W zeszłym roku Hollywood zdobył się na milowy krok w kwestii emancypacji kobiet pracujących w przemyśle filmowym. Ava DuVernay, autorka „Selmy” i nominowanego ostatnio do Oscara dokumentu „13th”, jako pierwsza Afroamerykanka dostała 100 mln dol. budżetu na realizację disnejowskiego filmu fantastycznego „A Wrinkle in Time”. Wydawać by się mogło, że wielkie wytwórnie zaczynają stawiać na kobiety: Patty Jenkins wyreżyserowała dla Warnera komiksową „Wonder Woman”, Disney zatrudnił do pracy przy aktorskiej wersji „Mulan” Niki Caro. Ale to wciąż rzadkość.

– Pracuję w tej branży 25 lat. Produkowałam serial „Mad Men” i „Breaking Bad”. Kocham moją pracę ponad życie. Ale w Hollywood wciąż panuje seksizm. Nierówność płci jest w dalszym ciągu wielkim wyzwaniem dla wspólnoty zatrudnionej w przemyśle filmowym. A ostatnie badania przeprowadzone na zlecenie Sundance Institute oraz Women in Film dowodzą, że jest coraz gorzej. Piętnaście lat temu spośród stu najbardziej kasowych filmów roku siedem zostało wyreżyserowanych przez kobiety. A w zeszłym roku – zaledwie dwa. Nastał czas, by to zmienić – mówi DGP Christina Wayne, założycielka i szefowa Assembly Entertainment.

To jest wojna

Hollywood wciąż czeka na zmiany, a tymczasem problem seksizmu w Fabryce Snów coraz częściej dostrzegają seriale telewizyjne, nawet jeśli fabularnie sięgają w przeszłość, jak „Konflikt: Bette i Joan”, nowy miniserial Ryana Murphy’ego (twórcy „American Horror Story” oraz „Glee”) z Jessicą Lange i Susan Sarandon w rolach głównych. Jeszcze przed premierą produkcja była reklamowana jako campowa rozrywka – głównie za sprawą marketingowców należącego do Foxa kanału telewizyjnego FX, skierowanego głównie do mężczyzn. Mogli się obawiać, że dydaktyczna historia angażująca widza w problem, jaki Hollywood miał – i ma do dziś – z kobietami, odstraszy część odbiorców.

Akcja serialu toczy się na początku lat 60. Dwie blednące gwiazdy filmowe, Bette Davis i Joan Crawford, próbują odzyskać pozycję w świecie filmu i namawiają szefów wytwórni Warner Bros. do produkcji, w której zagrałyby główne role. Dwie kobiety po pięćdziesiątce jako siła napędowa wysokobudżetowej realizacji? Nie. Najwyżej horror klasy B, nakręcony na czarno-białej taśmie. Żeby temat lepiej się sprzedał, producent Jack Warner podsyca konflikt między aktorkami. Wciąż rozpuszcza wymyślone przez siebie plotki: Bette zdradziła tabloidom, że Joan powiększa sobie biust wkładkami, a Joan powiedziała o Bette, iż ma tyle zmarszczek, że mogłaby zagrać jej matkę. W takiej atmosferze powstaje klasyczny dziś dreszczowiec „Co się zdarzyło Baby Jane?”.

Jednak z politycznego punktu widzenia najciekawszy wątek serialu osnuty jest wokół asystentki reżysera, Pauline. Przez większość czasu niewidoczna, po cichu pisze własny scenariusz, którego główną bohaterką będzie nie najmłodsza już kobieta. Marzy też o tym, by samej ten film wyreżyserować. Najpierw podrzuca materiał swojemu szefowi, by za parę dni odkryć, że kartki posłużyły mu za brudnopis. Potem wręcza tekst Mamacicie, gosposi Joan Crawford, żeby ta przekonała swoją pracodawczynię do zainteresowania scenariuszem. Służąca jest imigrantką z Niemiec i szczerze wierzy w amerykański sen, dlatego ochoczo podejmuje się zadania, deklarując przy tym, że nastał czas na równość płci w Hollywood. Ostateczną barierą okazuje się jednak Crawford, która napisanego przez Pauline tekstu nie chce nawet przeczytać. Rozżalona niedoszła scenarzystka ze łzami w oczach mówi, że świat filmu jest piekłem kobiet, w którym mężczyźni wyznaczają im tylko takie role jak w życiu, czyli namiętnych kochanek na ekranie, a poza nim sekretarek i szwaczek.

W serialowym monologu odbijają się dwa ważne wydarzenia tamtej epoki. Przede wszystkim tragiczna historia Maggie McNamary, na której w pewnym stopniu wzorowana jest Pauline. McNamara była aktorką, która na nowojorskiej scenie zdobyła sławę na początku lat 50. rolą w odważnej obyczajowo sztuce „Niebieski księżyc”. Za występ w filmowej wersji dramatu – a był to jej kinowy debiut – otrzymała nawet nominację do Oscara. Ale bardziej od aktorstwa interesowało ją pisanie scenariuszy. Niestety, mężczyznom w Hollywood kobieta przy maszynie do pisania kojarzyła się wyłącznie z posadą stenotypistki. Nikt nie chciał czytać tekstów McNamary. Pogrążona w biedzie była aktorka popełniła samobójstwo w wieku 48 lat.

Drugim istotnym punktem odniesienia dla monologu Pauline jest ceremonia oscarowa z 1963 r. Nagrodę za kostiumy wręczała wówczas Audrey Hepburn, która pochwaliła nominowanych (w większości były to kobiety) za to, że ich prace pokazują paniom na całym świecie, jak mają się ubierać. Tak jakby sprawa kobieca w Hollywood sprowadzała się jedynie do tej kwestii. Oscara dostała wówczas Norma Koch, projektantka ubrań bohaterek „Co się zdarzyło Baby Jane?”.

>>> Czytaj też: Polski rynek muzyczny: na chwilę przed wielkim wybuchem

Oscar dla młodych

Nagrody Akademii są znakomitym probierzem tego, jak amerykański przemysł filmowy traktuje kobiety. Za swoją rolę 55-letnia wówczas Bette Davis zdobyła ostatnią w swojej karierze nominację do Oscara. Walkę o statuetkę przegrała z 31-letnią Anne Bancroft. Sama Davis miała już na koncie dwie statuetki, które otrzymała w wieku 28 i 31 lat. Czemu mają służyć te wyliczenia? Otóż z seksizmem w parze bardzo często chodzą oskarżenia o dyskryminację ze względu na wiek. Od czasu realizacji „Co się zdarzyło Baby Jane?” minęło ponad pół wieku, ale wbrew pozorom w Hollywood niewiele się od tamtej pory zmieniło.

Dziś przeciętny wiek aktorki uhonorowanej Oscarem to 37 lat. Zresztą w ostatniej dekadzie wzrósł dzięki zwycięstwom Helen Mirren, Meryl Streep, Julianne Moore i Cate Blanchett. Ta ostatnia, odbierając nagrodę, zażądała, by Hollywood oferował więcej starszym aktorkom. Złożyła także hołd nominowanej w tym samym czasie Judi Dench, że jako 80-latka mająca cały czas ręce pełne roboty powinna być wzorem do naśladowania.

Dla porównania: średni wiek oscarowego aktora wynosi 47 lat. Kiedy dla czterdziestolatek jest naprawdę niewiele wartościowych ról, ich równolatkowie dopiero przestają grać studenciaków i dostają „prawdziwie męskie” propozycje. Przykład? Urodzona w 1988 r. Emma Stone otrzymała w tym roku nagrodę dla najlepszej aktorki za rolę w „La La Land”, bo – jak twierdzili komentatorzy – Akademia uznała, że to najwyższy dla niej czas. Partnerujący jej Ryan Gosling, rocznik 1980, musiał się zadowolić tylko nominacją, bo na najważniejszy branżowy laur jest stanowczo za młody. Prowadzący tegoroczną galę Jimmy Kimmel zakpił jeszcze z hollywoodzkich standardów urody. „Andrew Garfield musiał w tym roku schudnąć kilkanaście kilogramów do roli w »Przełęczy ocalonych«. Został przez producenta skazany na to potworne wyrzeczenie zupełnie jak każda aktorka do każdej roli” – powiedział w otwierającym uroczystość monologu. W o wiele smutniejszym tonie wypowiedziała się na ten temat aktorka Brie Larson. „Mężczyznom można w Hollywood uszyć garnitur czy koszule pod dowolną sylwetkę. A kobieta, jeśli nie pasuje do idealnego wzorca, nigdy w pełni zawodowo nie rozkwitnie. Bardzo byśmy chciały wyrwać się z tego cyklu szaleństwa, w jakim nasza fizyczna waga jest sprzężona z symboliczną wagą, jaką mamy w przemyśle filmowym” – powiedziała po ceremonii.

Wydaje się, że filmy z oscarowymi rolami kobiet tworzą jakby odrębny świat. Z 90 tytułów, w których pierwszoplanowa rola żeńska została wyróżniona statuetką, zaledwie 15 uważanych jest dziś za klasykę kina. Niewiele z tych filmów zdobyło jednocześnie Oscara za najlepszy obraz roku. Dla odmiany męscy zdobywcy Oscara w ponad połowie przypadków zagrali w evergreenach uznawanych dziś za najważniejsze filmy w historii kina. „Trzy z pięciu nominowanych w tym roku filmów mają w sumie 26 męskich bohaterów i jedną bohaterkę. No i wszyscy przechodzą nad tym do porządku dziennego. Ale gdyby proporcja była odwrotna, trąbilibyśmy, że to ewenement, a może nawet wariactwo” – mówiła Meryl Streep w 2009 r., kiedy triumfował „Slumdog. Milioner z ulicy”.

Produkcje z kobietami w głównych rolach bardzo rzadko mogą liczyć na wielkie budżety i silną promocję, w związku z czym tradycyjnie mniej zarabiają. A skoro mniej zarabiają, to znaczy, że zasługują na mniejsze budżety, i tak koło się zamyka. Poza tym Hollywood generalnie woli aktorki w rolach – w każdym tego słowa znaczeniu – drugoplanowych, tzn. wspierających męskiego bohatera albo będących dla niego tłem. Oscara w 1991 r. dostała Jodie Foster za „Milczenie owiec”, w którym nie wychodzi z cienia granego przez Anthony’ego Hopkinsa seryjnego mordercy Hannibala Lectera (nawet jeśli dostała znacznie więcej czasu ekranowego niż on). Pokonała Geenę Davis i Susan Sarandon grające główne role w feminizującym klasyku „Thelma i Louise”.

Jesteś kobietą, zarabiasz mniej

Pracujące w Los Angeles aktorki są również więźniarkami konwencji. Upraszczając – nie wolno im za bardzo eksperymentować, bo to może zabić ich kariery. Paul Verhoeven początkowo planował realizację filmu „Elle” w Hollywood, ale żadna gwiazda nie chciała zagrać zdolnej do popełnienia zbrodni socjopatki. Rolę odrzuciły kolejno: Nicole Kidman, Sharon Stone, Julianne Moore i Diane Lane. „Ostatnią szansą była Jennifer Jason Leigh, ale dla wielkich studiów jest za mało rozpoznawalna” – opowiadał potem Verhoeven. Dlatego scenariusz trafił do Francji, a główną rolę zagrała Isabelle Huppert. Dostała nominację do Oscara, ale film członkom Akademii w ogóle się nie spodobał. Bo mroczny, a bohaterka straszna i odstręczająca. Statuetkę zdobyła za rolę w „La La Land” Emma Stone.

– Najbardziej pożądane przez studia filmowe aktorki zarabiają 40 proc. tego, co ich męskie odpowiedniki. Na liście dziesięciu najlepiej zarabiających w 2016 r. gwiazd są dwie kobiety: na szóstym miejscu Jennifer Lawrence i na dziewiątym Melissa McCarthy. A na pierwszym znalazł się Dwayne Johnson, choć żaden jego film nie trafił w ubiegłym roku do zestawienia najbardziej dochodowych produkcji. Gwiazdą, której filmy zarobiły w sumie najwięcej, jest Scarlett Johansson, ale i tak nie ma jej na liście najlepiej zarabiających aktorek. To tym bardziej absurdalne, że Hollywood próbuje się przedstawiać Amerykanom jako stolica i ostoja progresywizmu, feminizmu i równości. I pouczać z wyżyn całą resztę, jak należy dbać o prawa kobiet. Ta hipokryzja jest szczerze frustrująca – mówi DGP Tom O’Neil, krytyk i dziennikarz specjalizujący się w nagrodach filmowych.

Konflikt o nierówne dochody stał się głośny pod wpływem dwóch wydarzeń. Pierwszym była korespondencja e-mailowa między Jennifer Lawrence i Amy Adams a producentami z wytwórni Sony. W listach, które wyciekły do mediów, aktorki żaliły się, że zagwarantowano im po 7 proc. udziału w zyskach z dystrybucji filmu „American Hustle”, podczas gdy grający w nim Christian Bale i Bradley Cooper dostali po 9 proc. Drugim ogniskiem debaty był wywiad, w którym Natalie Portman pożaliła się, że jej gaża za rolę w komedii „Sex Story” wyniosła jedną trzecią tego, ile dostał jej filmowy partner Ashton Kutcher. O podobnych różnicach zaczęły głośno mówić także inne aktorki. „Jeżeli kobieta wykonuje taką samą pracę jak mężczyzna, powinna dostać takie samo wynagrodzenie. Co mam powiedzieć córce, kiedy zapyta mnie, czemu tak nie jest? Że skoro ma waginę, to jest przez to mniej wartościowa?” – powiedziała w rozmowie z dziennikarzami serwisu Mashable Viola Davis, tegoroczna laureatka Oscara za rolę drugoplanową.

Utrwalanie nierówności

Zaledwie 39 proc. filmów reżyserowanych przez kobiety ma na pierwszym planie żeńskie postaci. Niewiele? W przypadku filmów realizowanych przez mężczyzn to jedynie 4 proc. Co więcej, trzy czwarte obrazów o mężczyznach opowiada o ich wyzwaniach i dylematach ze sfery życia społecznego i zawodowego. Prawie 60 proc. produkcji poświęconych kobietom skupia się przede wszystkim na wątkach z ich życia osobistego i emocjonalnego. „Nikt z dziennikarzy przeprowadzających wywiady z aktorami nie zadaje im pytań w stylu: »Jak to jest grać tak silnego bohatera?«. Z założenia przyjmujemy, że mężczyźni są społecznie silni i mają stanowcze poglądy. A taka właśnie kobieta wydaje się stworem z innego świata” – powiedziała w programie „60 minutes” Meryl Streep. Wtóruje jej znana z sagi o Harrym Potterze Emma Watson: „Bohaterzy i bohaterki powinni mieć równe prawo do bycia na ekranie zarówno silnymi, jak i słabymi. Czas, byśmy przestali postrzegać płcie jako zestawy przeciwstawnych cech. Bo to jest właśnie seksizm. I to miecz obosieczny, bo ogranicza prawa mężczyzn do wrażliwości”.

O ironio kobiety więcej znaczyły w filmie, zanim stał się on dochodowym biznesem. W epoce niemych obrazów naprawdę sporo ich je produkowało, reżyserowało i montowało. Mary Pickford, największa gwiazda tego okresu, miała ogromny wpływ na to, w czym i z kim zagra. W 1916 r. założyła własną firmę producencką i nadzorowała każdy element procesu twórczego. W 1919 r. została główną współzałożycielką studia United Artists, z którego wyszły potem takie filmy, jak: „Rebeka”, „Dyktator”, „W samo południe”, „Marty” i „Dwunastu gniewnych ludzi”. Brytyjski historyk filmu Anthony Slide wydał ostatnio esej o pierwszym stricte feministycznym studiu filmowym, założonym równo sto lat temu American Women Company. Miało ono tworzyć filmy o „wyjątkowej wartości artystycznej i moralnej”. Los chciał jednak, że na planie pierwszej produkcji tej firmy doszło do wypadku drogowego, w którym ranne zostały 24 osoby z ekipy. Po tym incydencie działalność studia zawieszono.

– Uprzedzenia prowadzące do seksizmu są często nieuświadomione. Nie sądzę, by wszyscy pracujący w Hollywood byli zdeklarowanymi mizoginami i budzili się co dnia z misją stwarzania kobietom piekła. Myślę, że niewielu jest też takich, którzy szczerze myślą, że mężczyźni są lepsi. Ludzie wypierają natomiast to, że sami pomagają utrwalać nierówności – tłumaczy DGP Marianne LaFrance, politolożka i psycholożka polityki z Uniwersytetu Yale.

Na nieświadomych uprzedzeniach złapała się Christina Wayne. – Jestem feministką, od lat prowadzę własną firmę, zatrudniam dużo kobiet. Poświęcam dużo uwagi temu, by im pomagać, promować je, dawać odpowiedzialne zadania. Tymczasem ostatnio przygotowywałam listę potencjalnych współpracowników do nowego sitcomu. Lista się coraz bardziej skracała, aż zostali na niej finaliści. Sami biali mężczyźni. Coś, nad czym świadomie nie panuję, zdecydowało we mnie, uznawszy, że to bezpieczniejszy wybór. Chociaż gdybym racjonalnie miała spojrzeć, znam rzeszę tak samo utalentowanych reżyserek i producentek – dodaje w rozmowie z DGP.

Ryan Murphy, przystępując do produkcji serialu „Konflikt: Bette i Joan”, z góry założył sobie parytet. Połowę odcinków wyreżyserowały kobiety. To jednak wciąż wyjątek potwierdzający regułę. Mężczyźni nie dadzą sobie tak łatwo odebrać władzy w Hollywood. 

>>> Czytaj też: Aktorzy prowincjonalni. Tak wygląda kultura kwitnąca w cieniu wielkich miast