Pytanie zadałem oczywiście trochę prowokacyjne, bo nie ma sensu rozstrzygać dosłownie pytania, czy premier kogoś przekonał, czy nie. Ale za tym kryje się jedno z najważniejszych, w moim przekonaniu, pytań dotyczących najbliższej przyszłości polskiej gospodarki. Na ile ewidentny kryzys instytucjonalny w Polsce wywołał spadek zaufania mogący realnie uderzyć w inwestycje, a na ile został na razie przez biznes zlekceważony? Rząd może przekonywać, że biznes robi swoje i nie patrzy na zamieszanie polityczne. Prognozy wzrostu gospodarczego na ten i przyszły rok są wręcz znakomite. Jednak hasło „Polacy, nic się nie stało” byłoby grubą pomyłką.

Decyzja JP Morgan wpisuje się w ważny trend wzrostu roli usług biznesowych w polskiej gospodarce. To jedna z dwóch nóg, na których opiera się obecnie model rozwojowy Polski (i całego naszego regionu). Drugą jest wzrost przetwórstwa. W obu przypadkach rozwój w niemałej mierze opiera się na włączaniu Polski do międzynarodowych łańcuchów produkcji, w które organizują swoje procesy duże firmy. I tak udział usług biznesowych w wartości dodanej wytworzonej w Polsce wzrósł w ostatnich 10 latach z 6,5 do 8,2 proc., a przetwórstwa przemysłowego z 18,8 do 20,5 proc. To pozornie małe zmiany, ale są to najszybciej rozwijające się branże/sektory polskiej gospodarki. Widać to też po zatrudnieniu. Wedle ostatnich danych, średnio w 2016 r. zatrudnienie w usługach biznesowych rosło w tempie 4 proc., a w przetwórstwie – aż 5,5 proc. To znacznie powyżej średniej dla wszystkich branż. Główne motory polskiej gospodarki pracują zatem na wysokich obrotach.

W tym kontekście trzeba zrozumieć dwa istotne procesy, które mają wpływ na tempo, w jakim nasz model rozwojowy będzie mógł pchać w górę dochody ludności. Pierwszy proces to powolny awans na drabinie wartości dodanej, czyli przyciąganie coraz bardziej zaawansowanej produkcji. Drugi proces to rozwój polskich firm, które podłączają się pod łańcuchy produkcji wokół zachodnich korporacji, same zaczynają budować takie łańcuchy lub generalnie korzystają na szybkim wzroście PKB.

Te procesy funkcjonują nieźle, ale potrzebują wsparcia i wzmocnienia. Na przykład w dziedzinie rozwoju przetwórstwa potrzebujemy aktywniej przyciągać bardziej zaawansowaną produkcję, m.in. w dziedzinie motoryzacji. W regionie utrwalił się podział, w którym najbardziej zaawansowana produkcja jest lokowana w Czechach, na Węgrzech i Słowacji, a ostatnio mocno zaczęła gonić w tej dziedzinie Rumunia. My produkujemy prostsze towary. Warto powalczyć o poprawę tej pozycji. Z kolei w obszarze rozwoju polskich firm mamy problem z pułapką małej skali. Dobrze opisał to kilka miesięcy temu Adam Czerniak z Polityka Insight w raporcie na temat rozwoju firm. Mamy w Polsce relatywnie dużo firm, które nie przekraczają bariery między mikro lub małą a średnią wielkością. To wynika zarówno z naturalnych braków w dziedzinie zdolności menedżerskich, ale częściowo to efekt nieprzejrzystego systemu podatkowego i regulacyjnego.

Tu wracamy do kryzysu instytucjonalnego. Dość powszechnie w ekonomii rozpoznana jest zależność między stabilnością instytucji a inwestycjami. Bez wątpienia stabilność i przejrzystość reguł gry będzie miała wpływ na to, czy damy radę osiągać wspomniane cele – przyciągać coraz lepsze inwestycje i odblokować wzrost polskich firm. Ale gdzie jesteśmy w tej dziedzinie dziś? Czy w Polsce da się już wyłapać wpływ kryzysu instytucjonalnego na inwestycje?

Mamy mało danych, by odpowiedzieć z dużą dozą pewności, możemy jedynie posługiwać się bardzo niepewnymi wskaźnikami. W 2016 r. doznaliśmy potężnego spadku inwestycji (7,9 proc.), ale podobne spadki miały miejsce w wielu krajach regionu (Słowacja, Węgry i Łotwa miały dwucyfrowe spadki). Można domniemywać, że kluczowe były kwestie związane z końcem finansowania z poprzedniej perspektywy finansowej Unii Europejskiej. Bardzo mocne ożywienie gospodarcze z tego roku powinno pomóc odrobić te straty. Ponadto część turbulencji politycznych wokół Polski nie ma na pewno przełożenia na decyzje inwestycyjne firm. Indeks ryzyka politycznego, konstruowany od niemal 40 lat przez firmę PRS, wskazuje, że w ostatnim roku nie zaszły w Polsce istotne zmiany ryzyka mające wpływ na klimat inwestycyjny. Moje rozeznanie z rozmów z ludźmi z zagranicznych instytucji jest takie, że na poziomie ideowym są oni bardzo zaniepokojeni sytuacją w Polsce, ale przełożenie na realne decyzje jest małe.

Największym wyzwaniem w prognozowaniu jest jednak dostrzeżenie procesów, które toczą się pod powierzchnią. Dobra koniunktura doskonale nam maskuje ewidentne problemy z jakością instytucji. To prawda, że te problemy były widoczne od dawna, ale w ostatnim roku uległy wzmocnieniu. Think-tank Freedom House, oceniający jakość instytucji politycznych, po raz pierwszy od transformacji obniżył nam w tym roku ocenę jakości instytucji w swoim globalnym rankingu. W prognozach Komisji Europejskiej czy OECD widać, że nawet po uwzględnieniu przejściowości załamania inwestycji w 2016 r., średnia dynamika inwestycji u nas ma być niższa niż u naszych sąsiadów z regionu.

Trzeba pamiętać, że dostosowanie gospodarki do różnych zmian w otoczeniu nie jest liniowe. Najczęściej przez wiele lat nie widać reakcji, a później następują one skokowo. Mimo doskonałej koniunktury ryzyka wiszące nad polską gospodarką na pewno ulegają wzmocnieniu. Mamy więcej czasu, by się do nich dostosować, ale nie można ich lekceważyć.

>>> Czytaj też: Zbigniew Parafianowicz: Entente cordiale przeciw dobrej zmianie [OPINIA]