W komunikacie Białego Domu zaznaczono, że Donald Trump zaprosił obu premierów do złożenia wizyty w Waszyngtonie.

Zarówno Tajlandia, jak i Singapur należą do Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej (ASEAN) – organizacji, która obchodzi właśnie swe pięćdziesięciolecie. Oprócz nich w skład ASEAN wchodzą też Birma, Brunei, Filipiny, Indonezja, Kambodża, Laos, Malezja i Wietnam.

Zgodnie z zapowiedzią sekretarza stanu USA Rexa Tillersona 4 maja odbędzie się w Waszyngtonie nadzwyczajne spotkanie ministrów spraw zagranicznych państw wchodzących w skład ASEAN z nim samym jako szefem dyplomacji USA.

Obecnie wspólnocie ASEAN przewodniczą Filipiny. W sobotę rozpoczął się w stolicy tego kraju szczyt szefów państw i rządów Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej. Otworzył go prezydent Filipin Rodrigo Duterte, z którym prezydent Trump – jak przypominają agencje – rozmawiał przez telefon w tym samym dniu.

"Była to bardzo przyjazna rozmowa, podczas której przywódcy omówili obawy ASEAN-u dotyczące bezpieczeństwa w regionie, głównie zagrożenia ze strony Korei Północnej" - zaznaczono w oświadczeniu.

Trump zaprosił Duterte do Białego Domu, by "omówić znaczenie sojuszu między Stanami Zjednoczonymi a Filipinami" - powiedziało źródło, na które powołuje się agencja EFE. Data wizyty nie jest znana.

Kwestie związane z programem nuklearnym Korei Północnej były również przedmiotem niedzielnych rozmów Trumpa z szefami rządów Singapuru i Tajlandii.

O ile jednak rozmowa z singapurskim premierem Lee (druga od czasu objęcia najwyższego urzędu w USA przez Donalda Trumpa - PAP) wpisuje się "w tradycyjnie dobre i solidne relacje między Singapurem i USA" – co podkreślono w komunikacie MSZ Singapuru, o tyle rozmowa z premierem i przywódcą rządzącej od maja 2014 roku w Tajlandii junty Prayuthem Chan-ochą, wnosi nową jakość do polityki Stanów Zjednoczonych w regionie.

Od maja 2014 roku, kiedy to armia przeprowadziła bezkrwawy zamach stanu w Tajlandii, który miał na celu ocalenie monarchii i skonsolidowanie sceny politycznej w miarę zbliżania się nieuchronnej sukcesji na tajskim tronie, Biały Dom prowadził politykę dystansowania się do polityki prowadzonej przez Bangkok. W tym sensie Donald Trump zrywa z polityką swego poprzednika Baracka Obamy – piszą agencje.

Podobnie zresztą uczynił w wypadku Filipin. Prezydent tego kraju Duterte objął władzę w czerwcu ub.r. Rozpoczął wówczas ostrą "walkę z przestępczością" wymierzoną w kartele narkotykowe, m.in. zezwolił policji i służbom bezpieczeństwa na stosowanie kary śmierci bez wyroku sądowego wobec handlarzy narkotyków.

Według danych grupy badawczej lokalnej telewizji ABS-CBN dziennie w wyniku policyjnych działań ginie przeciętnie dziewięć osób podejrzanych o handel narkotykami lub ich zażywanie. Organizacje broniące praw człowieka szacują, że w ciągu trwającej 10 miesięcy kampanii Duterte mogło zginąć nawet ponad 9 tys. osób. Filipińska policja bierze odpowiedzialność za co trzecią ofiarę tych operacji.

Filipiny, dawna kolonia USA, są silnie związane gospodarczo z tym krajem. Oba państwa łączy także traktat o wzajemnej obronie, a siły amerykańskie od lat pomagają Filipińczykom w różnych zadaniach związanych z ochroną archipelagu.

Po zwycięstwie Duterte w ubiegłorocznych wyborach prezydenckich stosunki między Manilą a Waszyngtonem pogorszyły się, gdyż Duterte dokonał zwrotu ku Pekinowi i Moskwie. Zdecydowanie odrzucał też krytykę swoich rządów ze strony amerykańskich władz i organizacji humanitarnych.

Sobotnie i niedzielne rozmowy telefoniczne Donalda Trumpa z przedstawicielami państw wchodzących w skład ASEAN wpisują się w bardzo aktywną działalność zagraniczną i dyplomatyczną obecnego prezydenta USA.

"Bez opuszczania Stanów Zjednoczonych spotkał się już z 16 przywódcami państw i odbył dziesiątki rozmów telefonicznych" - podkreślają media. Rozmowy przeprowadzone w ostatnim okresie dotyczyły głównie sposobu rozwiązania problemów wynikających z polityki zbrojeniowej Korei Północnej - piszą. (PAP)

mars/