Coś nas od dawna uwierało. Coś za małe albo za duże było; za przaśne, a może właśnie zbyt wytworne? W każdym razie obcierało, ciągnęło, źle się nosiło, to spadało, to znów krępowało ruchy – i w końcu się okazuje, że to chyba demokracja.

Ściągamy? Czy na poprawki do krawca?

A może zacisnąć zęby i udawać, że dobrze leży?

Hymny fałszywe

Na początek ustalmy jedno: niewiele rzeczy jest u nas równie pozornie niekontrowersyjnych, co demokracja. Demokracja ma bowiem być jak wiosna albo jak Grażyna Torbicka – taka, że każdy ją lubi, a przynajmniej bez buntu przyjmuje do wiadomości jako niekwestionowany, wieczny i zasadniczo godny pochwały fakt natury. Złap za ramię w tramwaju dowolnego Polaka i spytaj: Jesteś pan za demokracją? Jeśli akurat nie powie „odczep się”, żarliwie potwierdzi, że jak najbardziej tak. Odwiedź na Nowogrodzkiej prezesa Kaczyńskiego, zajrzyj do biura Platformy, przyłap w samolocie Ryszarda Petru – wszyscy grzecznie śpiewać ci będą hymn o demokracji. Ten sam hymn, w hipsterskiej aranżacji na tubę i śpiew eskimoski, usłyszysz przy stolikach kawiorowej lewicy w śródmieściach w całej Polsce; skandować go będą rytmicznie także i w barach, gdzie raczy się bardzo niemieckim piwem o bardzo polskiej nazwie kwiat równie polskich kibiców. Niewiele jest takich rzeczy, które robi cała Polska (czyta dzieciom, z was się śmieje), ale na pewno gremialnie zgadza się z Churchillem, że „demokracja jest ze wszystkich form rządów najgorsza – nie licząc wszystkich innych ustrojów, jakich czasem próbowano”. Tak wynika choćby z badań, które od początku lat 90. systematycznie prowadzi CBOS – poparcie dla ustroju demokratycznego stale oscyluje w Polsce między 60 a 70 proc., ostatnio znów zaczęło się wspinać na swój górny pułap.

Ale kto uważnie obserwuje debatę publiczną i społeczne nastroje, ten widzi, że demokracja w Polsce jest jednak bardziej jak Grzegorz Schetyna – poparcie jej może i rośnie, ale wcale nie dlatego, że ktoś ją lubi. Wręcz przeciwnie; wystarczy się wsłuchać w peany na jej temat, a okaże się, że wirtuozi retoryki politycznej coraz sprytniej potrafią złożyć jej hołd, jednocześnie mieszając ją z błotem.

Tak, pewien demokratyczny dyskomfort jest u nas coraz powszechniejszy, choć wciąż przebiera się w bezwarunkową lojalność. Polskie wątpliwości demokratyczne nie pojawiają się w próżni – wydarzenia takie, jak kryzys uchodźczy eksponujący słabość decyzyjną i kulturowy podział Unii Europejskiej, brexit, nieokreślone poczucie zagrożenia wojną i terroryzmem grają tu oczywiście swą niebagatelną rolę. Strach i niepewność zawsze każą się chyłkiem rozglądać za efektywniejszym systemem – zapewne stąd bierze się coraz większa popularność niekiedy otwarcie autorytarnych ruchów politycznych w Europie i w USA. Ale w naszej złości na demokrację są elementy typowo polskie, napędzane przez nasze kompleksy, lęki i tęsknoty. To one sprawiają, że nasz rodzimy antydemokratyzm niepostrzeżenie kiełkuje, na różne ciekawe sposoby, po wszystkich stronach barykad politycznych.

Tak – po wszystkich. Nie jest to bowiem, jak można się spodziewać, tekst o antydemokratyzmie PiS. To tekst o antydemokratyzmie PiS i „demokratycznej opozycji”, narodowców i lemingów, smoleńskich „zamachowców” i „wypadkowców”, eurosceptyków i eurokratów.

Bo demokracja uwiera nas wszystkich – i dziś niemal wszyscy, świadomie czy nie, chcemy jej dołożyć. Oczywiście atakując ją z jej własnym imieniem na ustach.

>>> Czytaj też: Polska socjalna. Wydatki społeczne będą rosły szybciej niż gospodarka

Dwa nurty krytyki

Pretensje do demokracji bywają oczywiście najróżniejsze. Jedni nie ufają władzy, inni – ludowi. Tych pierwszych drażni nadmierny liberalizm zachodnich systemów demokratycznych, który nakłada przeróżne ograniczenia, by temperować świętą wolę większości. Ci drudzy zaś, za Thomasem Carlyle’em, bynajmniej nie wierzą w „kolektywną mądrość indywidualnej ignorancji” i właśnie tej świętej woli większości najbardziej się boją. Używając argumentu ad hitlerum, żądają coraz lepszych przed nią zabezpieczeń – jeśli większość zgotowała nam III Rzeszę, to trzeba mieć na nią oko, czyż nie? Inni w obronie przed tą nieprzewidywalną większością chcą – jak niegdyś J.S. Mill – żeby głos inteligentów liczył się za dwa; może to wolę większości uczyni trochę bardziej świętą. A niektórzy, jak Platon, który widział demokratyczną większość radośnie przegłosowującą karę śmierci dla Sokratesa, najchętniej rozpędziliby cały ten demos na cztery wiatry i zwyczajnie wymienili go na rządy jakichś fajnych królów albo chociaż merytokratycznych elit.

Są też tacy, którzy nie mają problemu z demokracją jako taką, ale nienawidzą demokratycznej hipokryzji. W demokracji owszem, podoba im się projekt fasady, ale nie sama fasadowość. Buntują się przeciwko tłumieniu głosów społecznie wykluczonych grup, chcą demokrację rozliczać z niedotrzymanej obietnicy reprezentacji. Jeszcze inni krytykują ją jako kiepskie terrarium dla homo sapiens – Nietzsche na przykład widział w niej złowrogi system uśredniania charakteru, polityczną dziedziczkę chrześcijaństwa, w której prawem nadrzędnym jest lex Szyszko dla ludzkich skrzydeł.

Wiele jest kątów, z jakich można spojrzeć na demokrację spode łba – ale dziś w Polsce, jak sądzę, istnieją tak naprawdę tylko dwa ważne rodzaje demokratycznego dyskomfortu. Najlepiej opisać je nie przez polityczne tezy – te bowiem są tak naprawdę drugorzędne – ale poprzez napędzające je emocje. Spróbujmy więc wczuć się w te dwie odmienne, targane emocjami dusze, a może zrozumiemy, dlaczego jakoś nas tak uwiera ta nasza demokracja.

Frustraci kontra rządy ludu

Pierwszą emocją, która w Polsce dystansuje do demokracji, jest frustracja. Płynąca ze zmagań z ciężką materią polityki, pragnąca działania, rwąca się ku sprawczości, szukająca kontroli. Czy pragnie działań dobrych czy złych, to inna zupełnie kwestia. Dość że Frustraci to wyrywne zające, a zachodnia demokracja liberalna to ustrój stworzony dla przewlekle chorych żółwi.

Frustrat oczywiście wyraża poparcie dla demokracji. Chętnie powołuje się na legitymizację „suwerena”. Drażni go za to ograniczony charakter tej legitymizacji, zbyt skromna licencja na zabijanie, zbyt wiele przeszkód na drodze do realizacji założonych celów. Dokicawszy do władzy, Frustrat może zarazem mieć wielką wizję i ręce związane masą instytucjonalnych obwarowań – zachodnie demokracje bowiem sprawiedliwości szukają nie w celach, lecz w procedurach.

Trudno być Frustratem w zachodniej demokracji. No bo niech tylko Frustrat napisze z rozmachem jakąś Wielką Ustawę, niech go poniesie legislacyjna muza, a tu zaraz wkraczają te straszne procedury. Każą mu robić konsultacje społeczne (Czy nie moglibyśmy uznać wyborów za konsultacje społeczne en masse? – myśli ze złością Frustrat i dopowiada słowami premier Szydło: „Plan rządu został napisany głosami obywateli!”). Mówią, żeby ustawę w ramach vacatio legis odkładać na półkę, żeby się „uleżała” (Może jeszcze schować w zaplombowanej szafie na akta stojącej w nieużywanym klozecie, na drzwiach którego jest napis: „Uwaga, zły leopard”? – cytuje Frustrat szyderczo Douglasa Adamsa). Potem, nie daj Bóg, kierują mu tę Bogu ducha winną ustawę do Trybunału Konstytucyjnego (a jaką Oni mają legitymizację od suwerena, co?), a potem może jeszcze skarżą się na nią do Unii Europejskiej. Unii Europejskiej! Temu tworowi równie pod względem prawa reprezentacji oddalonego od narodu polskiego, co rząd Marsjan na uchodźstwie na planecie Uran! Czy czujecie frustrację, jaka wzbiera we Frustracie w obliczu tylu rzuconych pod nogi straszliwych kłód? I czy rozpoznajecie ten nastrój, tę opowieść w narracji naszej partii rządzącej?

W wykładzie wygłoszonym dla Klubu Jagiellońskiego Jarosław Kaczyński tak o tym mówił: „Imposybilizm innego typu dotyczy niemożności realizacji wielkich zadań zbiorowych. (...) Złożyło się na to wiele powodów, ale niezwykle ważna jest bariera prawna złożona z mnóstwa przepisów, które ograniczają, a czasem nawet uniemożliwiają rozwój”.

Ale oprócz inercji proceduralnej i żółwiej złośliwości liberalnej konstytucji wiele jest w naszym systemie inszych jeszcze imposybilizmów, na które narzekają Frustraci. Są przeszkody z pozoru zewnętrzne w stosunku do systemu, które jednak potrafią ten system uczynić jeszcze trudniejszym w obsłudze. Oto globalizacja sprawia, że upragniona sprawczość jeszcze bardziej się Frustratowi wymyka. To przez nią Frustrat nie może sobie po prostu porządzić na swoim podwórku, gdzie mieszka jego dobry demos, bo owo podwórko nagle znalazło się w gęstej sieci zależności społeczno-gospodarczo-klimatyczno-politycznych i jeszcze nie wiadomo jakich. Rządzić w takiej sytuacji to nie wydawać dekrety; to lawirować tak sprytnie, by owo podwórko nie zostało wessane przez otaczającą je gigantyczną masę poplątanych sił. I nagle nasz Frustrat, zamiast budować sobie pod dumną flagą polską na przykład elektryczne amfibie, o jakich zawsze marzył, musi się ślinić do wielkich światowych korporacji, żeby łaskawie produkowały u nas dziury do dwumilimetrowych nakrętek na lewoskrętne śruby nieparzystogwintne, żeby Chińczycy mieli czym poskręcać samochody, na których zarobią Niemcy, sprzedając je w USA.

I jak tu w takich warunkach zarządzać gospodarką? „Mamy nadzieję, że z pomocą Bożą nie będziemy musieli w miejsce demokracji wymyślać innych systemów politycznych, które należy wprowadzić, aby nasza gospodarka przeżyła” – powiedział w 2012 r. Viktor Orbán, kiedy siekierką frustracji karczował mentalne ścieżki, po których dzisiaj raźno bieży PiS. Znaczy to oczywiście tyle, co „jak będzie trzeba, odwołamy demokrację”. Frustracja, o jakiej tu mowa, sprawia bowiem, że ustrój staje się wobec celów drugorzędny; przeżywana zbyt długo i dogłębnie zmienia demokrację z reguł gry w przeszkodę. Wołanie o suwerenność, frymarczenie którą zarzucał obóz rządzący Donaldowi Tuskowi w jego roli szefa Rady Europejskiej, jest z tej perspektywy nie tyle zrywem romantycznym, ile pogonią za fantazmatem skuteczności władzy.

A grupy interesu? A źli ludzie? A rozliczenia? „Istnieje grupa immunitetów, które można nazwać immunitetami systemowymi” – mówił dalej o imposybilizmach Kaczyński, sfrustrowany faktem, że niektórych ludzi dopaść bardzo trudno. Jak pozbyć się więc wszystkich demonów, które się moszczą w lukach prawnych, które się rozpychają pomiędzy paragrafami, szczerząc się w twarz wszelkiej przyzwoitości? Prawo jest z natury dziurawe i nie chce posługiwać się konkretnymi nazwiskami, liberalne systemy skrzywione w stronę niewinności, a Frustrat cierpi, bo esbek, złodziej czy rosyjski agent chodzi wolno i guzik mu można zrobić. Czemu nie można jednego z drugim po prostu wskazać palcem, mane tekel fares, zniszczyć, anihilować, pozbawić wszelkiej władzy, wtrącić do więzienia? Czemu za taki akt sprawiedliwości zaraz siądzie człowiekowi na karku jakiś Trybunał w Strasburgu albo inna komisja, rada czy fundacja z jakimś skandynawskim krajem w nazwie? No czemu?

Są Frustraci u władzy i Frustraci wśród ludu. Bywa, że ów demos, który własnymi rękami przy wyborczych urnach ceduje na rząd swoją własną, i tak dość nędzną, sprawczość, podwójnie cierpi z powodu tej niemocy. Demokracja, wedle obietnic, miała bowiem być sztafetą sprawczości, od wyborcy do rządu – a staje się właśnie bezsensowną sztafetą frustracji, niekończącą się niemocą przekazywaną sobie z formalną pompą z rąk do rąk, głuchym telefonem stopniowo cichnących szeptów, które zanikają zupełnie na ponadnarodowym poziomie Unii Europejskiej. Nie myślcie, że Frustrat to zawsze pisowiec – frustrują się przecież także przeciwnicy dzikiej reprywatyzacji, krytycy zabójczej dla wielu grup społecznych transformacji czy oczekujący na legalizację medycznej marihuany. Przeżywają kryzys sprawczości ci, którzy pragną długofalowej polityki społecznej czy zagranicznej, którą trudno uprawiać w zmiennych warunkach demokracji. Kopać demokrację w złości po kostkach chcą ci, którzy nie życzą sobie uchodźczych parytetów, i ci, wedle których państwo wolą większości, uchylając się od przyjmowania przybyszów, nie spełnia swoich moralnych obowiązków. Frustratem jest ten, kogo mierzi brak postpeerelowskich rozliczeń, i ten, który domaga się zdecydowanej polityki historycznej, uniemożliwianej przez uporczywie domagające się prawa głosu narracje mniejszości.

>>> Czytaj też: Przekręty pod lupą rządu. Państwo odda biznes w ręce amatorów

Nieufni nie szkodzą

Drugą emocją, która skupia w sobie istotę nastrojów antydemokratycznych, jest nieufność.

Nieufnych łatwiej opisać, bo o ile Frustratów można znaleźć wszędzie, o tyle Nieufni rekrutują się przede wszystkim z naszych elit – to intelektualiści, dziennikarze, eurokraci; ludzie, którzy studiowali za granicą czy pochodzą z dużych miast. Niewielu rzeczom ufają ci Nieufni i przed wieloma chcieliby Polskę chronić.

Po pierwsze, nie ufają ludowi; często zgadzają się z Churchillem, że „najlepszym argumentem przeciw demokracji jest krótka pogawędka z przeciętnym wyborcą”. Może są podejrzliwi wobec toruńskich moherów, a może wobec warszawkowych lewaków, ale pogarda nie musi wcale być głównym motorem ich nieufności. Jej sednem może być po prostu ogólny sceptycyzm w stosunku do ludzkiej natury albo – najczęściej – niewiara w zdolność narodu polskiego do racjonalnego samozarządzania. A po drugie, nie ufają rządzącym, których ów lud wybiera. Wiedzą, że rację miał Tocqueville, gdy pisał: „Znamy tylko jeden sposób uniknięcia deprawacji ludzi: nikomu nie przyznawać wszechwładzy”.

Nieufny patrzy na demos maszerujący do urn, a po plecach szaleją mu dreszcze – co też przyjdzie tym ludziom do głowy, jakie poprą kuriozum? Jego największym politycznym koszmarem są populiści, którzy mogą ten niestabilny lud przeciągnąć na ciemną stronę mocy; w Orwellowskim pokoju 101 (tam członkowie narodu Wielkiego Brata napotykali swoje najgorsze lęki) czekałby na niego rozemocjonowany polityczny wiec. Na liście jego ulubionych słów znajdują się „Oświecenie”, „rozum” i „ekspert”, na czarnej liście zaś „ignorancja” i „tłum”. Nieufny niezwykle sobie ceni demokrację, to dlań jedyny system sprawiedliwy, ale patrząc na polski demos i polską władzę, czuje się tak, jakby w imię sprawiedliwości ktoś dał trzyletniemu dziecku do zabawy jajko Fabergé.

Dziecko po prostu gra sobie owym jajem w piłkę, jak to dziecko. Ale Nieufny, namiętny czytelnik historii, wie, jak cenna i krucha to jest zabawka – dlatego za każdym razem, gdy dziecku zadrży ręka, Nieufny bije na alarm i głośno ostrzega. Inni bagatelizują spalenie kukły Żyda przez kilku żałosnych wyrostków, Nieufny oczyma duszy od razu widzi rozbite zdobione jajo. Inni z dystansem patrzą na majstrowanie przy sądach (ot, prawo władzy), w głowie Nieufnego ci majsterkowicze de facto zrzucają jajko z masy perłowej z dachu siedziby Trybunału. Parlamentarna większość chce uchwalić przepisy ograniczające prawo do zgromadzeń – w wizjach Nieufnego od razu tłum miesięcznicy smoleńskiej maszeruje po skruszonych skorupach pięknych carskich jaj. Każdy ma młotek, każdy ma obcasy, każdy jest człowiekiem. Nikomu więc nie można ufać, kiedy w grę wchodzi piękny drobiazg złotnika Fabergé, a więc Nieufny nie ufa nikomu – i rozmyśla wciąż nad tym, jakby tu ustrzec cacko przed brutalnym demosem.

Co robi? Nieufny światowy wpisuje w konstytucję kilka ważnych zabezpieczeń (na przykład „nie podrzucać jaja wyżej niż pół metra”), a potem rozkłada ręce – nic więcej się nie da zrobić, niech toczy się koło dziejów. Nasz Nieufny natomiast, w imię chronienia demokracji w tej naszej warcholskiej Polsce, która pewnie nigdy nie zrozumie wartości diamentowych jaj, najchętniej ustanowiłby nad demokracją jakiegoś kuratora. Najmilsze są mu komisje, rady i układy międzynarodowe, karty praw i konwencje oraz protokoły. Jedynym sposobem na ratowanie jaja jest ograniczenie przestrzeni gry. Najważniejsze – nie szkodzić. A że bawić się trudno? Zawsze to lepsze, niż rozbić skarb.

Fantomowe ciało króla

Wszyscyśmy pewnie albo sfrustrowani, albo nieufni. Frustraci są dziś u władzy, wybrani przez Frustratów; Nieufni, których nieufność była przez długi czas emocją obowiązującą, dziś przeżywają swą nieufność dotkliwiej, samotniej i bardziej melancholijnie. Można by mówić, że w napięciu między jednymi a drugimi tworzy się kompromisowo pojęta polska demokracja, która będzie uwierać trochę mniej; że emocjonalne starcie obu frakcji może w dłuższej perspektywie przynieść taką jej formę, która będzie sprawcza i bezpieczna w proporcjach odpowiednich dla polskiej specyfiki.

Ale spojrzenie na polski dyskomfort demokratyczny przez pryzmat emocji sugeruje też inną interpretację. Co, jeśli rację ma Jan Sowa, który w swoim „Fantomowym ciele króla” pokazuje ciągłą zależność polskiej tożsamości od figury absolutnego władcy? Otóż jak dowodzi za Ernstem Kantorowiczem Sowa, nowoczesna demokracja wymaga zabicia króla. Nie konkretnego króla, aktualnego władcy, chociaż to też się oczywiście przyda – po zabitym królu bowiem, jak po odciętej kończynie, która wciąż boli i swędzi, może pozostać król fantomowy, nieistniejący realnie, lecz wciąż symbolicznie zarządzający duszą narodu. To ten fantom trzeba zniszczyć, wypalić, żeby demos naprawdę stał się suwerenem i dojrzale podjął wyzwania demokracji. Tylko wtedy wybrani demokratycznie przywódcy nie będą musieli być „namaszczani” lub czczeni, ale zwyczajnie będą pełnić swoje zadane funkcje.

Polacy, którzy swoją tożsamość według Sowy budowali właśnie w opozycji do nowoczesności, po amputacji boskiej władzy wciąż nie zdołali się pozbyć fantomowego króla. Pustka po realnym królu wciąż ich swędzi, wciąż boli; świadomie lub nie szukają sposobu, aby ją czymś wypełnić.

I być może dlatego właśnie uwiera nas demokracja. Frustraci pragną uświęcenia władzy, wyciągnięcia jej spoza procedur, żeby rządzący nie był pierwszym między równymi, ale – niczym król – boskim żywiołem i nieskrępowaną wyrocznią. O ile łatwiej, z psychologicznego punktu widzenia, byłoby Frustratom zdać się na lidera, a nie na system; uwierzyć w czyjąś mądrość i siłę, czekać na jego karzącą i nagradzającą dłoń. Nieufni tymczasem lubią myśleć o sobie jako o nowoczesnych demokratach, gotowych na wezwanie do dojrzałości – ale i oni nerwowo szukają zaginionego ciała ukochanego króla. Dokonują więc (modne słowo) autokolonizacji i prawo do nadrzędnej władzy przyznają najlepiej im znanej boskości – Zachodowi. To Zachód, jego instytucje i zabezpieczenia, mają pilnować naszego suwerena, nim ten się spektakularnie wykopyrtnie, rozedrze szaty albo zacznie wołać „Liberum veto”.

Więc może to naturalne, że nas uwiera, ciągnie, gryzie i swędzi. Ubraliśmy się w demokrację, a spod szat zewsząd sterczą nam te fantomowe członki króla i brużdżą. Trudno nam je zobaczyć, ale droga do samozrozumienia wiedzie właśnie przez krytykę emocji. Dlatego przyjrzyjmy się naszej frustracji – czy tęskni ona za zwiększeniem mocy suwerena, czy za ustanowieniem władcy? Przyjrzyjmy się i nieufności – czy szuka ona sposobów na stworzenie dojrzałych rządów ludu, czy biegnie po pomoc do innego monarchy?

I kiedy już ujrzymy tego naszego fantomowego króla, może wreszcie uda nam się dokonać rytualnego królobójstwa. A na razie zacisnąć zęby, kamraci, obciągnąć demokratyczne koszule i udawać, że wszystko świetnie na nas leży. 

>>> Czytaj też: Cieszmy się tym, co mamy. O tym, że gospodarcze dogmaty nie są wieczne