Po tym, jak Brytyjczycy zdecydowali o wyjściu ich kraju z Unii Europejskiej, a Amerykanie wybrali Donalda Trumpa na prezydenta USA, panuje powszechne przekonanie, że fala populizmu zalewa rozwinięte kraje. Wielu obserwatorów snuje ponure wizje wielkiego kryzysu, który nadejdzie, jeśli elity nie zaczną uwzględniać – domniemanych lub wyrażonych wprost – żądań klasy pracującej.

Przy czym pojawia się pewien problem – ciężko jest ocenić, kto tworzy elitę. W efekcie trudno też ustalić, kto może stać się obiektem powszechnego gniewu, a co za tym idzie - kto powinien odpowiadać na żądania mas.

To nie koniec problemów, gdyż równie ciężko jest ustalić, kto tak naprawdę wysuwa żądania. Kim są dziś przedstawiciele „klasy pracującej", którzy już nie chcą znosić wad systemu? To kluczowe pytanie, gdyż od odpowiedzi na nie zależy kształt polityki, która mogłaby wyjść naprzeciw powszechnemu niezadowoleniu.

Gdy w XIX wieku Karol Marks tworzył pojęcie klasy społecznej, świat był nieco prostszy niż obecnie. Duże masy społeczeństwa należały do kategorii chłopów lub biednych pracowników miejskich fabryk.

Podział społeczeństwa na chłopów, proletariat, burżuazję, małą burżuazję itd., nie wymagał oddzielania kryterium dochodów od kryterium zawodu lub zajęcia, gdyż ta ostatnia kategoria zazwyczaj determinowała tę pierwszą.

Pomimo, że wciąż używamy nomenklatury Marksa, to współczesna gospodarka jest znacznie bardziej złożona niż ta, z którą miał do czynienia niemiecki socjolog. Dochody, zawód, wykształcenie, rasa wprowadzają wiele pęknięć, które podają w wątpliwość istnienie jednolitego proletariatu czy klasy pracującej.

Najłatwiej zdefiniować klasę pracującą przy użyciu kryterium dochodów. Nierówności w tym zakresie w ostatnim czasie przybrały na sile w państwach rozwiniętych, a w szczególności w USA. Jednym z narzędzi służących do pomiaru nierówności dochodowych jest współczynnik Gini’ego. Na jego podstawie można stwierdzić, że dystrybucja dochodów jest mniej równa niż w przeszłości.

Jeśli przedstawiciela klasy pracującej zdefiniujemy jako każdego, kto znajduje się w tej „gorszej” części społeczeństwa pod względem dochodów, przy rosnących nierównościach, to zrozumiała staje się jego złość. Z ostatniego badania Fatiha Guvenena, Grega Kaplana, Jae Song oraz Justina Weidnera wynika, że osiągany przez całe życie dochód dla większości Amerykanów spada już od kilku dekad. Jedynie masowe zaangażowanie kobiet w rynek pracy sprawiłoby, że sytuacja materialna amerykańskich gospodarstw domowych uległaby poprawie. Inne badanie pokazuje, że mobilność społeczna (możliwość zmiany pozycji na drabinie społeczno-ekonomicznej – przyp. red.) zmniejsza się od lat. Innymi słowy, większość Amerykanów zarabia mniej niż ich rodzice, a ci z nich, którzy sytuują się na dole tej drabiny, prawdopodobnie już tam zostaną.

Rosnące nierówności, stagnacja dochodów i zmniejszona mobilność tworzą toksyczną mieszankę. I rzeczywiście, w przypadku Brytyjczyków na podstawie ich dochodów można było przewidzieć zachowanie w referendum ws. Brexitu (osoby o niższych dochodach częściej głosowały za wyjściem kraju z UE).

Co ciekawe jednak, w USA sytuacja wygląda już nieco inaczej, gdyż osoby tracące na rozwarstwieniu dochodowym wcale nie dołączyły do populistycznego obozu Donalda Trumpa. Amerykanie o niższych dochodach głosowały na Hillary Clinton. Co więcej, z ostatnich badań wynika, że lęk przed pogorszeniem się warunków ekonomicznych raczej popychał wyborców (również tych białych) do głosowania na Hillary Clinton.

Oznacza to, że istnieją czynniki inne niż dochody, które mogą się wiązać z zachowaniami politycznymi. Najbardziej oczywistą alternatywą dla poziomu dochodów jest wykształcenie. Z wielu sondaży i badań wynika, że kryterium wykształcenia odegrało główną rolę jeśli chodzi o preferencje polityczne Amerykanów.
Gdy przyjrzymy się różnym kryteriom w USA, to właśnie poziom wykształcenia staje się kluczowym czynnikiem, który decyduje o przynależności do danej klasy społecznej. Dyplom szkoły wyższej jest coraz silniejszym prognostykiem tego, kto zawrze związek małżeński, kto jest politycznie i społecznie zaangażowany, a nawet kto chodzi do kościoła. Z badań wynika także, że – szczególnie wśród białych Amerykanów – wykształcenie staje się istotnym prognostykiem jeśli chodzi o długość życia. To dlatego popularne ostatnio określenie „biała klasa pracująca” odnosi się nie do osób biednych, ale do tych, którzy nie mają wyższego wykształcenia.
Kolejnym kryterium, które może decydować o przynależności do danej klasy, jest zawód lub zajęcie. Duża część populistycznego gniewu w USA skupia się wokół zmniejszenia się liczby miejsc pracy w przemyśle.

Z badań ekonomistów wynika, że zajęcia o charakterze powtarzalnym zanikają. Jeśli klasa pracująca jest definiowana przy użyciu kryterium wykonywanego zajęcia, to zanikanie miejsc pracy w przemyśle jest zrozumiałym powodem gniewu. Bo czym jest klasa pracująca bez pracy?

Jak widać zatem, istnieje wiele sposobów definiowania klasy pracującej, a zastosowanie każdego z tych kryteriów prowadzi do różnych polityk. Czy elity powinny łagodzić gniew klasy pracującej poprzez większą redystrybucję dochodów lub wsparcie społeczne? A może raczej powinny zmniejszyć znaczenie dyplomu ukończenia studiów wyższych na rynku pracy? Czy też elity powinny dążyć do przywrócenia miejscy pracy w przemyśle? I wreszcie, czy sposoby łagodzenia gniewu klasy pracującej będą różne w USA i w Wielkiej Brytanii?

Łatwo jest powiedzieć, że elity – bez względu na to, kim są – powinny wsłuchać się w potrzeby klasy pracującej, ale żądanie to rodzi potrzebę określenia priorytetów. Jeśli rzeczywiście USA i Wielka Brytania są w środku niebezpiecznej populistycznej rewolucji, to nie można już dłużej zwlekać. Trzeba też mieć świadomość konieczności zawarcia pewnych kompromisów – np. zwiększenie ilości miejsc pracy w przemyśle może wymagać zmniejszenia wydatków na opiekę społeczną.

Tak długo, jak nie będzie jasne, kogo uznamy za przedstawicieli klasy pracującej, tak długo odpowiedzi na populistyczne zagrożenie będą chaotyczne i niezorganizowane.