Ignacy Morawski w interesującym felietonie o wyraźnie edukacyjnym zamyśle (DGP z 27 marca) podjął próbę interpretacji „dwu ciekawych problemów” zawartych w niedawnym wywiadzie Jarosława Kaczyńskiego dla „Rzeczpospolitej”. Po pierwsze, „czy my w ogóle jesteśmy w stanie osiągnąć poziom realnych dochodów na poziomie 85 proc. Niemiec”. Po drugie, „czy jest sens wchodzić do strefy euro, czy nie”. „Na dziś” odpowiedź Ignacego Morawskiego „na oba pytania brzmi »nie«”, chociaż autor nie wyklucza, że „warunki mogłyby nas zmusić, by w sprawie euro zmienić zdanie”.

Nawet przy takim zastrzeżeniu jego odpowiedzi są zdecydowanie zbyt kategoryczne i zbyt słabo uzasadnione, jeśli uwzględni się stopień skomplikowania wchodzących w grę uwarunkowań oraz ich znaczenia dla przyszłości polskiej gospodarki. Mało precyzyjną i trochę nonszalancką argumentację nieco usprawiedliwia forma felietonu, ale już nie przyjęte na wstępie założenie, że chodzi „o kilkudniowe wzmożone zainteresowanie tematem wspólnej waluty”. Dla Polski to obecnie jeden z kluczowych tematów. Dlatego zainteresowanie nim należy podtrzymywać i rozbudzać. Trzeba też jednak uważać, aby niezależnie od formy wypowiedzi nie przyczyniać się niechcący do utrwalania błędnych „mądrości obiegowych”. Mam pięć najważniejszych zastrzeżeń i wątpliwości wobec tekstu Ignacego Morawskiego.

Nawet jeśli błędnie zinterpretowane, te dwa problemy u Jarosława Kaczyńskiego są ze sobą ściśle powiązane: do dyskusji o euro można będzie powrócić, gdy osiągniemy 85 proc. PKB Niemiec. Natomiast Ignacy Morawski rozważa je właściwie jako niezależne od siebie. Jego zdaniem, jak pokazuje przykład Włoch i Słowacji, „poziom dochodu w  stosunku do Niemiec nie ma większego znaczenia”, jeśli chodzi o radzenie sobie przez dany kraj w strefie euro. Nawet jeśli uznać, że przykład tych krajów jest trafnie dobrany, to nie stanowi on uzasadnienia dla odrębnego rozpatrywania obydwu problemów. Takie podejście pomija bowiem pozytywne sprzężenie między członkostwem w strefie euro a tempem doganiania Niemiec. Określony poziom PKB może być dla jednych warunkiem przystąpienia, ale z drugiej strony członkostwo może przyspieszyć spełnienie tego warunku. Kwestia ta została podniesiona w dyskusji nad kryteriami z Maastricht. Kraj dopuszczony do wspólnego obszaru walutowego bez spełnienia kryteriów dzięki korzyściom z integracji może je szybciej spełnić.

Autor rozpatruje je jedynie w kontekście możliwości szybszego dogonienia Niemiec. A przecież jest ono jeszcze ważniejsze w kontekście członkostwa w strefie euro. Pozostając poza nią, tym bardziej będziemy potrzebować wolnej od błędów polityki, aby zmniejszyć ryzyko kryzysu walutowego czy finansowego lub zneutralizować ich skutki w sytuacji, gdy nasz dostęp do unijnych narzędzi stabilizacji makroekonomicznej i finansowej będzie stopniowo ograniczany.

Chodzi tu o dwie kwestie. Po pierwsze, nie wiadomo, dlaczego „rezygnacja z własnego pieniądza i własnej polityki pieniężnej” jest jednoznacznie traktowana jako koszt, mimo że najpoważniejsze kryzysy spowodowane były błędami we własnej, suwerennej polityce. Po drugie, skąd wiadomo, że „ogromny sukces polskiego eksportu w ostatnich latach” nie byłby jeszcze większy, gdyby nie występowało ryzyko kursowe?

Tu zaskakujące jest sformułowanie, że kryzys lat 2008–2012 pokazał, że doszło do „sztucznego obniżenia kosztu pożyczania poprzez zmianę waluty, w jakiej się pożycza”. Taki był łączny efekt decyzji uczestników rynków finansowych i nie ma w tym nic „sztucznego”. To tak, jakby powiedzieć, że spadek premii za ryzyko i obniżka rynkowych stóp procentowych, czego doświadczyliśmy w latach 90. dzięki intencji przystąpienia do UE, też było czymś „sztucznym” i w efekcie niekorzystnym.

Tu autor powiela typowe błędy, jakie często pojawiają się w dyskusji o euro, a polegające na dosyć niefrasobliwym podejściu do roli czasu w procesach gospodarczych. Trudno zrozumieć, dlaczego autor chce nas skazać „na skutki pozostawania na zewnątrz” w trakcie oczekiwania, aż „euro stanie się obszarem stabilnym i spajającym Europę”. Powinien się zastanowić, gdzie znajdowalibyśmy się obecnie w stosunku do PKB Niemiec, gdybyśmy na początku transformacji przyjęli podobne podejście typu „poczekamy, zobaczymy”. Nie przystąpilibyśmy do Unii Europejskiej, czekając, jakie skutki przyniesie jej rozszerzenie i jak na tym wyjdą Węgrzy, Czesi czy Słowacy. A zdaniem wielu komentatorów również wtedy „korzyści były bardzo niepewne i niejasne”.

Autor powinien też uwzględnić duże zmiany, które już się dokonały w architekturze instytucjonalnej w reakcji na kryzys i które się dokonają, zanim realistycznie moglibyśmy do niej przystąpić. Najtrudniejsze do zrozumienia jest jednak to, że autor dostrzega silny wzrost znaczenia politycznych argumentów za członkostwem w strefie euro, a jednocześnie tak łatwo akceptuje rzekome zerowe koszty pasywności, które całkiem szybko mogą przybrać postać działań obecnej władzy zmierzających do wyprowadzenia Polski z UE. Można mieć nadzieję, że Ignacy Morawski będzie wracał w swoich felietonach do kwestii członkostwa Polski w strefie euro, nie czekając, aż sprowokuje go do tego Jarosław Kaczyński kolejną próbą zabrania głosu w sprawach ekonomicznych.