Lęk. Irracjonalny. Nie pozwala zasnąć. Do tego ból brzucha. Taki, który pojawia się bez przyczyny. – Dzień przed startem czułam się dziwnie – opisuje swoje doznania dr Barbara Przywara, koordynatorka projektu. Gdy zadzwoniła do kilku osób, które także czekały na godzinę „zero”, usłyszała, że dzieje się z nimi dokładnie to samo.

Bez Sieci. To eksperyment naukowców z Katedry Mediów, Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej z rzeszowskiej Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania. Chodziło o sprawdzenie, w jaki sposób osoby w różnym wieku, o różnych zwyczajach, statusie społecznym poradzą sobie przez tydzień bez internetu. Wzorem zachodnich uczelni badacze zaprosili do eksperymentu studentów, sami też postanowili wziąć w nim udział. By, jak mówią, poczuć emocje. W sumie zgłosiło się 120 osób. Tłum, który zareagował spontanicznie. – Podskórnie czujemy, że korzystanie z sieci nie jest do końca takie, jak byśmy chcieli. Że nie jest to narzędzie, nad którym mamy kontrolę – dodaje dr Przywara.

Inspiracją była dla niej Susan Maushart, amerykańska dziennikarka. Zauważyła ona, że jej dzieci (troje nastolatków) nie używają mediów elektronicznych, tylko w nich mieszkają. Kiedy zapraszają znajomych, oglądają razem filmy na YouTubie albo grają online. Ona również surfuje po internecie, nawet w toalecie. Niepostrzeżenie czytanie książek, wspólne posiłki i rozmowy zniknęły z domu. Dlatego postanowiła odłączyć ich na pół roku od globalnej sieci, a eksperyment opisała w książce „E-migranci”. – Chcieliśmy sprawdzić, jak podobne doświadczenie wypadnie w naszych realiach. Jak wpłynie na wydajność pracy i nauki, ale także na życie osobiste – tłumaczą polscy naukowcy. Tym bardziej że rodzina Maushart najpierw przeżyła szok, a potem zaczęły dziać się cuda. Dzieci odkryły w sobie nowe talenty, a ona przypomniała sobie o rzeczach, które kiedyś sprawiały jej autentyczną przyjemność.

To pierwsze badanie w Polsce na taką skalę. Wcześniej zdarzało się, że ktoś decydował się być kilka dni w trybie offline. – Pojedynczych uciekinierów nie brakuje. Zwykle jednak są to sytuacje przemyślane, wyjątkowe. Ten eksperyment z góry zakładał, że osoby biorące w nim udział nie znikną. Przeciwnie, będą starały się normalnie funkcjonować. Uczyć się, pracować, zajmować domem i dziećmi – opisuje dr Przywara.

Jak im poszło?

Dzień pierwszy

W poniedziałek rano zadzwonił budzik (w telefonie). – Pora zaczynać – pomyślała Katarzyna Mieszawska. Leżąc w łóżku, czuła się spokojnie. I dziwnie, że nie może sprawdzić Messengera na FB. Jest na ostatnim roku studiów magisterskich. Jest też stażystką na rzeszowskiej uczelni. O eksperymencie powiedziała początkowo tylko siostrze i dwóm znajomym. – Żeby nie dziwili się, dlaczego tak nagle zniknęłam z Faceboka – tłumaczy.

Była przygotowana. Usunęła z komórki wszystkie aplikacje, które mogły wodzić ją na pokuszenie. Na te kilka dni telefon wrócił do pierwotnej funkcji: urządzenia służącego do odbierania połączeń. Zniosła ze strychu dawno zapomniane urządzenie – radio. Czekała na pełną godzinę, aby usłyszeć wiadomości ze świata, dowiedzieć się, jaka będzie pogoda. I – zwyczajnie – odsłuchać muzyki, bo przecież nie da się korzystać ze Spotify bez połączenia z siecią. Jednak już pierwszego dnia pojawił się problem. Czekała na przelew. Jak sprawdzić stan konta? Pójść do banku, ale czy zdąży przed zamknięciem? – Jeszcze kilkadziesiąt godzin temu wystarczyło otworzyć wyszukiwarkę i wszystko było jasne. A teraz? – Uśmiecha się na wspomnienie gorączkowo biegnących myśli.

– We wszystkich relacjach badanych pojawiło się słowo: czekać. Z irytacją odmieniali je przez wszystkie przypadki – opowiada Barbara Przywara. Jedni czekali na wiadomości w radio czy telewizji, inni przypomnieli sobie o istnieniu kiosków z papierowymi gazetami. Starsze osoby próbowały bawić się tą sytuacją, bo przypominała im powrót do przeszłości. Gorzej z młodszymi, którzy nie znają świata bez internetu. Ci byli jak dzieci we mgle.

Każda z osób biorących udział w eksperymencie prowadziła swój „Pamiętnik Wylogowanych”. Również naukowcy. „Od rana nie sprawdziłam maila. Niepokój narasta. Tam na pewno już jest Sodoma i Gomora, a ja o niczym nie wiem. Po kilku minutach paniki i bólu brzucha w końcu rozważna myśl – przecież istnieje telefon, jak będzie »pożar na pokładzie«, to zadzwonią. Racjonalne, nie? Jak nie dzwonią, znaczy, że nic się nie dzieje. Chyba... Taką mam nadzieję. Tak sądzę... Nie, no na pewno. A może... Stop! Trzeba znaleźć jakiś zagłuszacz tych myśli”.

>>> Czytaj też: Rewolucyjna aplikacja. Masz szanse na wydostanie się z facebookowej „bańki”

Dzień drugi

Odstawienie na boczny tor – to uczucie okazało się dla niektórych nie do przejścia. Drażniło, że inni wokół mogą korzystać z sieci, a oni – nie. – Byli tacy, którzy poddali się już drugiego dnia. Jak podczas diety, w której ktoś próbuje wytrwać, ale nie ma solidnej motywacji – potwierdza dr Przywara. Niektórzy zostawiali sobie wentyle bezpieczeństwa, szli ze sobą na układ: zrezygnuję np. z FB i Messengera, ale zostawię Instagram.

– Pomysł? Rewelacyjny! Zgłosiłam się, bo byłam ciekawa swoich reakcji. I... wyłamałam się – opowiada Karolina Bednarska, studentka pierwszego roku. Jak to się stało? Powiedziała o badaniu chłopakowi, który jest za granicą. Musiała go uprzedzić, że przez kilka dni nie będą mieli kontaktu. A on? – Stwierdził, że jestem nienormalna, że w głupią zabawę wchodzę. Na początku próbowałam grać twardą, ale potem... Budzę się i sięgam po komórkę. Wracam z uczelni, siadam na łóżku i otwieram aplikację. To bezwiedny odruch, silniejszy ode mnie. Sposób na zabicie nudy. Bo tak po prostu siedzieć przy stole i jeść? Albo uczyć się bez zaglądania, co słychać na tym cholernym Fejsie? – mówi i sama ocenia, że jest uzależniona. Uzależniona? Jak alkoholik, narkoman, hazardzista? Nie, no bez przesady. – Tak się tylko mówi – dodaje. Gdy idzie do łazienki, telefon kładzie koło wanny, na wyciągnięcie ręki. Puszcza muzykę, a przy okazji jest dostępna 24 godziny na dobę. Przekonuje, że ludzie w jej wieku już tak mają. Co innego ci z lat 80. Oni jeszcze usiłują trzymać dystans. Co nie znaczy, że zawsze im się to udaje.

– Eksperyment pokazał, że podejście do internetu nie jest kwestią pokoleń – przekonuje Katarzyna Mieszawska. I tłumaczy, że już między osobami 19-letnimi a zaledwie kilka lat starszymi różnice są olbrzymie. Na swojej uczelni obserwuje dziewczyny, które co chwila robią sobie selfie. Dziubek, uśmiech, poza. I od nowa. – Ok, ja czasem też robię sobie zdjęcia. Ale tylko gdy jestem sama lub ze znajomymi, których dawno nie widziałam, dla zgrywu – mówi.

Chore jest to, że sieć wpędza nas w stany depresyjne. Jak ktoś ma mało serduszek na Instagramie, czuje się gorzej. Tak ładnie pomalowana byłam, a dostałam tylko 10 lajków. Dlaczego? Ludzie tłumaczą sobie, że ktoś był offline, że taki dzień. Ale są i tacy, którzy dodają hasztagi, kasują stare zdjęcia, wrzucają nowe. Wszystko dla fejmu, popularności, godzinami czekają na ruch w sieci. Walczą.

Koniec drugiego dnia przyniósł zaskakujące wnioski, które naukowcy zapisali w swoich pamiętnikach: „Jest 22.00. Nie pamiętam, kiedy ostatnio kładłam się spać o takiej porze. Często oglądam mimochodem, pracując jednocześnie na laptopie, ale dzisiaj sama telewizja okazuje się za mało absorbująca, żeby poświęcić jej więcej czasu. Nuda! No właśnie, może to o nią chodzi. Susan Maushart też o niej pisała. Może to nudy się boimy i dlatego mnożymy bodźce, które działają na nas w tym samym czasie. A może dzięki temu, że wciąż jesteśmy zajęci, czujemy się ważni i potrzebni?”.

Dzień trzeci

To był szczególnie trudny czas, jeszcze nie półmetek, a już zmęczenie daje o sobie znać. Trochę jak „ściana”, droga wiodąca pod górę, podczas maratońskiego biegu. W takich sytuacjach ważny jest doping. – Jak zareagowało otoczenie? Jedni pukali się w czoło, drudzy współczuli i deklarowali, że będą nas w tych trudnych dniach wspierać, a niektórzy nawet podziwiali. Pamiętam słowa znajomego. Powiedział, że też chciałby zerwać się z łańcucha i zafundować sobie tydzień laby – wspomina dr Przywara. Tylko czy na pewno o takie wakacje mu chodziło?

„Pamiętnik Wylogowanych”: „Awaria! Help! Pomocy! Jak zamówić pizzę do domu, jak nie ma się numeru do pizzerii? Ludzie, to jest nienormalne! Pół biedy pizza, zrobię najwyżej sama, chociaż ledwo stoję na nogach, a zaczynamy być głodni. Pół biedy oceny syna w szkole, zawsze mogę liczyć na wyrozumiałość wychowawczyni, która przeczyta mi zawartość e-dziennika. Pal sześć zakupy w sieci, ostatecznie znajdę czas, żeby połazić kilka godzin po sklepach, chociaż tego nie znoszę. Ale na uczelni nie da się zamówić książki do wypożyczenia w bibliotece inaczej niż elektronicznie! Gdzie nie pójdę, to słyszę: »Pani zajrzy na naszą stronę, tam są wszystkie informacje«, »Koniecznie otwórz tę stronę, mówię ci, ale heca!«. Sfrustrowana przymierzam się do robienia pizzy i nagle... na lodówce dostrzegam przyczepioną magnesem ulotkę! Świecie, jesteś piękny! Mężu, jesteś genialny”.

Dzień czwarty

Były osoby, które próbowały pójść dalej. Nie tylko rozstać się z siecią, ale też odstawić na bok komputer. Przelewały więc przez pierwsze dni swoje wrażenia na papier. W końcu miały dość. Gdy przepisały dzienniczek do pliku, wydarzyło się coś dziwnego: widok ekranu uruchomił w ich głowach guzik odpowiedzialny za twórczość. Na klawiaturze pisały więcej, szybciej, chętniej, łatwiej i...miały więcej przemyśleń. – Czy naprawdę nie umiem już myśleć linearnie, z długopisem w ręce? Jeszcze na pierwszym roku studiów politologicznych napisałam ręcznie 10 stron eseju o samobójstwie jako zjawisku społecznym – ironizuje jedna z autorek pamiętnika.

– Kilka lat temu ludzie wisieli na telefonach, hurtowo wysyłali SMS-y. Dziś, kupując pakiet u operatora, patrzę tylko na limity sieciowe, te na rozmowy i wiadomości mnie nie interesują – mówi Karolina Bednarska, która bardzo chciała tego dnia wrócić do eksperymentu, ale... Co chwila działo się „coś”: umówienie wizyty do lekarza, ustalenie wyjścia do kina na sobotni wieczór. – Łatwiej pojechać na obóz przetrwania, niż odnaleźć się w miejskiej dżungli bez sieci – mówi. Najgorzej, gdy trzeba było przygotować się do kolokwium. – Miałam zaplanowane, że wracam z uczelni, siadam przy stole i wkuwam. Jednak jak sprawdzić szybko informacje, upewnić się, że nie pomyliłam daty sprawdzianu. Dałam sobie 20 min na ogarnięcie FB. Ocknęłam się po dwóch godzinach – opowiada.

Dzień piąty

W kolejnych dniach szczególnie dawały o sobie znać nawyki, mechanicznie wykonywane czynności. – Włączałam komputer i klikałam ikonę poczty. Symulowanie niektórych ruchów może być jednym z objawów uzależnienia – stawia diagnozę Barbara Przywara. W porę jednak przychodziło opamiętanie. Ta sytuacja wymuszała szukanie innych dróg. Czasem tych zapomnianych.

Z „Pamiętnika Wylogowanych”: „Na jutro mam przygotować tłumaczenie abstraktu doktoratu językoznawczego z języka angielskiego na polski. Utknęłam już w drugim zdaniu. Spoglądam na ikonkę – brak połączenia sieciowego. Spoglądam na półkę – ledwo tknięty słownik, który dostałam na zakończenie liceum. Wiem, że zejdzie mi sto razy dłużej, ale zabieram się za kartkowanie. I nagle... no nie wierzę! Na samym końcu słownika jest dołączona płyta CD ze słownikiem interaktywnym, ćwiczeniami gramatycznymi i słownictwem. Użyłam jej pierwszy raz w życiu, przez blisko 10 lat nie wiedziałam o jej istnieniu”.

Praca offline tylko z pozoru była bardziej mozolna. Bez rozpraszającego internetu można było lepiej skoncentrować się na zadaniu. A efekt? – Nagle okazało się, że mam więcej czasu. Jeszcze przed pracą, choćby przy śniadaniu, udawało mi się porozmawiać z dziećmi i dodatkowo przekartkować gazetę – wspomina dr Przywara. Pojawiły się nowe doświadczenia. – Moja koleżanka, też zaangażowana w eksperyment, opowiadała, że po raz pierwszy od lat bawiła się w berka z synkiem. Wcześniej głównie obserwowała go na placu zabaw. Jej dziecko biegało, a ona siedziała ze smartfonem w ręku.

>>> Czytaj też: Rewolucyjna aplikacja. Masz szanse na wydostanie się z facebookowej „bańki”

Dzień szósty

Ci, którzy wytrwali do tego momentu, mieli już w telefonie pokaźną kolekcję SMS-ów w stylu: „Bierzesz udział w tym eksperymencie? To dlatego olałaś mnie na Messengerze?”.

– Uspokoiłam się. Uznałam, że jak coś pilnego, to zadzwoni. Nie dzwoni? Czyli nic ważnego – wspomina Katarzyna Mieszawska. O sobie mówi, że jest hard userem i wcześniej nie podejrzewała, że będzie w stanie złapać taki dystans. Komunikaty co chwila dźwięczały w jej komórce. Od razu chciała je przejrzeć, odpowiedzieć. Bez względu na to, czy była akurat na wykładzie, jadła obiad czy siedziała na spotkaniu ze znajomymi. – Gdy wyciągałam telefon, mama komentowała zawsze: oho, pokolenie kciuka. Ale ona mnie nie rozumie, wychowywała się bez komputera, internetu. Nie ma konta na portalach społecznościowych i nie wie, jakie są z tego korzyści. Choć może to i lepiej, bo dba o swoją prywatność – zastanawia się. Odcięcie się od sieci nauczyło ją twórczego podejścia, stanowczości i cierpliwości. – Internet rozleniwia. Nie musimy niczego pamiętać, bo on zawsze jest przy nas. Podpowie adres, przypomni o urodzinach znajomego, poda rozwiązanie na tacy.

Dzień siódmy. Niedziela

Z „Pamiętnika Wylogowanych”: „Miałam sen. Śniłam o przyjaciołach ze szkoły, o tym, jak jechaliśmy razem na klasową wycieczkę pociągiem w trzeciej klasie liceum. Cieszyliśmy się, że jesteśmy razem i przez całą drogę rozmawialiśmy. O głupotach, jasne, czasem o niczym, przesiadając się od jednej grupki do drugiej. Nawet nie miałam wtedy komórki, choć może trudno w to uwierzyć. I mama nie miała ze mną kontaktu przez cztery dni! Teraz dzwoni do mnie cztery razy dziennie, choć mam 33 lata, a z przyjaciółmi ze szkoły kłócimy się przez Messengera o sytuację polityczną na świecie, bo ktoś coś przeczytał na czyjejś ścianie na Facebooku”.

– I tak to właśnie działa. Wirtualne oznaczenia zastępują prawdziwe więzi. Po sprzeczce ludzie wyrzucają siebie z grona znajomych. A gdy para się pokłóci, zmienia sobie status na „nie w związku” – podkreśla Karolina Bednarska. Kiedyś chciała ulotnić się z Fejsa, na chwilę. Miała gorszy czas, potrzebowała w spokoju przemyśleć parę spraw. Ale zamiast tego wywołała burzę. Przychodziły kolejne SMS-y o podobnej treści: „O co chodzi? Dlaczego mnie zablokowałaś?”. – Nikt nie pomyślał, że po prostu mam kłopot, że mi źle. Wszyscy odebrali to jako osobisty atak.

Siódmego, ostatniego dnia, jedni oddychali z ulgą, drudzy brali pod lupę własne ciała. – Niektórzy przestali cierpieć na bezsenność. Przed eksperymentem siedzieli do późna z nosami przyklejonymi do ekranów. Emitowane z nich światło zakłóca działanie melatoniny i nie pozwala wejść w fazę efektywnego snu – ocenia dr Przywara. Były też inne obserwacje. Od tych fizycznych, jak: „przestał mnie boleć kciuk”, „pozbyłem się skurczu w szyi”, po bardziej metafizyczne: „zacząłem patrzeć na świat, zamiast iść przez niego z pochyloną głową”.

To już jest koniec

Kilka minut po północy. Nareszcie koniec, można zaszaleć. Są chętni? Ostatnie zapiski z pamiętnika: „Na próbę włączyłam na tablecie stronę sklepu z odzieżą, żeby sprawdzić, czy mają sprzedaż internetową. Nie mieli, więc wyłączyłam urządzenie i przysiadłam na pufie obok męża, który pracował jeszcze przy biurku. Poczułam się, jakby mnie olśniło – choć wiem, że badacze procesów twórczych odeszli już od koncepcji nagłych olśnień. Nie mogę pozbyć się jednego wniosku: że czas bez sieci przywrócił mi zdolność jasnego myślenia o celu i środkach do niego prowadzących. Że pozwolił mi zapomnieć o paraliżującym działaniu negatywnego feedbacku ze strony otoczenia”.

– Po wszystkim otworzyłam FB. Byłam ciekawa, ile wiadomości tam na mnie czeka. Gdy zobaczyłam 26 nieprzeczytanych informacji, pomyślałam: jak ktoś wytrzymał tydzień bez odpowiedzi, to nic się nie stanie, jeśli poczeka jeszcze kilka godzin. Wylogowałam się i spokojnie postanowiłam przygotować sobie śniadanie – wspomina Katarzyna Mieszawska. Jednak na wiadomości zaczęła odpisywać już w trakcie posiłku.

To było jak maraton, wyprawa w nieznane czy wyjazd całą rodziną na wakacje. Wyzwanie, które ma swój finał. Potem wraca się na stare tory. Bo w planszówki można czasem zagrać, podobnie odstać w kolejce do banku czy spotkać się ze znajomymi w realu. Ale żyć dłużej bez internetu? Czy to w ogóle możliwe? Tak i nie. Na pewno warto robić kursy przetrwania, bo uczą dystansu do siebie i wirtualnego świata, jednak... – Podczas eksperymentu musiałam kupić córce książkę w księgarni. Wydałam prawie 50 zł. W sieciowych wyprzedażach była za 12 zł – mówi Barbara Przywara. – Analogowe życie jest droższe i bardziej skomplikowane. 

>>> Czytaj też: W Polsce kwitnie tzw. parental trolling. Czym jest to niebezpieczne zjawisko?