Financial Stability Board (FSB), ciało G20 powołane do koordynowania reform finansowych mających zapobiec kolejnym kryzysom, uznaje, że trzeba skończyć z sytuacją, w której największe banki świata korzystają ze swojego uprzywilejowanego statusu. To jedna z czterech najważniejszych reform stojących przed światowym sektorem finansowym.

Przypomnijmy, że trzy pozostałe to:

* wprowadzenie zasad ostrożnościowych Bazylejskiego Komitetu Nadzoru Bankowego (BCBS), jeszcze nie wszędzie implementowanych,
* reformy zwiększające bezpieczeństwo na rynku instrumentów pochodnych, również nie dokończone,
* wprowadzenie przejrzystości do sektora nazywanego bankowością cienia.

Zbyt potężne, by je zreformować

Choć too-big-to-fail są od lat na celowniku globalnych regulatorów, okazuje się, że ich pozycja niewiele się zmienia. Domyślny uprzywilejowany status takich instytucji polega na tym, iż rynek zakłada, że w przypadku zagrożenia upadłością zostaną one uratowane przez rządy, tak jak stało się niespełna 10 lat temu z Royal Bank of Scotland. Aktualne szacunki mówią, że gdy RBS wyciągał ręce po pieniądze podatników, jego twardy kapitał na pokrycie strat wynosił ok. 1 proc. wskutek niesamowicie długiej dźwigni, która wówczas właśnie pękła.

Wprawdzie wszystkie globalne instytucje zostały od tamtego czasu wzmocnione kapitałowo, nie jest tajemnicą, że to za mało, żeby pokryć potencjalne straty występujące równocześnie na wielu rynkach, a na dodatek potęgujące się przez wzajemne powiązania i ekspozycje znacznie bardziej, niż może to wynikać ze stres testów.

Dlatego też FSB wprowadziła nowy standard, całkowitej zdolności do pokrycia strat (TLAC), żeby zwiększyć szansę, iż to akcjonariusze i wierzyciele będą w stanie takie straty pokryć. Pomimo wprowadzonych mechanizmów uporządkowanej likwidacji nikt tak naprawdę nie wyobraża sobie, że resolution mógłby zostać poddany któryś ze światowych gigantów.

Badania Międzynarodowego Funduszu Walutowego wykazały tymczasem, że instytucje zbyt wielkie, by upaść, dzięki “domyślnemu” wsparciu rządów uzyskują “strukturalne subsydia” polegające na wyższych ratingach, a zatem i na obniżeniu oczekiwanej od nich premii za ryzyko w wysokości od 60 do 80 punktów bazowych.

Do tej pory wzmocniono transgraniczny nadzór nad większością globalnych banków systemowo ważnych (G-SIB), ustanowiono dla nich wspólne kolegia nadzorcze, powołano grupy zarządzania kryzysowego. Większość z nich przedłożyła także swoje plany przeprowadzenia uporządkowanej upadłości.

FSB wskazuje jednak, że współpraca międzynarodowa w zakresie nadzoru i ewentualnej uporządkowanej likwidacji wymaga znacznego wzmocnienia, nie wszystkie giganty wprowadziły zasady BCBS dotyczące zbierania danych oraz raportowania ryzyka, zasady dotyczące TLAC obowiązują jedynie w USA, a dotyczące uporządkowanej upadłości – tylko w kilku krajach.

Lekcja dobrego dealu

To, co w gigantycznych bankach mogłoby się stać wskutek zmaterializowania się któregoś z ryzyk, a jest ich – dodajmy – całe zatrzęsienie, bardziej spędza sen z powiek regulatorom, niż to, co się w nich dzieje. Czyli pranie brudnych pieniędzy, udział w transferach służących finansowaniu terroryzmu, nie mówiąc już o manipulacjach. Te ekscesy, choć karane finansowo, gdy zostaną wykryte, wciąż wyglądają na drugorzędny problemem. Wiele jednak wskazuje na to, że mogą stać się pierwszorzędnym.

Wielkość i złożoność globalnych instytucji nie tylko pociąga za sobą skłonność do podejmowania nadmiernego ryzyka, ale też – przez brak kontroli i przyzwolenie na rozpowszechnianie się złych praktyk – do wykorzystywania struktur dla działalności przestępczej, niejednokrotnie dobrze w nich kamuflowanej. I nawet jeśli wielkie banki płacą za przestępstwa kary idące w miliardy dolarów, to odpowiedzialność indywidualna wciąż się rozmywa.

Na arenie międzynarodowej nie ma woli do koordynacji działań w wykrywaniu przestępstw dokonywanych przez instytucje finansowe. Wręcz przeciwnie – gdy któryś z banków zostanie złapany za rękę, do głosu dochodzi nacjonalistyczna retoryka.

Tak było właśnie z karą 8,9 mld dolarów, najwyższą w historii, nałożoną na francuski BNP Paribas przez amerykański Departament Sprawiedliwości za transakcje z krajami objętymi embargiem (nie tylko amerykańskim) w związku ze wpieraniem przez nie terroryzmu. Sama kara zresztą była umiarkowanie wysoka. Ponad 8,3 mld dolarów stanowiły dochody banku z nielegalnych operacji, które po prostu nakazano mu zwrócić.

Choć dotąd nie wiadomo, na jakim personalnym szczeblu spoczywała odpowiedzialność za prowadzenie przez bank takiej działalności, z informacji amerykańskich władz wynika, że były to operacje trwające wiele lat, prowadzone według “złożonych planów mających na celu ukrycie ich beneficjentów”. Bank angażował w nie także podmioty trzecie, domagając się od nich zatarcia danych identyfikujących miejsca, gdzie szły transfery. Na pewno taka działalność nie była efektem decyzji pojedynczych kasjerów czy dealerów.

Po zamachach w Londynie, Manchesterze, Berlinie, Nicei, Brukseli i Paryżu trudno ustrzec się refleksji, ile ofiar straciło życie wskutek tego, że instytucje finansowe nie zapobiegły (lub nie chciały zapobiec) odpowiednim transferom.

Odpowiedzialność się rozmywa

W corocznych analizach planowania kapitałowego – procedury, której podlegają największe amerykańskie holdingi bankowe – Fed kilkakrotnie zwracał uwagę na luki w informacji zarządczej w ogromnych międzynarodowych organizmach finansowych. Powód tego jest często banalny. Systemy informatyczne rozsianych po świecie spółek nie są ze sobą kompatybilne, raportowanie do centrali następuje z opóźnieniami, często wymaga ręcznego przepisywania danych z systemu do sytemu.

Z drugiej strony lokalnym nadzorom, a tak jest między innymi w przypadku polskiej Komisji Nadzoru Finansowego, zależy na tym, żeby lokalne spółki miały dużą autonomię i nie przekazywały swoim “matkom” szczegółowych danych np. o klientach. Zagraniczne matki polskich banków spotykały się na przykład z zarzutami (nawet wygłaszanymi publicznie), że mogą wykorzystywać wiedzę o lokalnych klientach w celu – mówiąc oględnie – naruszenia zasad konkurencji.

– Nasi właściciele nic o naszych klientach nie wiedzą. Znają oczywiście liczby w ramach raportowania wewnętrznego, ale nie znają nawet nazwy klienta – mówił Obserwatorowi Finansowemu przedstawiciel jednego z największych polskich banków.

Z punktu widzenia przeciwdziałania przestępczości finansowej taka sytuacja rozmywa odpowiedzialność. Lokalne nadzory niejednokrotnie nie są w stanie poradzić sobie z transgranicznymi wyzwaniami. Boleśnie przekonała się o tym w 2014 roku Citigroup, której całkowicie wymknęły się spod kontroli fraudy w meksykańskiej spółce Banamex. Straty wyniosły 400 mln dolarów.

Komunikat Citigroup wydany na początku 2014 roku, zaraz po tym, jak fraud w Meksyku został ujawniony – być może niezamierzenie – zwraca uwagę na istotę problemu. “Banamex jako spółka zależna od Citi podlega całkowicie takim samym zasadom w zakresie ryzyka, kontroli, przeciwdziałania praniu brudnych pieniędzy, standardom technologicznym oraz nadzorowi, jakie są wymagane w całej firmie. Kontynuując badanie tego, do czego doszło w Meksyku, staramy się zidentyfikować obszary, w których musimy wzmocnić kontrolę dzięki silnemu nadzorowi lub ulepszonym procesom” – napisał Citi.

Jeśli dotychczasowe informacje dotyczące manipulacji obligacjami Meksyku i zaangażowania w nie także Citigroup się potwierdzą, może okazać się, że po trzech latach zapowiadane przez bank wysiłki “identyfikowania obszarów” i “wzmacniania kontroli” spełzły na niczym.

Jeśli przyjrzeć się bankom w Europie, to raport agencji sieci bezpieczeństwa finansowego Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego (EBA), Europejskiego Urzędu Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych (ESMA) i Europejskiego Urzęgu Nadzoru Ubezpieczeń i Pracowniczych Programów Emerytalnych (EIOPA) także nie pozostawia wielu złudzeń. Stwierdzają one, że europejskie instytucje finansowe (nie tylko banki) mają problemy ze zrozumieniem ryzyka związanego z praniem brudnych pieniędzy i finansowaniem terroryzmu, ze skutecznym wprowadzaniem polityki wewnętrznej, z identyfikacją źródeł zagrożeń, używają niejednokrotnie nieefektywnych systemów, nie mają w końcu dostępu do wiedzy służb państwowych na temat podejrzanych o terroryzm albo też zwyczajnie wykorzystują różnice w podejściu i restrykcyjności nadzorów.

Kto manipulował LIBOR-em?

Po skandalu z manipulacją stopą LIBOR, który został wykryty w 2011 roku, okazało się, że jedynym skazanym przez wymiar sprawiedliwości był Tom Hayes, szeregowy dealer RBS, UBS i Citigroup, podczas gdy wiadomo, że w zmowie uczestniczyło co najmniej kilka banków z Londynu, Nowego Jorku i Tokio.

Na początku ubiegłego roku brytyjski sąd (ten sam, który skazał Toma Hayesa na 11 lat więzienia) uniewinnił sześciu dealerów różnych instytucji finansowych oskarżonych o udział w zmowie, a w kwietniu tego roku– dwóch pracowników Barclaysa. Przypomnijmy, że równolegle prowadzone jest śledztwo w sprawie manipulacji stopą EURIBOR.

Na kwestię manipulacji LIBOR-em padło ostatnio jednak zupełnie nowe światło. Widać w nim, że przynajmniej od pewnego etapu manipulacja mogła nie być jedynie efektem żądzy zysków poszczególnych dealerów czy nawet banków.

BBC opublikowała 10 kwietnia szczegóły rozmowy między Markiem Dearlovem, menedżerem Barclaysa, a dealerem kwotującym LIBOR w imieniu tego banku, w której szef powiedział: “Jest bardzo poważna presja ze strony brytyjskiego rządu i Banku Anglii, aby zepchnąć LIBOR niżej”. Gdyby te słowa odpowiadały prawdzie, Tom Hayes nie powinien siedzieć w więzieniu, a nosić order należny takim bohaterom jak James Bond.

Amerykańscy regulatorzy i wymiar sprawiedliwości notują większe sukcesy w walce z manipulacją, niż zdarza się to w Europie, zwłaszcza kontynentalnej. Na początku tego roku Departament Sprawiedliwości USA ogłosił akt oskarżenia przeciwko dyrektorom działów handlu walutami w RBS, Citicorp i Barclays o manipulację na rynkach walutowych. Grozi im do 10 lat więzienia i do miliona dolarów kary.

Przypomnijmy, że wcześniej trzy wymienione banki wraz z JP Morgan zgodziły się zapłacić 2,5 mld dolarów kary za manipulację na foreksie, a na początku tego roku ugodę zatwierdził sąd.

USA zawdzięczają w dużym stopniu sukcesy w walce z przestępczością finansową powołanemu w 2009 roku przez prezydenta Baracka Obamę Zespołowi Zadaniowemu do Zwalczania Nadużyć Finansowych, który koordynuje pracę 20 agencji federalnych i blisko 100 biur prawnych, w tym lokalnych.

Jak wielkie banki zrobiły meksyk w Meksyku

Spać spokojnie nie powinni nie tylko inwestorzy, firmy rozliczające transakcje walutowe, ale także ministrowie finansów, zwłaszcza w krajach mających mniejsze, a równocześnie otwarte gospodarki. Od minionej jesieni siedem banków należących do grupy największych systemowo ważnych globalnych instytucji podejrzewanych jest o manipulację rządowymi obligacjami Meksyku na tamtejszym rynku. Sprawa prowadzona przez meksykańskie władze antymonopolowe jest rozwojowa i ma precedensowy charakter.

Dochodzenie w sprawie manipulacji cenami obligacji rozpoczęte zostało pod koniec października zeszłego roku. Wiadomo do tej pory, że władze Meksyku skoncentrowały je na siedmiu bankach, w tym trzech z USA i czterech z Unii. Są to lokalne spółki lub oddziały Santandera, BBVA, JPMorgan Chase, HSBC, Barclays, Citigroup i Bank of America – podają źródła cytowane przez agencję Bloomberg. Na razie żaden z banków nie został oskarżony. Wszystkie były animatorami rynku i uczestnikami pierwotnych aukcji rządowego długu.

Pierwszą informację o dochodzeniu opublikował 19 kwietnia meksykański urząd ochrony konkurencji Comision Federal de Competencia Economica (COFECE). Napisano w niej, iż „istnieją dowody na to, że mogło nastąpić porozumienie w sprawie manipulacji cenami, nakładania ograniczeń na podaż lub na popyt, alokacji papierów lub wymiany informacji na rynku”. Komisja wezwała osoby mogące pomóc w śledztwie do współpracy.

Dzienne obroty na meksykańskim rynku papierów dłużnych sektora publicznego wynoszą ok. 100 mld peso, czyli ponad 5 mld dolarów. Szef komisji Carlos Mena Labarthe powiedział w cytowanym komunikacie agencji, że manipulacja mogła spowodować nie tylko poważne naruszenie zasad konkurencji, straty inwestorów, ale także szkody dla finansów publicznych państwa. Zmowa dealerów rynku pierwotnego mogła się w oczywisty sposób odbić na kosztach obsługi długu.

W Meksyku kara za zmowę dla instytucji w niej uczestniczących może wynieść 10 proc. rocznych przychodów, co jest generalnie standardem światowym. Jednak ukarane mogą zostać także uczestniczące w niej osoby indywidualne. Gdyby któremuś z bankierów zostało udowodnione uczestnictwo w zmowie, mógłby zostać skazany na od 5 do 10 lat więzienia. Zagrożenie jest więc dość wysokie i jest prawdopodobne, że mur milczenia się rozsypie, gdy uda się z niego wyjąć pierwszą cegłę.

Źródła agencji Bloomberg twierdzą, że jedna z instytucji zgodziła się współpracować z władzami w zamian za złagodzenie kary, co dobrze wróży śledztwu. Choć banki oficjalnie milczą, wiadomo też, że niektóre otrzymały już wezwania do złożenia informacji związanych z dochodzeniem. Co więcej, sprawa może objąć swym zasięgiem także uczestników rynku wtórnego.

Nie tylko TBTF

We wszczynanych śledztwach, wymierzanych karach, inicjowanych procesach za każdym razem padają nazwy z kręgu tych samych instytucji należących do grupy too-big-to-fail lub też globalnych banków systemowo ważnych (G-SIB). Ale nie bądźmy całkowicie niesprawiedliwi. Ubiegłoroczny raport firmy doradczej PwC na temat przestępczości finansowej podaje, że działań egzekucyjnych w związku z praniem brudnych pieniędzy doświadczyło aż 20 proc. banków.

Ankietowani przez PwC przedstawiciele sektora finansowego zapytani zostali o to, czy lokalne agencje są wystarczająco uposażone do egzekwowania prawa w walce z przestępczością gospodarczą. Najwięcej odpowiedzi przeczących padło wcale nie tam, gdzie zlokalizowane są największe rynki finansowe, ale w Kenii, RPA i Turcji. Polska w tym zestawieniu znalazła się na szóstym miejscu.

Autor: Jacek Ramotowski