W czwartek Organizacja Państw Eksporterów Ropy Naftowej (OPEC) podjęła decyzję o niezwiększaniu wydobycia surowca, by powstrzymać spadek jego cen na światowych rynkach. Skutki tej decyzji okazały się jednak odwrotne do zamierzonych. Tuż po jej ogłoszeniu ceny ropy spadły na światowych giełdach o 3–4 proc. Skąd taka reakcja? Inwestorzy oczekiwali, że OPEC podejmie bardziej radykalne kroki i zadecyduje o przedłużeniu cięć wydobycia do końca przyszłego roku, a nie tylko przez najbliższe dziewięć miesięcy.

Zdaniem Kamila Kliszcza, dyrektora departamentu analiz w biurze maklerskim mBanku, rynek obawia się, że przyszły rok będzie poważnym wyzwaniem. OPEC nie ma pomysłu, jak zatrzymać spadki cen. Problemem jest też zwiększenie coraz bardziej opłacalnego wydobycia surowca z alternatywnych źródeł, takich jak łupki, w czym brylują Stany Zjednoczone. Amerykańskie rafinerie pracują pełną parą, osiągając historyczne rekordy produkcji. Część surowca trafia na eksport, co tylko zwiększa nadpodaż surowca na rynku, a w konsekwencji prowadzi do dalszego spadku cen.

Zdaniem Zdzisława Pisińskiego, eksperta Polskiej Izby Paliw Płynnych, wpływ na przyszłe ceny będą miały także państwa spoza kartelu, zwłaszcza Rosja. Jeśli przyłączą się one do redukcji wydobycia, może to jeszcze wpłynąć na wzrost cen i przełamać dotychczasowy trend spadkowy. Rosja na razie deklaruje redukcję. – W najbliższej perspektywie nie zmieni to jednak faktu, że na rynku ropy podaż wciąż przewyższa popyt – mówi Pisiński. Coraz więcej państw – w tym najwięksi konsumenci ropy USA i Chiny – stawia na dywersyfikację dostaw, by osiągnąć niezależność energetyczną. To sprawia, że trwający od lat 70. XX w. dyktat OPEC, decydujący o trendach na rynku ropy, traci na znaczeniu.

>>>Czytaj więcej: Nowa bateria pozwoli na 1000 km jazdy samochodem

Kierowcy mogą się więc cieszyć, bo – jak twierdzą eksperci – ceny paliw na stacjach w najbliższych tygodniach nie powinny się znacząco zmienić, a nawet mogą nieco spaść. Zdaniem Krzysztofa Pady, analityka rynku paliw BDM, ceny na stacjach benzynowych będą się wahać w zależności od kursu dolara. Wartość amerykańskiej waluty wyrażona w złotych jeszcze kilka tygodni temu kształtowała się powyżej 4 zł. Obecnie dolar osłabił się do ok. 3,70 zł. – Przy analizowaniu cen na stacjach trzeba też wziąć pod uwagę marże rafineryjne, a także konkurencję – mówi analityk BDM.

Jego zdaniem dziś tankowanie nie boli kierowców, tak jak jeszcze trzy lata temu, kiedy litr benzyny kosztował niemal 6 zł. Obecnie jest to kwota oscylująca wokół 4,60 zł. – Dla kierowców ceny poniżej 5 zł za litr są nadal atrakcyjne. Jeśli weźmiemy pod uwagę wzrost wynagrodzeń, jaki dokonał się na przestrzeni ostatnich dwóch, trzech lat, okaże się, że przeciętny kierowca za swoją pensję jest w stanie przejechać o wiele więcej kilometrów – mówi Pado. Co ważne, nawet nadchodzące wakacje nie muszą skłaniać właścicieli stacji do podwyżek. Tuż przed ostatnim długim weekendem majowym, wbrew przewidywaniom analityków, kierowcy wcale nie płacili więcej.

Najniższe ceny paliw są na Śląsku i w Małopolsce. Za tankowanie najwięcej zapłacimy w Zachodniopomorskiem. Jak wyjaśnia Zdzisław Pisiński, przyczyną zróżnicowania cen są uwarunkowania lokalne, m.in. odległość od rafinerii wpływająca na logistykę dostaw. – Ceny paliw na stacjach w poszczególnych regionach są regulowane przede wszystkim strukturą popytu i podaży. Liczy się tu zarówno liczebność stacji, jak i wielkość populacji w regionie, ale w dużej mierze również warunki funkcjonowania przedsiębiorstw, np. polityka podatkowa samorządów lokalnych – podkreśla Pisiński. Według Krzysztofa Pady przed wyjazdem na urlop warto sprawdzić, jak kształtują się ceny na stacjach benzynowych w poszczególnych regionach. – W miejscowościach turystycznych są one przeważnie nieco wyższe niż w dużych aglomeracjach. Ceny zależą także od popytu sezonowego – dodaje Pado. ⒸⓅ