Biznes obawia się, że w takim scenariuszu nowy prezydent wprowadzi bariery handlowe, a dalszej perspektywie może doprowadzić do wyjścia Francji ze strefy euro.
Jedna z paryskich firm z branży przemysłowej, z którą rozmawiał Bloomberg, rozważa przeniesienie swojej głównej siedziby do Londynu, w zwycięstwa Melenchona. Dyrektor zarządzający innej firmy, która jest notowana w indeksie paryskiej giełdy CAC 40, informuje, że jego przedsiębiorstwo opracowuje plan B na wypadek triumfu Marine Le Pen.

Firma z Paryża zajmująca się sprzedażą samochodów - Aramis Auto - zawczasu szykuje się na zamieszanie na rynku bankowym. „Zabezpieczyliśmy nasze linie kredytowe kilka tygodni temu, aby móc finansować działalność” – komentuje Guillaume Paoli, dyrektor generalny Aramisa. Aramis sprzedaje we Francji rocznie ok. 32 tys. samochodów. „Trudno jest się całkowicie przygotować i podjąć wszelkie możliwe kroki na wypadek zwycięstwa Le Pen lub Melenchona” – dodaje Paoli.

Z ostatnich sondaży wynika, że w niedzielnym starciu wyborczym w pierwszej turze szanse reprezentującej prawicowy Front Narodowy Marine Le Pen i wspieranego przez komunistów Jean-Luca Melenchona wzrosły.

Zwycięstwo któregoś z tych kandydatów mogłoby oznaczać osłabienie się euro oraz wzrost rentowności francuskich obligacji. To z kolei uderzyłoby w banki i ubezpieczycieli, którzy są największymi posiadaczami obligacji. Co prawda na osłabieniu euro skorzystałyby francuskie firmy, które sprzedają swoje towary za granicę, ale perspektywa rosnącego protekcjonizmu i wyższych podatków mogłaby obciążyć cały biznes.

Co prawda firmy otwarcie nie mówią o swoich przygotowaniach do niekorzystnego z ich punktu widzenia wyniku wyborów, to nieoficjalnie wiadomo, że m.in. szukają sposobów na zabezpieczenie finansowania i zabezpieczenie się przed wahaniami kursu waluty.

“Filozofia ekonomiczna Le Pen i Melenchona jest bardzo podobna – oboje są antybiznesowi” – komentuje Jean-Francois Buet, przewodniczący FNAIM, grupy przemysłowej skupiającej pośredników z branży nieruchomości.

Walka 4 kandydatów

Z ostatnich sondaży wynika, że kampania prezydencka coraz bardziej ogranicza się do 4 kandydatów. Na czele stawki znajdują się prawicowa Marine Le Pen i kandydat niezależny Emmanuel Marcon, a tuż za nimi plasują się centroprawicowy Francois Fillon i lewicowy Jean-Luc Melenchon.

Co prawda zarówno Emmanuel Macron jak i Francois Fillon pokonaliby Marine Le Pen w drugiej turze wyborów, ale aż 40 proc, wyborców wciąż pozostaje niezdecydowanych.

Francois Fillon, wystąpienie w Paryżu z 9.04.2017 r.

Francois Fillon, wystąpienie w Paryżu z 9.04.2017 r.

źródło: Bloomberg / Christophe Morin

Marine Le Pen opowiada się za wyprowadzenie Francji ze strefy euro oraz za ustanowieniem barier handlowych. Melenchon z kolei chciałby renegocjacji europejskich traktatów, aby dać Francji większą władzę ekonomiczną, co pozwoliłoby na pozostanie w strefie euro. Ponadto lewicowy kandydat zapowiedział wprowadzenie utrudnień w zwalnianiu pracowników, ograniczenie wynagrodzeń menedżerów oraz wystąpienie z umów o wolnym handlu. Co więcej, Melenchon chce podniesienia płacy minimalnej oraz nacjonalizacji firm użyteczności publicznej.

„Będziemy stawiać zupełny opór, druga runda, w której zmierzą się Len Pen i Melenchon, nie może mieć miejsca” – komentuje Pierre Gattaz, szef Medef, największego francuskiego lobby biznesowego.

Program Marine Le Pen oznaczałby zwiększenie wydatków publicznych o 102 mld euro w ciągu roku. W przypadku Melenchona kwota ta sięgnęłaby ponad 200 mld euro. Analogiczne szacunki w przypadku programów Macrona i Fillona wynoszą mniej niż 20 mld euro – wynika z szacunków paryskiego Instytutu Montaigne.

Największe firmy we Francji osiągają dużą część zysków z działalności prowadzonej za granicą, więc w razie problemów mogą się tam przenieść. Mniejsze firmy takiej możliwości nie mają. Tymczasem z prawie 4 milionów francuskich firm aż 99 proc. zatrudnia mniej niż 250 pracowników – wynika z danych francuskiego urzędu statystycznego Insee.

Strachy na lachy?

Ostatecznie cały szum wokół Le Pen i Melenchona może się skończyć tak, że zaledwie kilka firm faktycznie opuści Francję. Z podobnym szumem Francja miała do czynienia po tym, jak w 1981 roku wybory prezydenckie wygrał socjalista Francois Mitterand, który doprowadził do nacjonalizacji banków. Wówczas opinia publiczna również spodziewała się fali odpływów firm za granicę, ale nic takiego nigdy nie nastąpiło. Jednym z tych, który faktycznie opuścił Francję, był Bernard Arnault, najbogatszy człowiek w kraju. Wówczas przeniósł się do USA, gdzie pracował w branży nieruchomości, ale już w 1984 roku powrócił do ojczyzny i zaczął budować swoje imperium dóbr luksusowych.

>>> Czytaj też: Polska jest dla Le Pen tym, czym Meksyk dla Trumpa [WYWIAD]