Wiceminister pracy i polityki społecznej Marcin Zieleniecki mówił w czwartek dziennikarzom w Luksemburgu, że Polska mogłaby rozważyć przyjęcie propozycji w sprawie pracowników delegowanych, jeśli w zamian odrzucone zostałyby pomysły dotyczące firm działających w sektorze transportu międzynarodowego.

"Wiele zależy od ustępstw dotyczących możliwego kompromisu, który może się pojawić. Zobaczymy, jak rozwinie się sytuacja" - podkreślił Zieleniecki.

Sprawy pracowników delegowanych i kierowców łączą się, choć propozycje zostały przedstawione w różnym czasie. Projekt odnoszący się do pracowników delegowanych został zaprezentowany w ubiegłym roku, a ten dotyczący transportu - w zeszłym miesiącu. Oba są trudne do zaakceptowania dla naszego kraju.

Polska wraz z grupą 11 krajów unijnych starała się zablokować projekt nowelizacji dyrektywy o pracownikach delegowanych, ale nie udało się jej to. Dodatkowo grupa sprzeciwiająca się stopniała i wydawało się, że już w czwartek nasz kraj zostanie przegłosowany. Jednak - jak relacjonowali dyplomaci - wyjście pod koniec maja Komisji Europejskiej z propozycją przepisów w sprawie kierowców w transporcie międzynarodowym sprawiło, że niektóre kraje, również Europy Zachodniej (Hiszpania, Portugalia), oprotestowały forsowanie kompromisu.

"Kontrowersje, które budzi projekt, są w ostatnim czasie jeszcze większe niż wcześniej" - przyznał Zieleniecki.

Państwa naszego regionu, a także z innych peryferyjnych obszarów UE, zirytowała propozycja KE, która przewiduje zobligowanie firm transportowych do stosowania przepisów o pracownikach delegowanych, czyli m.in. stosowania płacy minimalnej wobec kierowców obsługujących przewozy międzynarodowe już po trzech dniach pobytu w państwie trzecim.

"To nowy element, budzący w tej chwili największe kontrowersje (...). Dzisiejsza dyskusja pokazuje, że liczba państw krytycznych w stosunku do tego elementu jest dużo większa (niż wobec tylko propozycji o pracownikach delegowanych)" - relacjonował Zieleniecki.

Jego zdaniem, stosowanie przepisów o pracownikach delegowanych do kierowców w transporcie międzynarodowym, tak jak przewiduje to projekt przepisów, jest niemożliwe do wykonania.

Dyplomaci wskazują, że niewykluczone jest połączenie tych projektów w jeden pakiet i pracowanie nad nim razem. To otworzyłoby drogę do ewentualnego "handlu" i szukania możliwości kompromisu. Dla Polski, która i tak nie miała szans na zablokowanie nowelizacji dyrektywy o pracownikach delegowanych, możliwość wykorzystania okazji i próba ugrania czegoś w dziedzinie transportu jest kuszącą opcją.

Z punktu widzenia interesów gospodarczych naszego kraju obie propozycje są niekorzystne. Nasze firmy delegują największą liczbę pracowników w całej UE - około 0,5 mln osób. Restrykcyjne przepisy pozbawiłyby je przewagi konkurencyjnej wobec przedsiębiorstw zachodnich. Z drugiej strony nasz kraj jest potęgą, jeśli chodzi o rynek przewozów międzynarodowych. Branża ta jednak w dużej mierze opiera się na niewielkich, rodzinnych firmach i uderzenie w nią przez regulacje mogłoby doprowadzić do bankructwa części z firm.

Największe kontrowersje w projekcie o pracownikach delegowanych wywołuje propozycja wynagradzania ich w taki sam sposób, jak pracowników państwa przyjmującego. Okres korzystania ze statusu pracownika delegowanego miałby być ograniczony do 24 miesięcy. Francja, wspierana przez kilka innych zachodnich krajów, forsuje ograniczenie delegowania do 12 miesięcy.

Polscy dyplomaci nieoficjalnie liczą na to, że przejęcie tematu przez Estończyków, którzy przejmują 1 lipca przewodnictwo w Radzie UE, spowoduje, że będą oni patrzyli na sprawę bardziej przez pryzmat naszych potrzeb, a nie z perspektywy zachodniej Europy.

>>> Czytaj też: Jak Unia daje pracę 50-latkom, a Polska zaniża poziom