Co to za sztuka pisać o niebezpieczeństwach, kiedy wszystko wokół się wali. Sztuką jest pisać o nich, kiedy wszystko rośnie. W strefie euro mamy piękne ożywienie gospodarcze, z rosnącymi dochodami, spadającym bezrobociem i młodym, dynamicznym Emmanuelem Macronem symbolizującym powrót politycznej normalności (tekst pisałem przed drugą turą wyborów; jeżeli Macron nie wygrał, mogą państwo ten tekst pokazywać jako przykład złego prognozowania).

To najlepszy moment, żeby się zastanowić, czy strefa euro jest już na tyle mocna, by obwieścić, że to dom zbudowany na skale. Perspektywa średniookresowa, na parę lat w przód, wydaje się bardzo dobra. Ale fundamentalne problemy strefy wciąż są nierozwiązane i przy kolejnym kryzysie mogą rozwalić w pył całą konstrukcję.

Przeczytałem dwa ciekawe teksty, które rzucają zupełnie różne światło na ten problem. Jeden to książka Janisa Warufakisa, kontrowersyjnego greckiego ekonomisty i byłego ministra finansów, pt. „A słabi muszą ulegać”. To historia integracji monetarnej w Europie, a raczej mały paszkwil na Niemcy i Francję. Drugi to analiza niemieckiego Instytutu Gospodarczego z Kolonii, związanego z niemieckimi pracodawcami, napisana przez ekonomistę Jurgena Matthesa. Zacznę od tego drugiego.

Optymistyczna wizja dla strefy euro opiera się na dwóch filarach. Pierwszy to ożywienie koniunktury, które ma potwierdzać słuszność polityk makroekonomicznych prowadzonych pod wodzą Berlina, Brukseli i Frankfurtu (siedziba Europejskiego Banku Centralnego). Drugi to reformy przeprowadzone przez kraje peryferyjne strefy, które uodporniły je na kolejne wstrząsy i zapewniły większą elastyczność. Matthes twierdzi, że kraje strefy znacząco zmieniły swoje rynki pracy i rynki produktowe w ostatnich latach, dzięki czemu ich gospodarki mają znacznie większą swobodę w reagowaniu na ewentualne kryzysy, nawet bez posiadania własnych walut.

Pamiętajmy, że jednym z głównych problemów strefy jest to, że jedna polityka pieniężna jest prowadzona dla bardzo różnych gospodarek, które zmagają się z odmiennymi problemami. Budując strefę, założono, że zamiast polityki pieniężnej kraje będą mogły wykorzystywać politykę fiskalną i zmiany płac jako sposób na wychodzenie z dołków. Niestety, okazało się to w praktyce bardzo trudne lub wręcz niemożliwe. Matthes argumentuje jednak, że taki kryzys już się nie powtórzy. Jego zdaniem większa mobilność pracowników zapewnia mniejsze koszty społeczne kryzysów, lepsze regulacje finansowe znacząco zmniejszają ryzyko głębokich recesji, a nowe instrumenty finansowe Unii Europejskiej oraz progres w obszarze unii bankowej umożliwiają krajom strefy lepszy podział ryzyka i kosztów kryzysów.

W skrócie: strefa euro przetrwała i będzie trwać jak dom na skale.

Mniej optymistyczna wizja dla strefy euro opiera się na argumencie, który podnosił John M. Keynes, kiedy negocjował w Bretton Woods kształt powojennego systemu walutowego. Keynesowskiej argumentacji trzyma się w swojej książce Janis Warufakis. Chodzi o to, że między dużymi krajami nie może istnieć stały kurs walutowy (a tym bardziej jedna waluta), jeżeli nie ma mechanizmów zapewniających recykling nadwyżek handlowych. W uproszczeniu, kraje mocniejsze gospodarczo, które produkują więcej, niż wydają (nadwyżka produkcji generuje nadwyżkę eksportu nad importem), powinny być z automatu zmuszone do wspierania w razie kryzysu krajów słabszych gospodarczo, które wydają więcej, niż produkują, i generują deficyty handlowe. W strefie euro takiego automatu nie ma i nie będzie, stąd długookresowe ryzyko dekompozycji strefy. Niemcy utrzymują trwałą nadwyżkę eksportu nad importem i jednocześnie niski popyt wewnętrzny, co – zdaniem keynesowskich ekonomistów – siłą wymusza na innych krajach zadłużenie zewnętrzne.

Można powiedzieć, że taka argumentacja wypływa z egoistycznych pobudek. Keynesowi w 1944 r. chodziło o to, żeby USA były zmuszone do wspierania deficytowej Wielkiej Brytanii, a Warufakisowi w 2016 r. – żeby Niemcy były zmuszone do wspierania deficytowej Grecji. Ale ich argumenty są dość mocne merytorycznie. W większości krajów posługujących się jednolitymi walutami istnieją mechanizmy recyklingu nadwyżek – silniejsze regiony wspierają słabsze (na przykład w Polsce Warszawa dzieli się dochodem z biedniejszymi regionami poprzez system podatkowy), dzięki czemu zróżnicowany gospodarczo obszar może zachować stabilność polityczną. Jeżeli nie ma takich mechanizmów, to powinny istnieć instytucje blokujące narastanie nierównowag między krajami. Ale to jest bardzo trudne do utrzymania, a jeżeli ma się udać, to kraje nadwyżkowe powinny odpowiadać za redukcję swojej nierównowagi w równym stopniu, co kraje deficytowe.

Tu dochodzimy do punktu, w którym znacznie bliżej mi do Keynesa i Warufakisa niż do Matthesa. Strefa euro przetrwała wyłącznie dlatego, że Europejski Bank Centralny samozwańczo podjął się misji, której zabraniają mu de facto traktaty europejskie – misji recyklingu nadwyżek i ratowania słabszych krajów. Taki jest sens programu skupu obligacji prowadzonego od kilku lat przez EBC. Reformy strukturalne i drobne zmiany instytucjonalne to było za mało, by wyciągnąć znad granicy niewypłacalności takie kraje, jak Włochy czy Hiszpania. Wprawdzie sam bank musi oficjalnie tłumaczyć, że chodzi wyłącznie o dbałość o stabilną inflację, ale skup obligacji jest niemal równoznaczny z zagwarantowaniem wypłacalności krajów. Jest to polityka bardzo dobra, ale naruszająca traktaty. Dostrzegła to niedawno organizacja Transparency International, która stwierdziła, że EBC nagiął prawo do granic możliwości, by ratować strefę euro.

Strefa euro przetrwała, bo nagięła swoje reguły, by dostosować się do oczywistych sił ekonomicznych. Na razie ten paradoks zostanie przykryty przez mocne ożywienie koniunktury. Ale w długim okresie wróci dylemat, który w swojej książce opisał Warufakis: federacja albo rozpad. A federacja to utopia.

>>> Czytaj też: Belka: Jeśli nie spartolimy czegoś hurtowo, to wszystko powinno być dobrze [WYWIAD]