Amerykańska bomba MOAB, od której potężniejsza jest już tylko bomba atomowa, została zrzucona 13 kwietnia na dolinę Mamand w afgańskim powiecie Achin, którego znaczną część kontrolują od dwóch lat partyzanci z wilajetu chorasańskiego, filii Państwa Islamskiego (kraina historyczna Chorasan obejmowała terytoria w Afganistanie, Pakistanie i Iranie). Achin leży w prowincji Nangarhar, na granicy z Pakistanem.

Według amerykańskich i afgańskich dowódców w wyniku eksplozji zginęła prawie setka partyzantów i ani jeden cywil. Liczba ofiar nalotu może wzrosnąć, ponieważ amerykańscy komandosi i afgańscy żołnierze wciąż przeszukują wyryte w górach bunkry i tunele, które od lat pełnią rolę partyzanckiej twierdzy, nazywanej często Tora Bora. Jesienią 2001 roku, po inwazji Amerykanów na Afganistan, w Tora Bora schronił się, a potem przedostał na pakistańską stronę granicy przywódca Al-Kaidy Osama bin Laden.

Liczbę ofiar mogą zwiększyć odnalezieni zabici partyzanci, ale także więźniowie, których chorasańska filia Państwa Islamskiego (IS) przetrzymywała w tamtejszych pieczarach. Bardzo prawdopodobne, że ofiar wśród ludności cywilnej rzeczywiście udało się uniknąć. MOAB, nazywana „matką wszystkich bomb”, została zrzucona u wejścia do doliny Mamand, z której większość mieszkańców uciekła przed brutalnymi rządami partyzantów IS, przybyłych tu latem 2015 r. Do Achinu uciekli przed ofensywą pakistańskiego wojska w pasztuńskich krainach Orakzaj i Badżaur po afgańskiej stronie granicy. Dzisiejsi partyzanci chorasańskiej filii IS to głównie byli pakistańscy talibowie i garstka talibów afgańskich, z których niektórzy przystąpili do IS dla zarobku, a inni z powodu wykluczenia z armii talibów. Przybysze skorzystali z gościny afgańskich talibów, ale w zeszłym roku zwrócili się przeciw gospodarzom i sami zawładnęli ich terytoriami.

Poza sporadycznymi zamachami bombowymi, wymierzonymi głównie w afgańskich szyitów, Hazarów, dżihadyści z IS odgrywają w Afganistanie rolę marginalną, a Nangarhar to jedyna z ponad 30 afgańskich prowincji, w której udało się im zagnieździć. Ze wszystkich pozostałych zostali usunięci przez talibów. W Nangarharze, gdzie talibowie okazali się słabsi, walkę przeciw dżihadystom przejęło afgańskie wojsko i amerykańscy komandosi, którzy wyparli partyzantów IS ze znacznej części powiatu Achin, ich najważniejszego bastionu. Amerykańscy dowódcy twierdzą, że bombowy atak na dolinę Mamand, tamtejsze bunkry i tunele był konieczny, bo ryzyko ofiar wśród ludności cywilnej było praktycznie żadne, a podczas pacyfikacji górskich zboczy mogło zginąć wielu afgańskich i amerykańskich żołnierzy.

Jeśli wierzyć informacjom amerykańskich dowódców o ok. 100 zabitych dżihadystach, w Achinie udało im się zdziesiątkować afgańską armię IS, której liczebność USA szacowały na 600-800 partyzantów. Amerykanie twierdzą też, że zdecydowali się na atak powietrzny, by udaremnić dżihadystom, ponoszącym ostatnio klęski w Syrii i Iraku, ewakuację i ukrycie się na afgańsko-pakistańskim pograniczu.

Jednak argumenty Amerykanów i afgańskiego prezydenta Aszrafa Ghaniego nie wszystkim w Afganistanie trafiają do przekonania. Poprzednik Ghaniego, Hamid Karzaj (2002-2014), nazwał zrzucenie przez Amerykanów MOAB zbrodnią wojenną i aktem zdrady. Karzaj, pozostający jedną z najbardziej wpływowych postaci na afgańskiej scenie politycznej, zarzucił Amerykanom, a zwłaszcza amerykańskiemu prezydentowi Donaldowi Trumpowi, że traktuje Afganistan jako poligon doświadczalny do testowania broni masowego rażenia. Zdrajcą nazwał Karzaj też Ghaniego, który zgodnie z oficjalną wersją wiedział o planowanym bombardowaniu i wyraził na nie zgodę. Karzaj zapowiedział, że zamierza występować przeciw Amerykanom i zrobi wszystko, by zmusić ich do wycofania się z Afganistanu.

Z zarzutem, że Amerykanie traktują Afganistan wyłącznie jako poligon doświadczalny, wystąpiła też wpływowa konserwatywna partia Hezb-e-Islami, której przywódca Gulbuddin Hekmatjar jeszcze niedawno walczył po stronie talibów. Rzecznik partii Amin Karim orzekł też, że Amerykanie zrzucili „matkę wszystkich bomb” w Afganistanie tylko po to, by urządzić tu demonstrację siły, i że nie miało to nic wspólnego z sytuacją wojenną w Afganistanie, a raczej miało zastraszyć przeciwników USA gdzie indziej w świecie. Amerykański atak poparł natomiast Atta Mohammed Nur, jeden z przywódców afgańskich Tadżyków i niekoronowany przywódca afgańskiej północy, którego ambicje sięgają prezydentury.

Kontrowersje wywołane przez amerykański nalot jeszcze bardziej utrudnią życie proamerykańskiemu prezydentowi Ghaniemu. Ghani, który spędził połowę życia na emigracji (głównie w USA), nie zdołał zbudować własnej bazy politycznej w Afganistanie. Zwracając się przeciw niemu, Karzaj i Hekmatjar mogą mu odebrać poparcie rodaków, Pasztunów, stanowiących połowę ludności kraju. Tadżycy (jedna czwarta ludności) popierają Attę i dr. Abdullaha - byłego rywala do prezydentury zarówno Karzaja, jak Ghaniego.

Amerykański nalot wzmógł też spekulacje, że wbrew przedwyborczym zapowiedziom Trumpa o wycofaniu się USA z Afganistanu jego doradcy i amerykańscy generałowie zamierzają bardziej zaangażować się w afgańską wojnę. Formalnie zachodnie wojska wycofały się z tej wojny z końcem 2014 r. Ale już poprzednik Trumpa Barack Obama pozostawił pod Hindukuszem blisko 10 tys. żołnierzy do szkolenia afgańskiego wojska i walki z terroryzmem, a w czerwcu 2016 r. zezwolił, by amerykańskie lotnictwo ponownie uczestniczyło w walkach w Afganistanie. Wiosną prawie 500 żołnierzy USA zostało wysłanych do pomocy afgańskiej armii w południowej prowincji Helmand. Amerykańscy generałowie przekonują Trumpa, że potrzebują w Afganistanie co najmniej kilkunastu tysięcy nowych żołnierzy, by nie dopuścić do obalenia prozachodnich władz w Kabulu.

Wojciech Jagielski