Gdy w pierwszy weekend urzędowania Donalda Trumpa na całym świecie wyszły na ulice miliony kobiet sprzeciwiających się polityce nowego prezydenta, w Waszyngtonie ktoś sfotografował transparent z napisem: „Sprawmy, by powieść Margaret Atwood pozostała fikcją”. Od razu pojawiły się pytania, czy zachodniemu światu grozi scenariusz przedstawiony w „Opowieści podręcznej”, gdzie w rządzonej przez fundamentalistów teokracji wszelkie sprawy dotyczące kobiet – od ich życia seksualnego, przez płodność i opiekę ginekologiczną, po samą możliwość kontaktowania się z mężczyznami – podlegają ścisłej jurysdykcji. W Ameryce, w której przyszły prezydent już podczas kampanii wyborczej jawnie okazywał pogardę wobec kobiet, a w pierwszym dniu urzędowania wycofał państwowe dotacje na rzecz organizacji przeprowadzających aborcję, społeczeństwu powinna zapalić się ostrzegawcza czerwona lampka. Zapaliła się, choć – jak ironicznie skwitował to sam Trump – dopiero po wyborach.

Po raz pierwszy „Opowieść podręcznej” została sfilmowana przez Volkera Schlöndorffa w 1990 r. Ale niedawna premiera nowej wersji serialowej z Elisabeth Moss i Josephem Fiennesem w rolach głównych nie mogła trafić na lepszy czas. W dniu masowych protestów przeciwko Trumpowi na demonstracji w Toronto pojawiła się także Margaret Atwood w charakterystycznej różowej czapeczce, która stała się symbolem sprzeciwu kobiet. Pisarce szczególnie spodobał się transparent trzymany przez starszą uczestniczkę protestu, na oko powyżej siedemdziesiątki: „Nie mogę uwierzyć, że wciąż muszę trzymać ten cholerny znak”. „Dlaczego po sześćdziesięciu latach robimy to wszystko od nowa? W życiu jest tak, że najpierw forsujemy jakieś idee, by potem się im sprzeciwiać. Przeżyliśmy już odpór, teraz pora na kontratak” – mówiła Atwood w wywiadzie dla „The New Yorkera”.

Polowanie na czarownice

Autorka doskonale pamięta wczesne lata 80., kiedy pisała „Opowieść podręcznej”. Książka miała być odpowiedzią na rządy Ronalda Reagana, w czasie których próbowano ograniczyć prawa wywalczone przez kobiety w USA. „Ta powieść mnie przeraża, ale muszę ją napisać” – miała w tym czasie mówić Atwood. Wydana w 1985 r. „Opowieść podręcznej” szybko stała się bestsellerem, ale nie obyło się bez kontrowersji. W kręgach konserwatywnych książkę uznano za antychrześcijańską, a to dlatego, że jako mottem Atwood posłużyła się wersetem z Biblii o Racheli, bezpłodnej żonie Jakuba, która pragnąc potomstwa, namawia męża, by zapłodnił ich niewolnicę Bilhę.

Tak naprawdę jednak żaden z przerażających procederów, do jakich dochodzi w zmyślonej przez pisarkę Republice Gileadzkiej, nie został wyssany z palca. Margaret Atwood wciąż trzyma w domu pokaźne pudło zawierające wycinki prasowe, które zbierała, pisząc „Opowieść podręcznej”. Są wśród nich artykuły poświęcone zakazowi antykoncepcji i aborcji w Rumunii, zachodnie lamenty dotyczące rosnącego zanieczyszczenia powietrza i spadku dzietności, teksty poświęcone postulatom republikanów, by wycofać publiczne dotacje dla klinik wykonujących aborcję. Jest też opowieść o pewnej chrześcijańskiej sekcie, w której mężczyźni mieli prawo do pięciu żon, nazywanych „podręcznymi” (Atwood podkreśliła to słowo w artykule). Z tych właśnie skrawków Kanadyjka utkała jedną z najważniejszych powieści swojego życia.

W powieściowej Republice dochodzi do drastycznego spadku przyrostu naturalnego. Naczelną rolą kobiet w kraju rządzonym przez religijnych fanatyków ma odtąd się stać prokreacja. Seks podlega jednak ścisłym regulacjom. Nie może mieć nic wspólnego ani z bliskością, ani z przyjemnością, ani z pożądaniem. Podręczne, powołane do tego, by zapładniali je mężowie niezdolnych do urodzenia potomstwa żon, nie potrzebują nawet imion. Żyją jak mniszki, choć są traktowane z pogardą. Z daleka wyróżniają je uszyte na kształt habitów czerwone suknie i białe welony. Trudno powiedzieć, która z wizji przedstawionych przez Atwood niepokoi najbardziej. Czy ta o dawnej sali gimnastycznej, w której nocują podręczne i z której usunięto żyrandole oraz wszelkie elementy na suficie, gdzie dałoby się zawiesić sznur? A może ta o murze, z którego zwisają ciała konających lekarzy, skazanych za wykonanie aborcji w przeszłości? Albo ta o potępianej przez tłum kobiecie, opowiadającej publicznie o tym, że jako nastolatka została zgwałcona i usunęła niechcianą ciążę?

Za „Opowieścią podręcznej” stoi jeszcze jedna postać. Jest nią Mary Webster, której Margaret Atwood zadedykowała swoją powieść. Mary, według rodzinnej legendy, była spokrewnioną z babcią pisarki kobietą, którą w XVII w. oskarżono o czarownictwo i skazano na śmierć przez powieszenie. Mary, o dziwo, przeżyła egzekucję, a gdy nazajutrz znaleziono ją żywą, odcięto od sznura i puszczono wolno. Od tej pory zyskała przydomek Połowicznie Powieszonej Mary. Atwood zauważa dzisiaj, że do praktyk stosowanych przed wiekami nie jest nam wcale tak daleko, jak mogłoby się zdawać. Sam fakt, że podczas kampanii wyborczej zwolennicy Trumpa skłonni byli nazywać Hillary Clinton czarownicą o satanicznych mocach, to niezły dowód. „Mamy do czynienia w powrotem patriarchatu” – przekonuje pisarka, a słuchając jej wypowiedzi i czytając ponownie „Opowieść podręcznej”, trudno nie zauważyć, że gorzka diagnoza dotyczy nie tylko Ameryki, lecz także naszej części Europy.

Gdy władza dzieli

Inną wizję Stanów Zjednoczonych, w których władzę przejęła skrajna prawica, opisał Philip Roth w wydanym w 2004 r. „Spisku przeciwko Ameryce”. Nie spotkamy tam Nathana Zuckermana, bohatera licznych powieści Rotha, uważanego za jego literackie alter ego. Główną postacią i narratorem jest tym razem Philip Roth, tak samo jak autor książki urodzony w 1933 r. w Newark, w rodzinie niezamożnych Żydów. Na kartach powieści pojawią się rodzice pisarza, Bess i Herman, oraz jego brat Sandy. Mimo to „Spisek przeciwko Ameryce” nie jest powieścią autobiograficzną, a mrożącą krew w żyłach fikcją, w której zdarzenia historyczne toczą się innym torem, niż mógłby spodziewać się czytelnik.

Oto w 1940 r. Franklin Delano Roosevelt przegrywa wybory prezydenckie z pionierem lotnictwa Charlesem Lindberghiem. Po tym jak Lindbergh jako pierwszy człowiek przelatuje samotnie przez Atlantyk w 1927 r., staje się idolem i bohaterem narodowym. Także w rodzinie Rothów. Nieustraszony awiator cieszy się sympatią narodu, ma doskonałą prezencję, a na spotkania wyborcze przylatuje własną awionetką. Problem w tym, że Lindbergh jawnie sympatyzuje z nazistami i nie kryje niechęci do Żydów. Jak u Atwood władza fundamentalistów skłóca między sobą kobiety, tak u Rotha rządy nowego prezydenta doprowadzają do dramatycznych podziałów wśród amerykańskich Żydów. Jedni kategorycznie potępiają Charlesa Lindbergha, inni skrycie go podziwiają, jeszcze inni postanawiają przeczekać, zawierzając zapewnieniom głowy państwa, że zagwarantuje Ameryce pokój.

Opinia publiczna szybko zaczęła doszukiwać się podobieństw pomiędzy fikcyjnym prezydentem z powieści Rotha a Donaldem Trumpem. Już to, że Trump przejął hasło wyborcze Lindbergha „America First”, znaczy wiele. Druga rzecz, że obu politykom zarzucano konszachty z dyktaturami. Lindberghowi z nazistowskimi Niemcami, Trumpowi – z Rosją Putina.

Ciągłe pytania o to, czy „Spisek przeciwko Ameryce” okazał się książką proroczą, skłoniły do publicznego komentarza samego autora. Philip Roth zapewnił, że nie zamierzał napisać powieści z kluczem, ale zadać pytanie „Co by było gdyby?”. Jak pokazał, nie trzeba było wiele, by w latach 40. historia Ameryki potoczyła się podobnie do historii Europy. „Nam się tylko zdaje, że jesteśmy Amerykanami” – mówi w pewnym momencie matka głównego bohatera. Jej mąż reaguje na jej słowa gwałtownym sprzeciwem. „To im się zdaje, że nam się zdaje, że jesteśmy Amerykanami. W tej sprawie nie ma dyskusji, Bess. W tej sprawie nie ma negocjacji. Ci ludzie nie rozumieją, że dla nas to jest, cholera, oczywiste! Inni? On śmie nazywać nas »innymi«? To on jest inny. Wygląda na stuprocentowego Amerykanina, ale nie jest nim ani trochę! On tutaj nie pasuje. Nie nadaje się na swoje stanowisko. Nie powinno go tu być i koniec, kropka”.

Choć słowa bohatera powieści zdają się adekwatne do współczesności, Philip Roth dystansuje się od zbyt łatwego porównywania Charlesa Lindbergha ze „Spisku przeciwko Ameryce” do obecnego prezydenta USA. „Łatwiej jest zrozumieć wybór wymyślonego prezydenta jak Charles Lindbergh od wyboru prezydenta, jakim jest Donald Trump. Lindbergh, pomimo swoich sympatii nazistowskich i rasistowskich upodobań, był wielkim bohaterem lotnictwa, wykazał się olbrzymią fizyczną odwagą i awiatorskim geniuszem, kiedy przeleciał przez Atlantyk w 1927 r. Miał charakter i charyzmę, ponadto razem z Henrym Fordem był najsłynniejszym na świecie Amerykaninem swoich czasów. Trump to tylko kanciarz. Adekwatną powieścią o amerykańskim przodku Trumpa byłby „The Confidence-Man” Hermana Melville’a. To mrocznie pesymistyczna, wyzywająco odkrywcza, ostatnia z powieści Melville’a, która równie dobrze mogłaby nosić tytuł »Sztuka przekrętu«” – napisał Philip Roth w e-mailu do dziennikarki „The New Yorkera”.

Pomyłka na wysokim szczeblu

W czasach, gdy czujemy, że demokracja jest zagrożona, w oczywisty sposób przychodzą nam na myśl wielkie dzieła George’a Orwella, Aldousa Huxleya czy Michaiła Bułhakowa. I, być może, im częściej szukamy paralel między antyutopijną klasyką a rzeczywistością, tym częściej zmuszeni jesteśmy przypominać sobie, że ani demokracja, ani wolność, ani prawa człowieka nie są nikomu dane raz na zawsze.

W powieści „Człowiek z Wysokiego Zamku” Philip K. Dick postanowił zadać pytanie, co by było, gdyby przebieg i finał drugiej wojny światowej okazały się dla Ameryki inne niż w rzeczywistości. W wizji Dicka Amerykanie przegrywają wojnę i zostają podzieleni pomiędzy dominację nazistowskich Niemiec i Japończyków. We wstępie do wydania książki w 2010 r. Maciej Parowski podkreślał, że we wczesnych latach 80. „Człowiek z Wysokiego Zamku” wydawał się adekwatny do wydarzeń politycznych w Polsce. Dziś okazuje się, że fikcja powieści Dicka znów nieoczekiwanie splotła się z rzeczywistością. Gdy w ramach promocji drugiego sezonu serialu opartego na motywach książki firma Amazon stworzyła #ResistanceRadio nadające fikcyjne wiadomości z fikcyjnego świata wykreowanego w „Człowieku z Wysokiego Zamku”, zwolennicy Donalda Trumpa zezłościli się nie na żarty, odbierając komunikaty radia jako jawny atak na urzędującego prezydenta.

Czy pisarzy istotnie powinniśmy traktować jako proroków w niepewnej sytuacji politycznej na świecie? Literaturoznawcy w podobnych okolicznościach przyjmują czasem metaforę sejsmografu. Wielcy autorzy nie oglądają przyszłości w szklanej kuli, tylko bywają perfekcyjnie wyczuleni na drobne drgania w życiu politycznym i społecznym. Wyczuwają je bardzo szybko, często zanim zrobią to politycy i komentatorzy, z niepokojącą trafnością odczytując ich znaczenie. ⒸⓅ