane przez siebie ugrupowanie terrorystyczne z Libanu. Chociaż „paliwo” do dalszych walk otrzymały obie strony, to w 2015 r. wydawało się, że szala zwycięstwa przechyla się na stronę opozycji.

I wtedy sprawy skomplikowały się jeszcze bardziej, bo w konflikt postanowiła zaangażować się Rosja. Upadek al-Asada oznaczałby dla Moskwy nie tylko utratę jednego sojusznika w regionie, lecz także osłabienie drugiego, czyli Iranu. Wraz z rozpoczęciem rosyjskich nalotów konflikt nabrał też wymiaru globalnego – rywalizacji między Moskwą a Waszyngtonem. Kampania lotnicza nie tylko zatrzymała pasmo sukcesów syryjskiej opozycji i zepchnęła ją do defensywy, ale też zapewniła Moskwie rolę rozdającego karty w rozmowach o przyszłości kraju – ucierając w ten sposób nosa Stanom Zjednoczonym, które były niechętne militarnej interwencji w Syrii.

Barack Obama chciał co prawda upadku al-Asada, ale po doświadczeniach z Afganistanu i Iraku nie zamierzał ryzykować angażowania armii USA w kolejny, trwający latami konflikt bez widoków na pomyślne zakończenie. Waszyngton ograniczył się więc tylko do szkolenia żołnierzy opozycji.

W syryjski konflikt zaangażowanych jest jednak więcej stron. Dowódcy Al-Kaidy bardzo szybko zrozumieli, że wojna domowa w kraju stanowi dla nich świetną okazję, aby zbudować w Syrii przyczółek. Z tego względu już na wczesnym etapie konfliktu iracka Al-Kaida zaczęła wysyłać do kraju bojowników, którzy mieli stać się zalążkiem nowej organizacji w Syrii. W ten sposób powstał m.in. Front al-Nusra, jedna z najliczniejszych grup w obrębie antyasadowskiej opozycji.

W połowie 2013 r. lider irackiej Al-Kaidy, Abu Bakr al-Baghdadi, postanowił jednak zerwać więzy ze swoją macierzystą organizacją, powołując do życia Państwo Islamskie Iraku i Lewantu. Wykorzystując zdobyte już w Syrii wpływy, przejął kontrolę nad wschodnimi połaciami kraju. Sprzyjał mu fakt, że prezydent al-Asad oraz chcąca obalić go opozycja były zbyt zajęte walką między sobą, aby stawić czoła tzw. Państwu Islamskiemu. Co więcej, jego działalność była na rękę opozycji, bo osłabiała al-Asada. Z kolei reżim szybko ułożył się z islamistami, zakupując od nich w zamian za broń ropę z kontrolowanych przez terrorystów złóż. Tajemnicą poliszynela jest, że przez cały czas trwania konfliktu na terenach okupowanych przez ISIS działały syryjskie sieci telefonii komórkowej.

Warto podkreślić, że to tzw. Państwo Islamskie, a nie reżim al-Asada stanowi główny cel amerykańskich nalotów w Syrii. Dlatego decyzja o ataku na syryjską bazę wojskową, podjęta ostatnio przez prezydenta Donalda Trumpa, stanowi odejście od dotychczasowej strategii USA w Syrii.

Chaos pogłębia również to, że osobną frakcją konfliktu są syryjscy Kurdowie. Postrzegają oni wojnę domową jako okazję na wykrojenie sobie autonomii w powojennej Syrii. Wspiera ich Waszyngton, gdzie są postrzegani jako jedyna skuteczna siła lądowa w walce z ISIS, ale są tępieni przez Turcję, która widzi w nich terrorystów. Na różnych etapach konfliktu każda z tych frakcji walczyła z każdą inną – w zależności od tego, w jakiej akurat znajdowały się konstelacji. To wszystko sprawia, że niełatwo będzie rozsupłać syryjski węzeł.