Bardziej przypominały rodzinny namiot – w każdej nogawce spokojnie zmieściłyby się dwie osoby. Do uszycia jednej pary kobiecych portek zużyto więcej materiału niż do wyprodukowania spadochronów dla całej 6 Brygady Powietrznodesantowej. A i tak zabrakło go na dociągnięcie nogawek za kostkę. Kończyły się w połowie łydki.

W chwili gdy z wrodzoną dyplomacją powiedziałem żonie, że wygląda, jakby wypadła z kontenera Caritasu, wtrąciła się sprzedawczyni. Wytłumaczyła mi, że to najnowsze parysko-mediolańskie trendy, za którymi stoją ludzie z wielkimi nazwiskami. Jeśli dobrze rozumiem, to kilkanaście osób wymyśla, jakie kolory, kroje i wzorki będą modne w danym sezonie, a następnie kilka miliardów ludzi pokornie na to przystaje. I nie przeszkadza im, że wyglądają jak worek ziemniaków obsypany cekinami.

Ostatnio gdzieś w internecie natknąłem się na relację z paryskiego pokazu znanego projektanta. Po wybiegu chodzili mężczyźni w szpilkach, kobiety owinięte celofanem i bliżej niezidentyfikowane płciowo osobniki w koszulach, które w miejscu kołnierza miały coś w stylu odwróconego parasola ogrodowego. Na końcu na scenie pojawił się człowiek, który to wszystko zaprojektował. I wiecie, w co był ubrany? W klasyczny czarny garnitur i białą, gładką koszulę. I absolutnie wszyscy jego koledzy i koleżanki po fachu robią dokładnie tak samo – na potrzeby przemysłu modowego projektują rzeczy, które prezentują się równie dobrze, jak przetrawione psie jedzenie, ale sami zawsze odziewają się zachowawczo, prosto i elegancko. Wiecie dlaczego? Bo wstydzą się chodzić w tym, co sami uszyli. A to trochę tak, jakby prezes Mercedesa Dieter Zetsche jeździł starym W124, bo nowa klasa S nie przypadła mu do gustu.

Ale w przypadku samochodów modne znaczy coś zupełnie innego. Chcemy, żeby wyglądały nowocześnie, miały radary i lasery, możliwość podłączenia iPhone’a, żeby ludzie oglądali się za nimi na ulicy, aby były komfortowe, ale jednocześnie dobrze się prowadziły. Oczekujemy od nich świetnych osiągów połączonych z rozsądnym zużyciem paliwa, wielobiegowych skrzyń automatycznych, turbosprężarek, rozbudowanych systemów multimedialnych i wnętrz wykończonych prawdziwą skórą, naturalnym drewnem oraz szczotkowanym aluminium.

No więc toyota GT86, którą jeździłem przez ubiegły tydzień, nie ma ani jednej z tych rzeczy. Jest ciasna, mało wygodna, dość plastikowa, wyposażona podobnie jak corolla sprzed 15 lat, a wygląda tak, że gdy zaparkowałem ją przed domem, to żona zapytała, czy już wszyscy importerzy się na mnie obrazili i przerzuciłem się na testowanie zawartości komisów. Innymi słowy, GT86 jest w świecie współczesnej motoryzacji tym, czym flanelowa koszula z lat 90. w świecie mody. I bardzo, ale to bardzo mi się to podoba.

Człowiek, który podpisał się pod projektem tego auta, musiał znajdować się pod wpływem środków odurzających. Tylko takie wytłumaczenie znajduję dla faktu, że ten wóz ma na masce znaczek Toyoty. Bo na tle reszty gamy modelowej marki prezentuje się jak szczeniak owczarka niemieckiego wpuszczony do pokoju zajętego przez opasłe i wyliniałe kocury. Jest pełen energii, życia, ciągnie za nogawki, chce wskakiwać na kolana, lizać po twarzy. A wy poza ogromną sympatią do niego czujecie, że musicie włożyć sporo wysiłku w jego wychowanie i ułożenie. I dokładnie taka jest GT86: daje w cholerę radości, ale wymaga tresury. 200 koni pochodzące z wolnossącego silnika przenoszone jest na tylne opony o szerokości zaledwie 205 mm (są tylko o centymetr szersze niż te w priusie). To sprawia, że auto merda ogonem chętniej i weselej niż trzymiesięczny Szarik! Jednocześnie szalenie łatwo się te poślizgi kontroluje – wystarczą kontry kierownicą, która pracuje z przyjemnym oporem. Do tego dostajecie manualną skrzynię, dość twarde zawieszenie i siedzenia wyprofilowane tak, abyście nie opuścili auta przez boczną szybę.

7,6 sekundy do setki i maksymalnie 226 km/h może nie robią spektakularnego wrażenia, ale wierzcie mi – nie o cyfry i liczby w tym aucie chodzi. Istotniejsze jest zaangażowanie, jakiego od was wymaga. Oraz fakt, że macie tu do czynienia z prostą, nieskażoną procesorami mechaniką w starym, dobrym stylu. Jeżeli motoryzacja jest dla was czymś więcej niż tylko czterema kółkami służącymi do poruszania się między punktami A i B, to będziecie oczarowani GT86. Jest jak klasyczne dżinsy – minimalistyczna, porządna i za pięć lat będzie się sprawowała równie dobrze jak dzisiaj. Nie rozumiem tylko jednego – dlaczego tak idiotycznie ją nazwali. Wiem, że to nawiązanie do legendarnej sportowej odmiany corolli sprzed dziesięcioleci, ale do obecnego modelu pasowałaby raczej liczba 69. Ona znacznie lepiej obrazuje doznania, jakie towarzyszą jeździe tym autem. ⒸⓅ

>>> Polecamy: Polska złomowiskiem Europy. Trujemy się autami z importu