O nowej jednostce wytwórczej w Puławach mówi się już w zasadzie od dekady, ale przygotowania do budowy bloku gazowo-parowego trwały od 2012 r. Przypomnijmy, że wówczas zakładano budowę dwóch bloków o łącznej mocy 750-800 MW. Przetarg unieważniono już raz pod koniec 2014 r., uzasadniając to brakiem stabilnego wsparcia dla wysokosprawnej kogeneracji.

Jednak już w kolejnym roku temat powrócił, tym razem w postaci bloku gazowego klasy 400 MWe. W połowie 2015 r. spółka Elektrownia Puławy podpisała z BGK list intencyjny co do sfinansowania kogeneracyjnego bloku a otoczenie – głównie nieustannie spadające ceny gazu – pozwalały ówczesnemu zarządowi ZA patrzeć na inwestycję z optymizmem.

- Prognozy dla cen gazu są znakomite – mówił nam wtedy ówczesny prezes Elektrowni Puławy Zygmunt Kwiatkowski. Dodając, że gaz można już kupić na rynku za mniej niż 300 dol. za 1000 m sześc. Porównując to do dzisiejszych cen i prognoz trudno nie przyznać, że prezes Kwiatkowski miał całkowitą rację. - Dzięki blokowi nie musielibyśmy kupować rocznie na rynku ok. 1 TWh energii – mówił ówczesny wiceprezes Grupy Azoty Wojciech Kozak. Dodajmy dla porządku, że w zdecydowanej większości produkowanej z węgla. Mało tego, jak szacował ówczesny zarząd, 400 MWe blok w Puławach ograniczyłby o połowę – z ok. 700 do 350 tys. ton rocznie – zapotrzebowanie całej grupy na węgiel.

Parę miesięcy później wybory wygrało PiS, a w spółkach Skarbu Państwa zagościły nowe ekipy, które literalnie wdrażały rządowe hasła o priorytecie dla węgla. Jednak ta ofensywa wydawała się omijać Puławy. W marcu 2016 r. reaktywowano postępowanie przetargowe, i mimo powracających co jakiś czas pogłosek o zwrocie w kierunku węgla, udało się je doprowadzić niemal do końca. W lutym 2017 r. ostateczne oferty cenowe złożyły Siemens i GE, i chociaż oficjalnie ich nie ujawniano, to nieoficjalnie wiadomo było, że obie mieściły się w budżecie inwestora wynoszącym 1,12 mld zł. Na przykład oferta Siemensa opiewać miała na 951,9 mln zł, a co więcej - za te same pieniądze możliwe było postawienie bloku o mocy elektrycznej 500 MW, produkującego też 310 MW ciepła. Przy bardzo wysokiej sprawności – rzędu 78 proc., - emisja CO2 tej instalacji miała wynosić 250 g/kWh, co jest wartością nieosiągalną dla bloku na węgiel, nawet pracującego w skojarzeniu.

Takie parametry wskazywały że w Puławach postanie najbardziej efektywny kosztowo blok gazowo-parowy w kraju. Odpowiednie tereny, dobre warunki kontraktowe oraz fakt, że zakłady w Puławach i tak kupują wielkie ilości gazu, co pozwala zbić cenę – wszystko to obniżało koszty.

Jednostka trafiła na listę tzw. planu Junckera – czyli Europejskiego Funduszu na rzecz Inwestycji Strategicznych. W ramach planu Europejski Bank Inwestycyjny kredytuje kluczowe projekty na preferencyjnych warunkach. Jeszcze 17 marca 2017 r. Ministerstwo Rozwoju opublikowało najświeższą listę projektów, wciąż była na niej elektrownia gazowa, a wniosek o kredyt miał trafić do EBI w drugim kwartale 2017 r. Już wiadomo, że nie trafi, a kolejna inwestycja energetyczna z planu Junckera wypadnie, bo EBI nie finansuje w ogóle siłowni węglowych.

Elektrownia nie miała być jednostką systemową, ale ok. 60 proc. nadwyżka mocy miała zasilić krajowy system energetyczny, w dodatku w momencie (ok. 2020 r.) najwyższego przewidywanego deficytu mocy wytwórczych. To jednak także i obciążenie, bo Azoty nie są odpowiedzialne za bezpieczeństwo energetyczne kraju. Zatem nadwyżka energii musiałaby być sprzedawana na wolnym rynku. Jednak już w 2014 r. ze spółki wycofało się PGE GiEK, co oznacza, że Elektrownia Puławy nie miałaby żadnej rezerwy na wypadek awarii itp., swojego bloku, zatem ponosiłaby całkowite ryzyko niedotrzymania kontraktów. W dodatku kolejnych nakładów wymagałaby integracja bloku z istniejącą ciepłownią.

O tym co zrobił obecny zarząd i jaki to będzie miało wpływ na rynek gazu, dowiesz się z dalszej części artykułu na portalu wysokienapiecie.pl.

>>> Polecamy: Dania chce zmienić swe prawo, żeby móc blokować budowę gazociągów