Przypomnijmy punkt wyjścia. Wybory rozpisała konserwatywna premier Theresa May w ramach sprzątania po wielkim zderzeniu ze ścianą, jakie rządzącym od 2010 r. torysom zgotował były szef rządu David Cameron. Tym zderzeniem był oczywiście brexit, czyli referendum, które Cameron rozpisał, licząc, że stanie się bohaterem rosnącego w siłę obozu eurosceptycznego. Ale uruchomiona lawina nie dała się już tak łatwo zatrzymać. I mimo że na koniec Cameron nawoływał do pozostania Brytanii w UE, to brexitowcy zwyciężyli. A nieszczęsnej Theresie May przyszło układać na nowo rozsypane klocki.

Naprzeciw torysów stanęli laburzyści. I to w stylu dawno na brytyjskiej lewicy niewidzianym. Lider Partii Pracy Jeremy Corbyn zdecydował się na kurs będący kompletną odwrotnością platform politycznych swoich poprzedników: Blaira, Browna i braci Milibandów. Corbyn był zaprzeczeniem hasła „Cool Britania” i czasów, gdy Partia Pracy szermowała hasłami „modernizacji, deregulacji i gospodarczego liberalizmu”. Zamiast tego Corbyn poszedł na celowo staromodny wręcz socjalizm. Mówił o podwyżce podatków dla bogatych, odbudowie państwa socjalnego i społecznej wrażliwości.

Wynik wyborów sprzed tygodnia ciekawie to zweryfikował. Jeśli podzielić brytyjski elektorat pod względem poziomu dochodów na kwintyle (tzn. pięć części) i nadać im nazwy od A (najbogatsi) do E (najbiedniejsi), to wynik wyborów z 2017 r. przedstawia się następująco. W grupach A i B torysi oczywiście wygrali (43 do 34). Ale paleosocjalista Corbyn dostał w klasach wyższych i średnich więcej głosów niż modernizator Tony Blair w 1997 r. Skąd ten wzrost? Ekonomista Chris Dillow wiąże to z dwoma faktami. Pierwszym jest oczywiście brexit, którego klasy wyższe raczej nie chciały (wśród wyborców A i B wynik zeszłorocznego referendum to 57 do 43 za pozostaniem w UE). A premier May zdecydowała się jednak na wdrażanie brexitu w wersji „na twardo”.

Jeszcze ciekawsza jest druga przyczyna odbijania przez laburzystów klasy średniej. Zdaniem Dillowa ma to związek z tym, że i tam ludzie zaczęli odczuwać efekty neoliberalizmu: choćby prekaryzację pracy. Oczywiście nie taką radykalną polegającą na tym, że nie da się związać końca z końcem. Raczej taką, że zarabiamy dobrze, ale nasza praca nas niewoli i nie mamy czasu ani ochoty na nic poza nią. Inny mechanizm polega na tym, że wśród wyborców z grupy A i B rozjazd nierówności był w ostatnich latach jeszcze bardziej widoczny niż gdziekolwiek indziej. To tu (prędzej niż wśród wyborców z grup D czy E) dojrzewa więc przewrotna myśl: niby dlaczego ten mój szef zarabia dwa razy więcej niż ja, choć wcale nie jest ode mnie mądrzejszy ani nawet lepiej wykształcony. Może więc te wysokie podatki dla zakumulowanego kapitału, których domaga się lewica, to nie jest taki zły pomysł?!

Jednocześnie trzeba pamiętać, że w grupie wyborców D i E Corbyn wypadł zaskakująco słabo. Owszem biedni Brytyjczycy nadal głosują na Partię Pracy, a nie na torysów (tym razem było to 45 do 33). Tyle że tę przewagę widać zdecydowanie mniej mocno niż w 1997 r., gdy sukcesy święcił Blair (59 do 21). Wyniki wyborów z 2017 r. można więc interpretować dwojako. Albo jako kolejny dowód, że lewica nie ma już monopolu na poparcie ze strony swojej tradycyjnej bazy wyborczej i „co pękło, już się nie sklei”. Ale można też odwrotnie. Lekcją, którą lewica może wyciągnąć z brytyjskich wyborów, może być postulat większego radykalizmu w sprawach ekonomicznych. Pomyślmy. Jeżeli pod wodzą umiarkowanego radykała Corbyna (im bliżej wyborów, tym bardziej pokorniał, a partyjny establishment ciągnął go do centrum) udało się wzmocnić w oczach sporej części klasy średniej, to może da się iść jeszcze kilka kroków dalej, nie tracąc jej poparcia. Jednocześnie postulatem autentycznej emancypacji pracy i szerszej redystrybucji odbudować poparcie w grupach najciężej doświadczonych przez globalizację i neoliberalizm. B plus D plus E. Może to jest realna alternatywa dla popularnej ostatnio lewicy liberalnej spod znaku Emmanuela Macrona?

>>> Czytaj też: Juncker: Gdyby problem z uchodźcami pojawił się wcześniej, część krajów nie weszłaby do UE