Tym razem to oni zaorali przeciwnika. Ci, którzy tak potrafią, „wygrywają internety” i rząd dusz wyborców.

Zróbmy mały test. Przy każdym z pytań zaznacz, drogi czytelniku, najbliższą twojemu sercu odpowiedź. W zależności od tego, który numer pojawi się w twoich wyborach najczęściej, przejdź do odpowiednio zatytułowanej części tekstu.

Czy w internecie istnieje mowa nienawiści?

1. Tak i trzeba z nią walczyć, bo może nieść za sobą poważne zagrożenia.

2. Korzystając z mediów społecznościowych, wiemy, na co się decydujemy, więc nie ma co przesadzać.

3. Hejterskie wpisy nie są szczególnym zagrożeniem. To tylko słowa. Chyba że łamią prawo, np. propagując faszyzm lub komunizm.

Jak często komentujesz czy dyskutujesz na polityczne tematy w internecie?

1. Od niedawna coraz częściej, bo jest tu tyle fałszywych informacji, że trzeba zacząć z nimi walczyć.

2. Internet jest upolityczniony tak samo, jak każdy inny aspekt naszego życia, więc oczywiście i tu udzielam się politycznie.

3. Staram się jak najrzadziej poruszać taką tematykę.

Czy w sieci przeważa jakaś opcja polityczna?

1. Prawica i jej trolle, szczególnie w mediach społecznościowych.

2. Lewica i jej trolle, spójrzmy na FB czy Wikipedię.

3. Trudno wskazać jedną opcję, która by przeważała. Ogólnie w internecie jest dużo polityki, memów, fake newsów i awantur o takim podtekście.

Oczywiście odpowiedzi zbudowane są z pewnych klisz – i trudno byłoby od tego uciec. Ale nie ma możliwości, by tak prostą „analizą” zaspokoić oczekiwania osób o różnych politycznych poglądach. Bo zawsze jakaś grupa uzna wizję upolitycznienia internetu za fałszywą. No cóż, dziś korzystanie z sieci jest niczym wejście do pokoju z tłumem przekrzykujących się ludzi. W tej kakofonii głosów usłyszymy głównie to, co chcielibyśmy usłyszeć. To, w co sami wierzymy.

To porównanie nie jest moim pomysłem, to koncepcja filozofa Michaela P. Lyncha. Ale jego teorię można rozwinąć: równie dobrze możemy usłyszeć tych, którzy krzyczeć z całych sił będą coś, z czym kompletnie się nie zgadzamy. I dlatego na pytanie, jak to się stało, że prawica najskuteczniej działa w sieci, musimy spróbować odpowiedzieć, biorąc wnioski podawane przez socjologów, politologów, ekspertów od mediów społecznościowych i przystawiając je do poglądów politycznych, jakie stoją (bo każdy z nas je ma) za daną wizją świata.

Uważacie, że to nieprawda z tą zwycięską prawicą w „internetach”? Takie są fakty. Wygrana Donalda Trumpa w USA, zwycięska kampania wyborcza i popularność PiS, silna pozycja Marine Le Pen we Francji, konserwatywne oblicze osób głosujących za brexitem – to ewidentne przykłady tego, jak prawe skrzydło sceny politycznej świetnie zrozumiało zasady rządzące mediami społecznościowymi. Bo właśnie na FB czy Twitterze teraz toczą się polityczne debaty i to na nich przekonuje się do swoich racji.

– Nie ma na razie obiektywnego badania, które pokazałoby przewagę prawej strony w internecie. Mamy tylko takie odczucie – mówi mi Krzysztof Izdebski, prawnik specjalizujący się w dostępie do informacji publicznej i współtwórca Stowarzyszenia Sieć Obywatelska – Watchdog Polska. Rozmawiamy podczas konferencji Personal Democracy Forum (PDF), na którą zjechali przedstawiciele organizacji pozarządowych, dziennikarze i publicyści z dużej części Europy, by debatować o tym, jak nowe technologie zmieniają politykę i społeczeństwa. I kwestia skręcenia w prawo debaty w internecie jest często podejmowanym przez nich tematem.

>>> Czytaj także: Polska socjalna. Wydatki społeczne będą rosły szybciej niż gospodarka

A więc jak doszło do tego, że internet – powszechnie kojarzony z wartościami liberalnymi – najsprawniej zagospodarowuje dziś konserwatywna, prawicowa część społeczeństwa i polityków?

1 Radykalizacja

Do dyspozycji mamy tylko 140 znaków, 3 minuty filmu wideo, jedno zdjęcie na mem. Nie ma miejsca na dzielenie włosa na czworo. To, co chce się przekazać, trzeba uprościć. I nie obawiać się tego uproszczenia. Prawica to rozumie, inni nie. Dla liberałów, lewicy czy centrum zawsze musi być jakieś „ale” – ocenia Izdebski. – I na tym „ale” tracą wyrazistość, szansę na przekazanie posta dalej, udostępnienie, lajk, komentarz – wyjaśnia.

Z brakiem obaw przed uproszczeniami wiąże się jeszcze jedna rzecz: to prymat skuteczności działania nad trzymaniem się litery prawa bądź etyki. Im poglądy radykalniejsze, tym większy pociąg do przekraczania granic. – I właśnie to przekonanie, że wszelkie środki są usprawiedliwione na drodze do celu, tak często obserwujemy na prawicy. Trumpa przyłapywano na kłamstwach tyle razy, że właściwie trudno jakiekolwiek jego słowa brać na poważnie. Nigel Farage oraz Boris Johnson po referendum w sprawie brexitu otwarcie przyznali, że w trakcie poprzedzającej go kampanii kłamali na temat Unii. Polski rząd celowo nazywa przebywających w naszym kraju Ukraińców uchodźcami, choć doskonale wie, że to zarobkowi migranci, by nie przyjąć uciekinierów z Syrii – Bartosz Filip Malinowski z serwisu WeTheCrowd o nowych technologiach i społeczeństwie wymienia przykłady mijania się z prawdą. I dodaje, że prawicowi politycy nie tylko się tego nie wstydzą, ale są wręcz z nich dumni, bo powtarzanie takich stwierdzeń pozwoliło przebić się im do szerszego elektoratu. – W sprawnym działaniu w sieci niezbędna jest determinacja. A tej prawicy nie brakuje, w końcu przecież w swoim mniemaniu walczy o dobro. Jej determinacja jest na tyle poważna, że wpływa na zmianę postaw. Bo nawet jeżeli prawica nie zgadza się na kłamstwa, to im się nie sprzeciwia. Gdy dodamy do tego formę, czyli cyfrowe narzędzia, których potrafi użyć, to otrzymujemy wyjątkowo skuteczny sposób działania – tłumaczy Malinowski.

W tym momencie muszę wspomnieć o jednym z najgorętszych haseł ostatnich miesięcy. Chodzi o fake newsy, zmyślone informacje. Trudno o twarde dowody, że na całym świecie stoi za nimi wyłącznie albo choćby w przeważającej części prawica. Choć pojawiają się już pierwsze badania i to z dość jednoznacznymi wnioskami. Matthew Gentzkow ze Stanford University i Hunt Allcott z New York University, pracujący dla amerykańskiego pozarządowego Narodowego Biura Badań Ekonomicznych, przygotowali pod koniec 2016 r. badanie, w którym spróbowali zmierzyć wpływ fałszywych wiadomości na wynik rywalizacji o Biały Dom Hillary Clinton z Donaldem Trumpem. Badacze znaleźli 41 fałszywych newsów korzystnych dla Clinton oraz 115 dla Trumpa. Pierwsze udostępniono 7,6 mln razy, drugie – ponad 30 mln. Fejki sprzyjające Trumpowi stanowczo przeważają nad tymi wspierającymi Clinton, choć także jej elektorat, a może i sztab, uciekał się do tej formy walki o głosy.

To, jak internet pomaga rozprzestrzeniać się radykalnym oraz ekstremistycznym poglądom, badacze obserwują od kilku lat. Ines von Behr, Anais Reding, Charlie Edwards, Luke Gribbon – analitycy z RAND (think tank i organizacja badawcza stworzona na potrzeby armii USA) – już w 2013 r. w publikacji na temat wykorzystania internetu w działaniach terrorystycznych, opisali, jak sieć jest używana do kolportowania informacji o konstrukcji bomb oraz szukania zwolenników. O prawicowym obliczu sieci traktuje też książka włoskich badaczek Manueli Caiani i Lindy Parenti „European and American Extreme Right Groups and the Internet”, także wydanej cztery lata temu. Analityczki opisały w niej, jak skrajnie prawicowe organizacje z Włoch, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec i Stanów Zjednoczonych coraz sprawniej funkcjonują w cyfrowej rzeczywistości, co przekłada się na ich rosnącą popularność. Co ciekawe, w każdym z krajów te działania miały inny charakter, a badaczki z Włoch z zaskoczeniem opisywały, jak prawicowy ruch w Stanach był o wiele bardziej zdecentralizowany niż podobne ruchy w Europie i oparty na wtedy jeszcze mało znanym ruchu alt-right, konglomeracie alternatywnych wobec klasycznego konserwatyzmu prawicowców.

Ale radykalizacja nie musi oznaczać ani tak niestandardowych zachowań, ani nawet stosowania fake newsów. Wystarczy wyrazistość poglądów. To właśnie pokazuje badanie przeprowadzone przez analityków Uniwersytetu Harvarda wspólnie ze specjalistami z MIT Center for Civic Media. Przebadali 1,25 mld informacji opublikowanych w internecie w Stanach Zjednoczonych między 1 kwietnia 2015 r. a 8 listopada 2016 r., dniem wyborów prezydenta. Okazało się, że w mediach społecznościowych to użytkownicy konserwatywni są znacznie bardziej zróżnicowani niż liberałowie – i chętniej dzielą się treściami skrajnymi. Z kolei internauci o centrowych poglądach o wiele rzadziej udostępniają informacje i teksty o przekazie bliskim ich wizji świata. A w dużej części dlatego, że takie liberalno-lewicowe gazety jak „New York Times”, „Washington Post” czy „Boston Globe” żądają opłat za dostęp do swoich materiałów.

Na zjawisko silniejszej aktywizacji elektoratu prawicowego zwrócił uwagę także Vyacheslav Polonski, analityk z Oxfordu, który po referendum w sprawie brexitu zbadał zainteresowanie tym wydarzeniem wśród użytkowników Instagrama i TT. „Zebraliśmy dane z 30 tygodni poprzedzających plebiscyt i przeanalizowaliśmy konta 18 tys. osób i ok. 30 tys. postów. Na Instagramie zwolenników brexitu było dwa razy więcej i byli pięć razy aktywniejsi od przeciwników wyjścia z Unii. Na Twitterze zaś ta różnica w aktywności była jeszcze większa: 7 do 1” – pisał Polonski.

– Nie ma co się oszukiwać, w internecie zainteresowanie budzi to, co wyraziste, jednoznaczne, nieco skandaliczne. Czy to oznacza, że prawa strona „wygrywa internety”? Nie byłbym tego wcale taki pewien. Obserwuję natomiast silniejsze przebijanie się zwolenników skrajnych poglądów w ogóle, niekoniecznie politycznych. Ruchy antyszczepionkowe, zwolennicy teorii spiskowych oraz podważających kanony naukowe, w tym także ekonomiczne, radykalni ekolodzy – uważa prof. Dariusz Jemielniak, twórca grupy NeRDS (New Research on Digital Societies) w Akademii Leona Koźmińskiego. Wskazuje, że w efekcie coraz lepiej widoczne są także treści i działania polityków i użytkowników o radykalnie lewicowych poglądach.

2 Spójność

Dziś, by odnieść sukces w internecie, nie ma mowy o przypadkowości działań. Jeszcze Barack Obama w kampanii w 2008 r. korzystał z mediów społecznościowych na zasadzie pewnej nowości, pozwalającej łatwiej dotrzeć do wyborców. Dziś nie ma miejsca na amatorszczyznę – tłumaczy Ewa Zakrzewska z domu mediowego Publicis Media. Ten profesjonalizm niekoniecznie oznacza zatrudnianie ekspertów czy agencji PR, a raczej sposób myślenia charakterystyczny dla tego, jak pozycjonowane i promowane są w sieci firmy czy produkty. – Najpierw trzeba się zdefiniować, znaleźć sposób pokazania, kim się jest i z jakimi poglądami się identyfikujemy. A następnie dostosować do tego sposób przekazu i jego miejsce – tłumaczy ekspertka.

To, o czym Zakrzewska mówi w ujęciu marketingowym, w polityce znamy jako przekaz dnia, spójny komunikat wysyłany do odbiorców. I nie chodzi o to, by armia trolli wypisywała na wszystkich możliwych forach i portalach to samo. Bo to nie działa, co zresztą udowodniły żałosne próby podejmowane przez PO. Najpierw członkowie tej partii podczas telewizyjnej debaty kandydatów na prezydenta tweetowali według jednego wzoru, a kilkanaście dni później wydało się, że Platforma zatrudniała 50 osób do krytykowania w sieci poczynań PiS. Pewnie podobne metody stosują inne partie, ale kiedy korzystają z niej politycy deklarujący odrazę do czarnego PR, to spójność ich przekazu zostaje drastycznie zachwiana.

A ta spójność polega też na tym, by wybrać właściwą platformę komunikacji, taką, która sprawdza się najlepiej. Amerykański alt-right wyrósł na Reddicie, którego użytkownicy zamieszczają linki do rzeczy ich zdaniem interesujących. Okazało się, że ten serwis to idealne miejsce do popularyzacji treści prawicowych i radykalnych. – A u nas takim medium jest Wykop. Na nim znajdziemy najwięcej zwolenników Janusza Korwin-Mikkego. Wiadomo, gdzie zajrzeć, gdy chce się do nich dotrzeć – zauważa Malinowski.

Nie tak dawno Reddit zablokował dwa profile r/altright i r/alternativeright, które dokonały „doxingu” (od docs, skrótu dla angielskiego wyrażenia documents), czyli ujawnienia danych mężczyzny, który podczas zaprzysiężenia Donalda Trumpa na prezydenta uderzył Richarda Spencera. Zresztą ten cios sam w sobie jest także ciekawym przykładem na rosnącą siłę radykalizmu. Spencer, szef National Policy Institute, think tanku ruchu białej supremacji, dostał na wizji w twarz od Afroamerykanina, zapewne powiązanego z Black Lives Mater. Członkowie tego ruchu, powstałego po zastrzeleniu przez policjanta w 2014 r. 18-letniego Michaela Browna, twierdzą, że przesiąknięci rasizmem funkcjonariusze stanowią największe zagrożenie dla młodych czarnych Amerykanów. I choć u podstaw Black Lives Mater leży faktyczny społeczny problem, to BLM coraz bardziej radykalizuje się i skręca na prawo – choć to inne prawo niż alt-right. Przykładem tego był nie tylko wspomniany atak na Spencera, lecz również to, co internauci uczynili z filmem wideo z tego zdarzenia. Powielane w setkach tysięcy udostępnień, przerabiane, z dodawaną muzyką, animacjami, powtórzeniem samego momentu ciosu pięścią idealnie pokazało siłę radykalnego, politycznego oblicza internetu.

A wracając do spójności przekazu w sieci, to ciekawe wnioski przedstawił dr Paweł Korzyński z Akademii Leona Koźmińskiego, który porównał aktywność Hillary Clinton i Donalda Trumpa w mediach społecznościowych. „Clinton zdecydowała się na wiele różnych platform (również takich jak Pinterest czy Quora), podczas gdy Trump najbardziej widoczny jest na Twitterze” – pisał w „Bussines Insiderze”. Dzięki takiej strategii Clinton co prawda mogła docierać do szerszej publiczności, ale jej przekaz się rozmywał. Trump uderzał tam, gdzie wrzały polityczne emocje. Twitter jest medium ewidentnie politycznym także u nas. „Jeszcze kilka lat temu liderami TT byli Janusz Palikot, Radosław Sikorski i Donald Tusk. W 2016 r. najpopularniejsi byli Tomasz Siemoniak, Kancelaria Prezydenta i Stanisław Koziej. Dziś w czołówce jest Andrzej Duda, a wśród 10 najbardziej angażujących kont na pierwszym miejscu jest prawicowy publicysta Rafał A. Ziemkiewicz, na 6. miejscu znalazł się Samuel Pereira, a na 7. Cezary Gmyz. Wyżej, oprócz piosenkarza Dawida Kwiatkowskiego, są jeszcze dziennikarz sportowy Krzysztof Stanowski oraz równie politycznie wyrazisty i konsekwentny (co prawicowi publicyści – red.) Tomasz Lis” – pisał Korzyński.

Na budowanie wizerunku składa się nie tylko umiejętne odwoływanie się do wyrazistych wartości i emocji oraz świadomość tego, gdzie warto ten przekaz rozpowszechniać. To także umiejętność reagowania na kryzys – by go wygrać. Tak stało się pod koniec ubiegłego roku, gdy wybuchała u nas awantura dotycząca blokowania na FB kont kolportujących prawicowe treści. Choć ban może spotkać każdego użytkownika serwisu, to prawica skutecznie nagłośniła sprawę. Wywołała burzę i przekonała sporą część społeczeństwa do argumentu, że FB ją dyskryminuje.

Podobnie regularnie podnoszone są głosy krytykujące Wikipedię już nie tyle za lewicowość, ile za lewackość. – Choć nie ma na to dowodu. Każdy, kto pozna sposób jej funkcjonowania, wie, że trudno tu o polityczne skrzywienie – zapewnia prof. Dariusz Jemielniak, współpracujący ze środowiskiem wikipedystów.

Niezbyt ważne jest, czy rzeczywiście FB i Wikipedia są nastawione negatywnie w stosunku do prawicy. Ważne, że prawicy udało się do tego przekonać sporą część opinii publicznej.

3 Antysalon

Świat stanął na głowie – tak Ethan Zuckerman, szef MIT Center for Civic Media, zaczął swój wykład na kongresie PDF 2017. Po czym zaczął podawać dowody na ten przewrót. – Jeszcze w 1964 r., według badania Pew Research Center, amerykańskiemu rządowi ufało 77 proc. społeczeństwa, w 2011 r. zaledwie 19 proc. Co więcej, tracimy wiarę nie tylko w rządy, lecz i w policję, administrację, uczelnie, media, dziennikarzy. We wszystkie ważne instytucje. To globalny fenomen. A jak wynika z kolejnych badań, coraz więcej ludzi podważa nawet samą istotę demokracji i nie uważa, że jest ona nam niezbędna. I dlatego przekaz Trumpa, który odrzucił wszelkie dotychczasowe instytucje, tak bardzo przemówił do Amerykanów – tłumaczył Zuckerman. I jako kolejne przykłady takiego podejścia do polityki podawał operujących podobnymi argumentami Holendra Geerta Wildersa czy Marine Le Pen.

– Obserwujemy silny nurt wymierzony w elity. Politycy występujący przeciwko skorumpowanemu establishmentowi, kłamliwym mediom, organizacjom pozarządowym finansowanym z zagranicy, skostniałej Unii i narzucanym traktatom doskonale odczuli nastroje społeczne. I choćby sami nie byli wcale nową siłą, to grając na tej nucie, mają szansę na ogromny odzew w internecie. Bo sieć lubi przesadę – tłumaczy Izdebski.

Pamiętacie taki satyryczny obrazek z 1993 r. z dwoma psami, z których jeden siedzi przed komputerem i mówi do drugiego: „W sieci nikt nie wie, że jesteś psem” . Jeszcze wtedy internet gwarantował anonimowość – co dziś jest już zresztą nieaktualne. Ale także to, że w necie wszyscy jesteśmy równi. To zresztą też już jest nie do końca prawdą, bo jednak coraz bardziej liczą się umiejętności używania sieci. Ale pod jednym względem obserwacja rysownika jest nadal aktualna: internet to miejsce dla wyższych i niższych klas, warstw czy grup społecznych. Między użytkownikami z różnych środowisk sieć nie robi różnicy. Wszystkie psy są w niej na tym samym poziomie.

Poziomie, który zgodnie z teorią sześciu stopni oddalenia pozwala za pośrednictwem najwyżej sześciu ludzi dotrzeć do dowolnej osoby – choćby i prezydenta USA – i symbolicznie „podać jej rękę”. Coraz częściej nie potrzeba nawet tych sześciu pośredników. Według wyliczeń sprzed roku, których dokonał Facebook, bazując na tym, jakie osoby dodało do znajomych 1,59 mld użytkowników tego portalu, średnia liczba „podań ręki” potrzebnych do tego, by dotrzeć do dowolnego innego użytkownika FB, to 3,57. I to nie jest tylko teoria, bo w praktyce naprawdę nigdy nie wiadomo, czy zaczepieni na Twitterze czy Facebooku Trump, Duda czy Tusk nie odpowiedzą sami. – Ale samo skrócenie dystansu nie wystarczy – ocenia Zakrzewska. – Trzeba mieć coś do przekazania. I umieć to zrobić. Forma jest bardzo ważna. „Internety” mówią własnym językiem, bez jego wyczucia nie ma szansy na to, by zaangażować ludzi – tłumaczy ekspertka. I tu zarówno bardziej skrajna prawica, jak i skrajna lewica doskonale się odnajdują. Muszą. Sztab Clinton, mając silne poparcie w tradycyjnych mediach, niejako zepchnął elektorat Trumpa do sieci, w którym ten ze wzmożoną energią rozgrywał kontrowersje wokół jego oponentki. Udało im się także dlatego, że nurty radykalniejsze, ze swojej natury, przyciągają do siebie młodych. U nas takim symbolem młodego, świetnie obeznanego z sieciowym środowiskiem politycznego działacza stał się Paweł Szefernaker, rocznik 1987, który kierował internetową kampanią wyborczą Andrzeja Dudy. Ale swoich Szefernakerów, choć nie zawsze znanych z imienia i nazwiska, mają i inne polityczne ruchy.

U Trumpa internetowym demiurgiem był Steve Bannon, dzisiejszy główny doradca prezydenta – choć nie najmłodszy, to doskonale czujący „internety”. Pewnie dlatego, że wywodzi się ze środowiska alt-right. A ono fenomenalnie czuje, czego chce sieć. A chce treści prześmiewczych, ironicznych, bez poprawności politycznej. To alt-right zawłaszczyło w memach „żabę Pepe” do tego stopnia, że jej wizerunek został wciągnięty na listę symboli nienawiści przez Anti-Defamation League, organizację walczącą z uprzedzeniem rasowym i religijnym. A przecież jeszcze niedawno Pepe był tylko niewinnym memem.

Że to wszystko niepoważne. Bo jak to? Memy i obrazki mają być objawem tego, że prawica lepiej potrafi rozgrywać politykę w sieci? – JFK wygrał wybory, bo wiedział, jak wykorzystać telewizję, Obama – bo zwrócił uwagę na media społecznościowe, Trump – bo zrozumiał, jak wielką są one siłą – mówi Ewa Zakrzewska. W inauguracyjnym przemówieniu ogłosił, że „Amerykański sen jest trupem, Stany stały się wysypiskiem śmieci, a cały świat wywozi do nas swoje problemy”. Wyczuł koniunkturę i zaczął przemawiać tak, by kontrowersyjne tezy same zaczęły się nieść. Hejt stał się jego strategią.

Na podobnych emocjach budowała popularność nawołująca do brexitu Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) Nigela Farage’a. W szczytowym momencie kryzysu uchodźczego opublikowała plakat ze zdjęciem drogi zapełnionej uciekinierami, najprawdopodobniej z Syrii, i podpisem „Breaking Point” (Moment przełomu). Ewidentnie wskazując, że oznacza to, iż Unia właśnie wszystkich zawiodła i zaczyna się rozpadać. Plakat powszechnie krytykowano za „nazistowski styl propagandy”, lecz w sieci rozpowszechnił się ekspresowo.

Czy nie inaczej jest z naszymi hasłami? Z drugim sortem Polaków, ze wstawaniem z kolan, z dobrą zmianą. Przez kilka godzin po grudniowych protestach przed Sejmem i blokadzie sali plenarnej przez opozycję najpopularniejszym hashtagiem na polskim Twitterze był #ToByłPucz. – Ale ta metoda nie jest zarezerwowana tylko dla prawnicy. Proszę, jak sprawnie Nowoczesna wypromowała listę Misiewiczów. Idealnie wstrzeliła się w nastroje społeczne – zauważa Izdebski.

>>> Polecamy: Cieszmy się tym, co mamy. O tym, że gospodarcze dogmaty nie są wieczne