Opozycja kwestionuje etykę amerykańskiego giganta. Oponenci obecnego rządu Wenezueli są zbulwersowani, ponieważ twierdzą, że tego rodzaju transakcje przedłużają agonię administracji prezydenta Nicolasa Madury. Podkreślają, że obsługa zadłużenia zagranicznego Wenezueli odbywa się kosztem głodującego przeciętnego Wenezuelczyka. Madura jest uważany za dyktatora, który doprowadził swój kraj na skraj przepaści gospodarczej.

Przypomnijmy, w maju GSAM kupił obligacje wyemitowane w 2014 roku przez największego krajowego producenta ropy naftowej Petroleos de Venezuela, których zapadalność przypada na 2022 r. Eksperci mówią o transakcji potencjalnie bardzo dochodowej dla GSAM – opiewające na wartość 2,8 mld dolarów obligacje zostały kupione przez GSAM za zaledwie ok 865 mln dolarów.

Jeden z przywódców opozycji, Julio Borges, napisał otwarty list do prezesa Goldman Sachs, w którym poinformował go o tym, że przyszły rząd w Caracas nie będzie honorować płynących z tej transakcji zobowiązań. Najsłynniejszy wenezuelski ekonomista (mający zresztą korzenie w Polsce), wykładający na Harvardzie Ricardo Hausmann, nazywa je obligacjami głodowymi.

Nie brakuje chętnych do uświadamiania światowej opinii publicznej, jak odseparowana od realiów gospodarczych jest opozycja wenezuelska. Cytowana przez Financial Times Siobhan Morden, ekonomistka banku Nomura odpowiedzialna za Amerykę Łacińską, tłumaczy, że obstawanie przy sposobie myślenia Borgesa i jemu podobnych grozi powtórką wariantu argentyńskiego, na który Wenezuela nie może sobie pozwolić.

O ile eksport Argentyny był domeną sektora prywatnego, o tyle w Wenezueli przynosi korzyści przede wszystkim państwu. Ponad to krajowy producent ropy naftowej PdVSA jest już tak zintegrowany z gospodarką światową, że podobna do argentyńskiej izolacja zupełnie nie wchodzi w grę.

Poza tym zaniechanie obsługi długu zachęci wierzycieli Wenezueli do upomnienia się o aktywa zagraniczne tego kraju. Tak więc niezależnie od tego, kto w przyszłości będzie przy władzy w Caracas będzie musiał żyć w zgodzie ze światowymi rynkami kapitałowymi.

Goldman oferuje wyżej wspomniane obligacje inwestorom o stalowych nerwach. Bądźmy szczerzy, są one obarczone dużym ryzykiem. Naprawdę trudno jest przewidzieć dalszy los kraju stojącego na skraju wojny domowej. Nikt w Caracas nie potrafi zapanować nad panującym chaosem. Z jednej strony mamy do czynienia z tracącym grunt pod nogami rządem, z drugiej – całkowicie nieprzygotowaną do przyjęcia władzy opozycję.

Lista grzechów rządu jest naprawdę długa, począwszy od absurdalnego subwencjonowania ropy dla niemalże całej Ameryki Łacińskiej, aż po całkowite rozregulowanie mechanizmu alokacji zasobów w krajowej gospodarce.

Każdy ze starszych czytelników będzie pamiętać, że nawet odchylenie miedzy kursem oficjalnym a czarnorynkowym ma swoje granicę. W PRL, przez większość lat 80., różnica między jednym a drugim kursem nie przekraczała relacji 1:5. Jej przekroczenie przełomie 1988 i 1989 roku oznaczało de facto bankructwo PRL. W Wenezueli relacja ta wynosi obecnie 1:800. Takie dysproporcje generują przemyt i czarny rynek na niespotykaną skalę. Ludność leżącej przy granicy z Wenezuelą kolumbijskiej Cucuty już nawet nie próbuje ukryć, że głównym źródłem dochodu jest dla niej nielegalny handel z sąsiadem. Trudno żeby było inaczej skoro zatankowanie potężnego SUV-a kosztuje w Wenezueli niecałego dolara.

Dlaczego władze w Caracas nie skończą ze sztucznie zaniżonymi cenami? Bo boją się całkowitej utraty poparcia społecznego. Najprawdopodobniej lęk ten popchnął Madurę w ślepą uliczkę. Pod koniec 2016 r. zawiesił on wybory samorządowe, co siłą rzeczy musiało podkopać jego mandat demokratyczny. A to może być grzech, który zauważy także wspólnota międzynarodowa.

W przeciwieństwie do Hugo Chaveza, który był prezydentem Wenezueli do 2013 r., Maduro musiał zmierzyć się z długotrwałym spadkiem cen ropy. A losy tego kraju są całkowicie uzależnione od cen ropy.

Być może Maduro liczy po cichu, że ceny ropy odbiją się bardziej niż dotychczas i gra na czas. Taka taktyka może jeszcze się sprawdzić. Na razie udało mu się (przynajmniej chwilowo) zatrzymać drenaż rezerw walutowych. Stąd właśnie takie oburzenie opozycji na zachowanie ze strony GSAM.

Przedłużający się chaos w Wenezueli jest jednak także pokłosiem tego, że opozycja nie ma nic ciekawego do zaoferowania przeciętnemu Wenezuelczykowi. Słuchając ich wypowiedzi, ma się wrażenie, że ich świat kończy się na odsunięciu Madury od władzy. Na pytanie „co dalej?”, nie mają oni wiele do powiedzenia. W zasadzie przyświeca im jedna zasada, w myśl której im gorzej tym lepiej. Światowe media coraz częściej udowadniają, że niektóre odłamy opozycji nie są tak pacyfistycznie nastawione jak chciałby to widzieć Julio Borges wraz z innym przywódcą opozycji Henrique Caprilesem Radonskim.

Kraj jest na skraju przepaści. Wystarczy powiedzieć, że na przestrzeni dwóch lat (2015-2016), gospodarka doznała większego wstrząsu niż nasza gospodarka w okresie transformacji. PKB Wenezueli w omawianym okresie skurczyło się odpowiednio o 5,7 proc. i 18,6 proc. Inflacja osiągnęła w 2016 r. poziom 800 proc. W tym roku boliwar stracił już ponad 60 proc. swojej wartości, dlatego wiele prognoz na 2017 rok wskazuje na inflację rzędu 1700 proc.

Dużo lepiej wygląda sytuacja fiskalna, dług publiczny Wenezueli wynosi ok 60 proc. PKB. Nie zmienia to jednak faktu, że wyprowadzenie kraju z obecnego chaosu przy zachowaniu ładu społecznego (o czym jeszcze za chwilę) będzie wymagało dużego kunsztu ze strony osób zarządzających gospodarką.

Radonski i spółka może czują się zwolnieni z obowiązku kreślenia strategii gospodarczej (jaką przyjdzie im wprowadzać na ewentualność dojścia do władzy) gdyż czują wsparcie słynnego na całym świecie Ricardo Hausmanna. Z nielicznych wywiadów jakich Hausmann udzielił wynika, że jego recepta na przezwyciężenie obecnego kryzysu sprowadza się do zapukania po pomoc do MFW. Takie pomysły wręcz szokują archaizmem. Hausmann zachowuje się tak, jakby świat zatrzymał się w miejscu na początku lat 90.

Przeciętny Wenezuelczyk był zawsze mało odporny na bolesne reformy ekonomiczne. Świadczy o tym najlepiej tragiczna w skutkach terapia szokowa z 1989 roku mająca na celu ustabilizowanie tej gospodarki. Plan bazował na bardzo podobnych założeniach, co wprowadzany w Polsce niespełna rok później plan Balcerowicza. A teraz po długich latach rządów rozdającego na lewo i na prawa pieniądze Hugo Chaveza (za jego rządów kraj odnotował spadek współczynnika Giniego z 0,49 w 1998 r. do jednego z najniższych w regionie 0,40 w 2012 r.), temu samemu Wenezuelczykowi będzie jeszcze ciężej zaakceptować politykę zaciskania pasa.

Mając największe rezerwy ropy na świecie, przezwyciężenie kryzysu wydaje się być – mimo wszystko – kwestią czasu. Całkowity koszt społeczny, w świetle działań trzymającego się kurczowo władzy rządu i braku przygotowania ze strony opozycji, może być jednak wysoki.

Autor: Paweł Kowalewski, ekonomista w Departamencie Analiz Ekonomicznych NBP; specjalizuje się w zagadnieniach polityki pieniężnej.