Zespół koordynujący zgodził się na likwidację gimnazjum przy Twardej

Zespół koordynujący miasta zgodził się na likwidację gimnazjum przy ul. Twardej - zeznał świadek Marcin Bajko, b. szef stołecznego Biura Gospodarki Nieruchomości, przed komisją weryfikacyjną ds. reprywatyzacji.

W czwartek Bajko zeznaje na drugiej rozprawie komisji, która kontynuuje badanie sprawy nieruchomości Twarda 8 i 10. W związku z decyzją reprywatyzacyjną stołecznego ratusza na rzecz "handlarza roszczeń" Macieja Marcinkowskiego, musiało się stamtąd przenieść prestiżowe gimnazjum.

Pytany przez szefa komisji Patryka Jakiego, czy zespół koordynacyjny zajmował się sprawą przeniesienia szkoły, Bajko odparł: "Odbyła się dyskusja i była akceptacja". Jemu samemu nakazano zaś prowadzić rozmowy z Marcinkowskim by "jak najlepiej rozwiązać ten problem dla miasta".

Bajko dodał, że BGN "nie było właściwe co do likwidacji szkół". "Myśmy tylko sygnalizowali (...) na temat 110 czy 116 nieruchomości szkolnych, obciążonych roszczeniami" - mówił, dodając, że mieściła się w tym też sprawa Twardej.

Bajko mówił też, że zalecenia pokontrolne miasta wymagały od pracowników Biura przestrzegania terminów wynikających z Kodeksu postępowania administracyjnego. "Ale jak przestrzegać terminów Kpa, kiedy te wnioski mają 70 lat" - dodał świadek (dekret Bieruta z 1945 r., którego skutkiem było przejęcie wszystkich gruntów przez miasto stołeczne Warszawę, stanowił, że ich właściciele mieli pół roku na złożenie wniosku o przyznanie im prawa wieczystej dzierżawy, ale w praktyce większość wniosków nie była rozpatrywana lub rozpatrywano je odmownie - PAP).

Według Bajki, te zalecenia pokontrolne sprawiały, że pracownicy BGN, zamiast sprawdzać "czy jest odpowiednio ustalony krąg spadkobierców, czy w 100 proc. wszystkie wątpliwości wyjaśnione", mieli pilnować terminów. Pytany przez Jakiego o zalecenia pokontrolne by "terminowo" wydawać decyzje, Bajko powiedział, że takie polecenia prezydenta "to presja o bardzo dużej wadze".

Świadek podkreślał, że przygotowując tzw. małą ustawy reprywatyzacyjnej co do stolicy, wprowadził do niej "fortel na handlarzy roszczeń" - zapis, że strony ustalą, za jaką kwotę mogą nabyć roszczenia co do nieruchomości, ale gmina będzie mieć prawo pierwokupu po tej właśnie cenie. "To już kiedyś wymyślił Napoleon" - dodał Bajko. "To działa" - podkreślił. Dodał, że dzięki temu roszczenia (wcześniej nabywane przez "handlarzy roszczeń" za bardzo niskie kwoty - PAP) "zaczęły mieć wartość rynkową".

Gronkiewicz-Waltz mówiła, że nie trzeba szkół w Śródmieściu

Prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz powiedziała, że nie potrzeba szkół w Śródmieściu i można oddać działkę na Twardej Maciejowi Marcinkowskiemu - zeznał w czwartek Marcin Bajko przed komisją ds. reprywatyzacji. Jak mówił nie jest pewny, czy prezydent była tego dnia na posiedzeniu zespołu koordynacyjnego.

"Zespół koordynacyjny podejmował decyzje i chciałem podkreślić, (...) że sprawa Twardej również była przedmiotem tego zespołu i tam zostały odpowiednie decyzje podjęte" - powiedział Bajko.

Wcześniej wyjaśnił, czym zajmował się zespół koordynacyjny. "W takim powszechnym mniemaniu wygląda, że jest to jakieś ciało, które o czymś decydowało w zakresie prywatyzacji. Otóż na podstawie zarządzenia Prezydenta M.st. Warszawy z 2007 roku został powołany zespół koordynacyjny, którego celem jest doradztwo prezydentowi w zakresie podejmowania decyzji. Składa się on z prezydenta, skarbnika, zastępcy prezydenta, sekretarza i osób tam powołanych przez prezydenta" - powiedział Bajko.

Dodał, że to ciało funkcjonuje na zasadzie posiedzeń, które odbywają się najczęściej we wtorki pomaga podjąć prezydentowi decyzje we wszystkich sprawach, nie tylko w zakresie reprywatyzacji, ale wszystkich zgłoszonych przez dyrektorów, czy osoby upoważnione. "Biuro Gospodarki Nieruchomościami, w szczególności moja osoba, bo byłem dyrektorem tego biura, w takich posiedzeniach w ciągu ostatnich 10 lat wziąłem udział 605 razy" - stwierdził.

Dodał, ze że BGN przygotował na posiedzenia 310 wniosków w celu rozstrzygnięcia przez prezydenta trudnych spraw z czego około 1/3 stanowiły sprawy reprywatyzacyjne. "Więc wiedza prezydenta była bezpośrednia i ta wiedza nie ulega wątpliwości" - stwierdził Bajko. Były szef BGN powiedział też, że w BGN przeprowadzono 66 kontroli 12 audytów wewnętrznych i 4 audyty jakości, w zakresie gospodarki nieruchomościami.

"Nie muszę nikomu mówić, (...) że duża część z tych wszystkich spraw dotyczyła reprywatyzacji, bo one były najważniejsze, lub prawie najważniejsze w biurze. To też było źródło informacji dla prezydenta, bo prezydent podpisuje wszystkie wnioski pokontrolne związane z zakończeniem kontroli i wskazuje co trzeba poprawić, co trzeba zmienić" - poinformował Bajko.

Nie ma domniemania, że po kimkolwiek dziedziczy Skarb Państwa

Nie ma domniemania, że po kimkolwiek dziedziczy Skarb Państwa; to może być fakt, natomiast nie jest to domniemanie w polskim prawie - zeznał w czwartek Marcina Bajko, b. szefa stołecznego Biura Gospodarki Nieruchomości, przed komisją weryfikacyjną ds. reprywatyzacji.

Bajko podkreślił, że sprawami spadkowymi w zakresie Skarbu Państwa i miasta zajmowało się Biuro Prawne, a nie jego biuro. "Ono dostawało korespondencje z sądu i przekazywało do Zarządu Mienia, który podlegał BGN" - wyjaśniał. "Jaka to była procedura do końca - nie mam świadomości" - stwierdził. Podkreślił, że nie zna aż tak szczegółowo sprawy nieruchomości przy Twardej.

Zapytany przez szefa komisji Patryka Jakiego, czy uważa, że prawidłową była procedura, iż ratusz samodzielnie nie poszukiwał spadkobierców, odparł: "Każda sytuacja była inna i nie mogę powiedzieć, że nie poszukiwaliśmy w ogóle". Jego zdaniem nie było to zadaniem jego biura. Dodał, że "w różnych sytuacjach" były poszukiwania i - jak zaznaczył - sam podpisywał pisma w tej sprawie.

Jaki pytał świadka, dlaczego samo miasto stwierdziło, że decyzja reprywatyzacyjna ws. nieruchomości przy ul. Twardej 8 i 10 było "rażącym naruszeniem prawa". "Z tego, co pamiętam okazało się, że pojawił się jeszcze jeden spadkobierca" - powiedział Bajko. Zaznaczył, że nie pamięta szczegółów ale - jak ocenił - "to była przesłanka, żeby wznowić tę sprawę".

Dopytywany, czy miasto przed podjęciem decyzji badało dokładnie wszystkie dokumenty, które złożyła strona starająca się o reprywatyzację, odpowiedział: "Zgodnie z Kodeksem Postępowania Administracyjnego każda sprawa powinna być rozstrzygnięta w oparciu o wszystkie dowody i bardzo dokładnie". "Natomiast jednocześnie w Kodeksie Postępowania Administracyjnego jest punkt (…), który mówi o tym, że organ przestrzega z urzędu swojej właściwości" - mówił świadek. Według niego nakładając te dwa przepisy trzeba dojść do wniosku, że "trzeba siedem razy pod światło spojrzeć na każdy dokument".

Przewodniczący komisji zastanawiał się, że skoro interes prawny w tej sprawie miało miasto, to kto powinien w jego imieniu złożyć wniosek, jeśli nie sam ratusz. "Pozwolę sobie polemizować. Nie ma domniemania, że po kimkolwiek dziedziczy Skarb Państwa. To może być fakt, natomiast nie jest to domniemanie w polskim prawie" - podkreślił Bajko.

Jak mówił świadek ważna jest również "bardzo istotna jedna rzecz, żeby ten Skarb Państw mógł wejść jako spadkobierca to musi minąć - bez żadnej czynności w zakresie tych spadkobierców - 30 lat". "Jeśli przez te 30 lat żaden ze spadkobierców nic nie zrobił, nawet nie napisał pisma, to można domniemywać, że gdzieś tam przechodzi to na Skarb Państwa, tylko że to my mamy udowodnić" - zauważył.

 Mieliśmy obowiązek ustalić właścicieli, nie kwoty transakcji

W procesie reprywatyzacyjnym mieliśmy obowiązek ustalić obecnych właścicieli nieruchomości i osoby uprawnione do niej. Nie obejmowało to kwot transakcji, to nie była nasza kompetencja badać za ile ktoś komuś przekazał prawa do nieruchomości - zeznał b. szef stołecznego BGN Marcin Bajko.

Bajko mówił o tym w czwartek przed komisją weryfikacyjną ds. reprywatyzacji pytany przez przewodniczącego wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego, czy nie wzbudzała jego wątpliwości różnica pomiędzy wycenioną wartością nieruchomości, a kwotą nabycia roszczeń do nich.

"Kwestia ceny - bo pan do tego zmierza, ze za bardzo niską cenę zostało przejęte - kwestia ceny nie jest przedmiotem kompetencji organu administracji. Wszelkie sprawy związane z cenami, wartością, to są sprawy cywilno-prawne w kognicji sądów powszechnych" - wyjaśnił.

"Właśnie dlatego o tym decyzje sąd, a nie organ, bo my nigdy nie wiemy, czy to (jakiś procent wartości - PAP) będzie dobrze, czy jeszcze ciągle niedobrze", gdy będzie to 2, 11, czy np. 90 proc. wartości nieruchomości - tłumaczył.

Dopytywany, czyim obowiązkiem było zebrać wszystkie akta do postępowania dekretowego odpowiedział, że obowiązek ten miał organ administracji i te akta zebrał. "Z nich wynikało, że ktoś jest teraz właścicielem jakichś tam procent udziałów po kimś. Natomiast do tej kognicji nie należy sprawdzanie za ile to kupił" - mówił komisji Bajko.

Gronkiewicz-Waltz nie wydawała mi poleceń ws. nieruchomości oświatowych

Hanna Gronkiewicz-Waltz nie wydawała mi poleceń co do nieruchomości, gdzie były placówki oświatowe - zeznał świadek Marcin Bajko, b. szef stołecznego Biura Gospodarki Nieruchomości, przed komisją weryfikacyjną ds. reprywatyzacji.

W czwartek Bajko zeznaje na drugiej rozprawie komisji, która kontynuuje badanie sprawy nieruchomości Twarda 8 i 10. W związku z decyzją reprywatyzacyjną stołecznego ratusza na rzecz "handlarza roszczeń" Macieja Marcinkowskiego, musiało się stamtąd przenieść prestiżowe gimnazjum.

Pytany przez członka komisji Jana Mosińskiego, czy prezydent stolicy lub inni wydawali mu polecenia co do nieruchomości przy Twardej czy innych "nieruchomości oświatowych", świadek odparł, że "nie było takiej sytuacji". "Pani prezydent nie wydawała takich poleceń, czy to w zakresie np. zobowiązania mnie do wydania jakiejś decyzji, czy jej zmiany" - dodał Bajko.

Poinformował, że w 2013 r. w BGN przygotowano pełne zestawienie ok. 116 nieruchomości, które mają "możliwość reprywatyzacji", co przekazano prezydent. Ustalono, że trzeba to przekazać Radzie Miasta i burmistrzom oraz zastanowić się czy w tej sytuacji w te placówki inwestować, a także nad "ewentualnym wygaszeniem pewnych placówek".

Indagowany, czy zwolnienie go z pracy w 2016 r. przez Gronkiewicz-Waltz było zemstą czy ma może inny podtekst, Bajko odpowiedział, że to on rozwiązał umowę o pracę. "Ale pracodawca tego nie przyjął i zwolnił pana" - replikował Mosiński. Bajko odparł, że pozwał miasto za to zwolnienie i nie chce się wypowiadać by - jak powiedział - "nie stracić szansy przed sądem". Oświadczył tylko, że "działanie pracodawcy nie miało podstaw prawnych".

Na pytanie, czy Marcinkowski bywał częściej w Ratuszu niż inni, Bajko odpowiedział, że nie miał on roszczeń jedynie co do Twardej. "Miał roszczenia do boiska liceum na Foksal; oprócz tego miał jeszcze nieruchomość przy Królewskiej; bardzo problematyczną nieruchomość, na której budował budynek na trasie W-Z, również część nieruchomość pod wysokościowiec przy Pałacu Kultury" - odparł Bajko. "W związku z tym, tych spotkań było dużo; on przychodził do mnie bo ja kierowałem zespołem, który negocjował te sprawy" - dodał.

Świadek podkreślał, że nie miał pełnomocnictw prezydenta miasta do wydawania decyzji reprywatyzacyjnych; mieli je zaś jego zastępcy. Wytłumaczył to tym, że zanim zaczął pracę w urzędzie, w starostwie powiatu, prowadził działalność gospodarczą, a przepisy w takich przypadkach uniemożliwiały wydawanie decyzji administracyjnych. Dodał, że miał zaś upoważnienie by w imieniu prezydenta zawierać akty notarialne o "wielomilionowej wartości".

Szukaliśmy sami uprawnionych do nieruchomości w razie odmowy zwrotu

Szukaliśmy sami wszystkich właścicieli nieruchomości w przypadku, gdy miastu zależało na odmowie zwrotu i wygaszeniu roszczeń - powiedział b. szef stołecznego Biura Gospodarki Nieruchomości Marcin Bajko. W innych przypadkach, to na stronie leży ustalenie wszystkich uprawnionych - dodał.

Bajko mówił o tym w czwartek przed komisją weryfikacyjną ds. reprywatyzacji pytany przez przewodniczącego wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego dlaczego BGN nie szukał uprawnionych do nieruchomości.

"Zasadą jest, w postępowaniu administracyjnym, w szczególności takim, które kończy się wydaniem decyzji o charakterze własnościowym, że to strona ubiega się o ustalenie wszystkich uprawnionych. To ona będzie miała z tego uprawnienie i jest to bardzo kosztowne" - mówił komisji Bajko.

"Mamy obowiązek, żeby stwierdzić, że wszyscy są ustaleni. Nie umiem odpowiedzieć bardzo szczegółowo, w których sytuacjach szukaliśmy, a w których nie" - dodał.

"Na pewno szukaliśmy w takiej sprawie, gdzie miastu zależało na wygaszeniu roszczeń, bo chciało zainwestować np. w jakąś szkolę. To było zupełnie zrozumiałe, że musieliśmy mieć ustalone 100 proc. właścicieli ustalonych, żeby skutecznie taką odmowę dać, to trzeba było ich szukać" - tłumaczył.

Przypomniał, że ustawa, która weszła w życie w zeszłym roku reguluje sprawę tzw. "właścicieli - śpiochów" - zapisano, że bez ich poszukiwania można umorzyć postępowanie.

Bajko: prezydent nie nakazywała zmian decyzji reprywatyzacyjnych

Prezydent warszawy nie nakazywała aby zmieniono czy wydano konkretną decyzję w sprawie reprywatyzacji nieruchomości - zeznał w czwartek b. szef stołecznego Biura Gospodarki Nieruchomościami Marcin Bajko przed komisji weryfikacyjnej ds. reprywatyzacji.

"Ja nie spotkałem się z taką sytuacja, o której wspominał tutaj jeden z moich przedmówców, żeby pani prezydent nakazała zmienić, lub wydać jakąś konkretną decyzję. Za moim pośrednictwem takiego zdarzenia nie było" - powiedział Bajko, nawiązując do zeznania pierwszego świadka komisji - Krzysztofa Śledziewskiego, który utrzymywał, że zna przypadek gdy Hanna Gronkiewicz-Waltz ingerowała w decyzję. Prezydent Warszawy temu zaprzeczała.

Bajko dodał w czwartek, że podczas spotkań prezydent z radnymi i burmistrzami poruszane były sprawy reprywatyzacji. "Było bardzo dużo spotkań z politykami, bo pani prezydent preferuje spotkania z politykami, czyli z burmistrzami, czyli z radnymi (...) tam też były poruszane tematy, bo one zawsze paliły najbardziej, były poruszane tematy reprywatyzacji" - powiedział Bajko.

Według byłego szefa BGN prezydent Warszawy powinna starać się o zmiany w prawie dotyczące reprywatyzacji.

"Rolą prezydenta powinno być przede wszystkim to, żeby dbać o to, żeby można było te wszystkie sprawy rozpatrywać, po pierwsze zgodnie z prawem, po drugie w jakichś cywilizowanych warunkach i po trzecie, żeby to prawo, jeżeli jest złe, a tutaj nie mamy wątpliwości jest złe, żeby to prawo zmienić, bo to była rola prezydenta, który jest słyszalny na poziomie krajowym" - stwierdził Bajko.

Powiedział on, że pomimo próśb nie udało się ograniczyć dostępu do BGN osób postronnych, co powodowało dyskomfort pracy.

"Wszyscy żądaliśmy i żądamy od pracowników, żeby wykonywali swoją prace dobrze, zgodnie z prawem a w sytuacjach tak trudnych spraw, jak 70-letnie sprawy dekretowe, żeby to było jeszcze pogłębione badaniem wielu setek tom akt, a w biurze w którym pracowaliśmy, nigdy nie doczekaliśmy się możliwości, żeby ograniczyć dostęp osób postronnych" - stwierdził Bajko.

"Jeżeli przez 10 lat, czy 8 lat od funkcjonowania w biurze, nie możemy się doczekać systemu, że nie przychodzą do nas i nie wchodzą bezpośrednio do pracowników osoby, które maja swoje interesy, to komfortu pracy nie ma i wpływa na jakość pracy" - dodał. Według niego nie można było tego załatwić w żadnym biurze administracyjno-gospodarczym, czy ochrony, nawet po tym jak prosił o to panią prezydent.

"Mogę domyślać się dlaczego. Pewnie dlatego, że gdyby ludzie nie mogli do nas przychodzić, to częściej przychodziliby do pani prezydent. (...) Więc gdyby ta ochrona była, pewnie częściej pani prezydent by miała styczność z tymi osobami, więc ja to jakoś rozumiem" - stwierdził Bajko.

Prezydent Warszawy nie nakazywała zwrotów nieruchomości

Prezydent Warszawy, w czasie rozmów o reprywatyzacji na pewno nie nakazywała wydawania decyzji zwrotowych - zeznał b. szef stołecznego BGN Marcin Bajko. Jak dodał, ustanawianie kuratorów nie było osobnym tematem rozmów w ratuszu.

Pytany, czy konsultował konkretne rozstrzygnięcia reprywatyzacyjne z zespołem koordynacyjnym w ratuszu, Bajko stwierdził, że jego spotkania nie dotyczyły wszystkich spraw reprywatyzacyjnych, tylko niektórych, które np. wiązały się z ograniczeniem funkcjonowania przedszkola itp. "Jeżeli nie był to zespół, to była to bezpośrednia rozmowa z panią prezydent, ale ona mówiła np. tak: +Proszę poinformować rzecznika prasowego+, na wypadek gdyby ktoś napisał pismo albo jakiś artykuł+. Na pewno nie było to nakazaniem wydawania decyzji, ale raczej przyjęciem do wiadomości, ewentualnie wskazaniem, żeby to jeszcze z kimś skonsultować" - mówił Bajko.

Wyjaśniał, że funkcjonowanie w tak dużej jednostce wymagało kontaktów telefonicznych. "Albo pani prezydent do mnie dzwoniła, często to było ad hoc, np. przy okazji spotkania z burmistrzami, często dzwoniłem ja. Były też prośby, żebym np. został po zespole koordynacyjnym, przyjechał po coś i to było wtedy omawiane" - powiedział Bajko. "Nie było sformalizowanej procedury typu, że zostawia się notatkę, a prezydent coś na niej pisze. To nie było wymagane. Ale rozmowy były bardzo częste" - mówił.

Pytany jaka była reakcja na pojawianie się w aktach spraw kuratorów, Bajko stwierdził, że nie zna dokumentacji konkretnych spraw. "Słyszałem o tym, ze sprawy kuratorów są problematyczne i dlatego udzieliłem wywiadu. W rozmów z podwładnymi wynikało, że jest to problem, choć dokładnego czasu tych rozmów nie pamiętał" - zeznał. "Nie przypominam sobie, żebym referował zespołowi koordynacyjnemu problem kuratorów" - dodał. Podkreślił też, że w wywiadzie prasowym z jesieni 2014 r. chciał opowiedzieć o czymś, co dla przeciętnego czytelnika jest zrozumiałe. "I udało się wywołać zainteresowanie, potem występowałem kilkanaście razy w różnych mediach. Nie wydaje mi się, abym informował o kuratorach przed wywiadem. Nie był to tak straszny problem" - powiedział Bajko.

"Nie umiem określić, jaka była ogólna zasada postępowania wobec powoływania kuratorów, oprócz tego, że zgodnie z K.p.a. organ jest związany orzeczeniami sądów. Nie pamiętam konkretnie, żeby tylko temat kuratorów był przedmiotem jakiejś rozmowy. Ale o problemie opowiedziałem w wywiadzie" - zaznaczył.

Odnosząc się do wcześniejszych zeznań Jerzego Mrygonia o spotkaniach nt. reprywatyzacji u wiceprezydenta Jarosława Jóźwiaka, Bajko wyjaśnił, że były to raczej tzw. sprawy skargowe. "Na dyżur do prezydenta zapisywała się osoba i trzeba było przygotować dla prezydenta notatkę, o co chodzi tej osobie i stawić się na spotkanie. Takich spotkań były dziesiątki" - mówił.

Informowaliśmy ABW o reaktywowanych spółkach domagających się zwrotów

Informowaliśmy ABW o liście reaktywowanych spółek domagających się zwrotów nieruchomości; zamiast kontroli czy poproszenia o akta, odpowiedzieli, że prezydent miasta nie jest właściwy do otrzymania takiej informacji - zeznał w czwartek przed komisją weryfikacyjną b. szef BGN Marcin Bajko.

Jan Mosiński (PiS) pytał świadka, czy w czasie, kiedy był dyrektorem BGN-u spotykał się z szefami służb specjalnych, Prokuratorii Generalnej, wojewodą mazowieckim czy ewentualnie z prezesem Samorządowego Kolegium Odwoławczego. "Tak oczywiście, to była naturalna rzecz" - powiedział Bajko.

Dopytywano, czy po tych spotkaniach "odnotował" jakąś interwencję, kontrolę ze strony tych służb w BGN czy urzędzie miasta. "Rozmów z różnymi organami innymi niż prezydent - czyli na terenie miasta mamy służby wojewody, Prokuratorii itd. - tych rozmów było dużo. Natomiast nie wydaje mi się, żeby tutaj była jakaś kontrola z tym związana. Mało tego, sami staraliśmy się zainteresować sprawami, które są u nas" - powiedział świadek przed komisją.

"Sami informowaliśmy szefa ABW o liście spółek, które się reaktywowały i domagają się zwrotów. Pamiętam odpowiedź na ten temat: zamiast zrobienia kontroli na przykład, czy poproszenia o akta, była odpowiedź dość prosta - że nie prezydent miasta jest właściwy do otrzymania takiej informacji" - powiedział Bajko.

Przewodniczący komisji Patryk Jaki dopytywał, od kiedy ABW wiedziała od stołecznego ratusza o kwestiach reprywatyzacji. Bajko odpowiedział, że pierwszy sygnał został wysłany ok. 2011 r. Dodał, że osobiście zainicjował spotkanie z "panią dyrektor ówczesną warszawskiego CBA". "Też mniej więcej w tym samym okresie, może to był początek 2012 r., i również rozmawialiśmy nt. reprywatyzacji. To było z mojej inicjatywy" - podkreślił świadek.

Jaki dopytywał, czy Bajko spotkał się z kimś z ABW, świadek odpowiedział, że na tak postawione pytanie odpowie jedynie, że "tak". Dopytywany o reakcję ABW, wyjaśnił, że "reakcja była pisemna" i stwierdzono w niej, że prezydent miasta nie jest organem upoważnionym w takich kwestiach, a "upoważniony jest premier".

Bajko dodał, że CBA z kolei poprosiło o informację na temat sprawy. "Była później jakaś korespondencja, proszono chyba o jakieś uzupełnienia" - powiedział świadek. Pytany, czy w kolejnych latach już nie było kontaktu z tych instytucji, odpowiedział, że z nim "chyba nie". Zaznaczył, że w BGN-ie pracowało w różnych okresach od 1,3 tys. osób, które mu podlegały do w rezultacie czterystu kilku. "Średnio to było 460 (osób)" - powiedział Bajko.

Mosiński dopytywał Bajkę, czy analizował dokumenty dot. reprywatyzacji swojego zastępcy Jakuba R. - b. dyrektora BGN, aresztowanego pod zarzutami korupcyjnymi ws. dzikiej reprywatyzacji w stolicy. "Nie było moją rolą i nie jest rolą osoby, która nie ma kompetencji w tym zakresie, analizować dokumentację. Byłem proszony czasami czy przez niego, czy przez pracowników, czy radców prawnych o po prostu porozmawianie o pewnych rzeczach. Natomiast to nie jest tak, że dokonywałem analizy. Uważam, że nie byłem do tego uprawniony i tego nie robiłem" - powiedział Bajko.

Poza sprawą Noakowskiego 16 prezydent Warszawy nie interesowała się zbytnio sprawami w BGN

Hanna Gronkiewicz-Waltz poprosiła o akta sprawy Noakowskiego 16, miałem z nią długie na ten temat rozmowy - zeznał b. dyrektor stołecznego BGN Marcin Bajko.

Jak mówił, wydaje mu się, że poza tą konkretną sprawą, prezydent Warszawy nie interesowała się szczególnie innymi sprawami reprywatyzacyjnymi, prowadzonymi przez BGN. Dodał, że ws. nieruchomości przy Noakowskiego 16 (która w wyniku decyzji miasta w części przypadła rodzinie Gronkiewicz-Waltz) między nią a Bajką były wielogodzinne rozmowy o wszystkich aspektach - zeznał świadek komisji. Według niego rozmowy dotyczyły tego, "jak się wydaje takie decyzje od początku do końca - na czym to polega".

Bajko nie zgodził się z treścią wypowiedzi prezydent Gronkiewicz-Waltz z sierpnia 2016 r., w której stwierdziła ona, że "nie wiedziała co się działo, a odpowiedzialność za aferę ponoszą urzędnicy". "Fakty mówią co innego. Pani prezydent wiedziała o wszystkim, o zasadach, o tym co się dzieje w zakresie reprywatyzacji. Mieliśmy do niej oczekiwanie, aby pomogła zmienić dekret warszawski, a w zasadzie ustawę o gospodarce nieruchomościami. Żeby nie trzeba było wydawać tych decyzji. Taka powinna być jej rola" - mówił b. dyrektor BGN.

Wcześniej mówił m.in. że nic mu nie wiadomo, aby osoby zainteresowane zwrotami nieruchomości kontaktowały się z prezydent poza urzędem miasta. Zaprzeczył, jakoby w ratuszu istniały narzucone liczby spraw zwrotowych do rozpatrzenia. Oświadczył też, że nic nie wie, aby nagrody dla urzędników były powiązane z liczbą wydawanych przez nich decyzji. Natomiast ocenił, że na urzędników był wywierany rodzaj presji. Po pierwsze przez petentów, którzy "bez przerwy" przychodzili do BGN, a "tak być nie powinno". Drugim elementem, według Bajko, były wyniki kontroli, z których wynikało, że należy przestrzegać K.p.a.

Nadzór prezydent Warszawy nad BGN był "miękki"

Nadzór prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz nad stołecznym Biurem Gospodarki Nieruchomościami miał charakter "miękki" - poinformował podczas środowego przesłuchania przed komisją weryfikacyjną ds. reprywatyzacji były szef BGN Marcin Bajko.

"Ten rodzaj nadzoru, można powiedzieć, że jest to rodzaj nadzoru o charakterze miękkim. To znaczy informowaliśmy o tym, co uważaliśmy za ważne w różny sposób. Najczęściej były to rozmowy telefoniczne lub spotkania" - powiedział Bajko, odpowiadając na pytanie dotyczące nadzoru nad BGN po odejściu wiceprezydenta stolicy Andrzeja Jakubiaka.

"Nadzór polegał również na tym, że to ona (Hanna Gronkiewicz-Waltz - PAP) musiała brać udział już nie w +obiadkach czwartkowych+ tylko w spotkaniach z osobami z zewnątrz, była tą osobą, do której przychodzili skarżący" - dodał.

Bajko powiedział też, że Gronkiewicz-Waltz musiała też akceptować wnioski, ale nie wszystkie. Dodał, że wszystkie posiedzenia zespołu koordynacyjnego były protokołowane.

Nie wiem jak się zakończyła sprawa działki przy ul. Foksal

Nie wiem jak się zakończyła sprawa działki przy ul. Foksal; w tym czasie utraciłem zaufanie do pracodawcy i rozwiązałem stosunek pracy - zeznał w czwartek przed komisją weryfikacyjną b. szef BGN Marcin Bajko.

Bajko był poproszony przez członka komisji Sebastiana Kaletę o przybliżenie statusu postępowania reprywatyzacyjnego ws. działki przy ul. Foksal, przeznaczonej na cel publiczny.

Świadek powiedział, że "ten status się zawiesił", ponieważ ratusz wysłał pismo do ministra finansów ws. wyjaśnienia kwestii indemnizacji.

Dopytywany, jak się zakończyła ta sprawa, odparł: "Ja nie wiem jak się zakończyła, ponieważ pismo było wysłane w takim okresie, kiedy utraciłem zaufanie do pracodawcy i rozwiązałem stosunek pracy".

Jak mówił Bajko "na Foksal (Maciej) Marcinkowski ubiegał się bardzo poważnie - bo były też zespoły, które się spotykały na ten temat - o wydanie mu Warunków Zabudowy lub też zrobienie planu zagospodarowania" "W tym kontekście, jakby czuliśmy pewien - delikatnie mówiąc - dyskomfort, ponieważ któryś raz się pojawiało, że trzeba mu te WZ wydać" - zaznaczył świadek.

Zapytany, czy pamięta jakie było źródło roszczeń do tej działki, odparł: "Pamiętam tylko, że to były udziały w spółce Robur, chyba też reaktywowanej - niestety". Zaznaczył jednak, że nie pamięta czy spółka funkcjonowała cały czas, czy się reaktywowała.

Można było rozważać przyznanie Marcinkowskiemu "nieruchomości zamiennej"

Można było rozważać przyznanie Maciejowi Marcinkowskiemu nieruchomości zamiennej zamiast Twardej, gdzie była szkoła, ale nie po uchwale z lutego 2013 r. o jej przeniesieniu - zeznał świadek Marcin Bajko, b. szef Biura Gospodarki Nieruchomości, przed komisją weryfikacyjną.

W czwartek Bajko zeznaje na drugiej rozprawie komisji, która kontynuuje badanie sprawy nieruchomości Twarda 8 i 10. W związku z roszczeniami "handlarza roszczeń" Macieja Marcinkowskiego, na mocy uchwały rady miasta z 2013 r. musiało się stamtąd przenieść prestiżowe gimnazjum.

Pytany przez członka komisji Pawła Rabieja, czy sprawa Twardej była szybciej prowadzona niż inne, świadek odpowiedział, że nie było tu "niczego nadzwyczajnego". Dodał, że prowadzono w BGN rozmowy z Marcinkowskim ws. jego w sumie pięciu roszczeń, w tym dwóch ważnych dla miasta (szkoła przy Twardej oraz boisko przy szkole na Foksal - PAP). "To nam zależało; to myśmy zwoływali te spotkania, bo baliśmy się likwidacji w zasadzie dwóch placówek" - zeznał Bajko.

"Pewnie mogłyby dłużej trwać te negocjacje i szkoła na Twardej mogłaby dłużej funkcjonować, gdyby nie podjęto w lutym 2013 r. uchwały o jej przeniesieniu. Jakby ona spowodowała, że odpadł nam interes prawny ochrony mienia publicznego, no bo wiadomo było, że nie ma o walczyć" - oświadczył świadek.

Spytany, czy można było rozważać przyznanie Marcinkowskiemu nieruchomości zamiennej zamiast Twardej, Bajko odparł, że "był taki moment", kiedy można było o tym myśleć, ale nie po uchwale z lutego 2013 r.

Na pytanie, czy odczuwał jakąś presję ze strony Marcinkowskiego, Bajko odparł, że zeznawał już, iż pewną presją jest to, że każda osoba może mieć swobodny dostęp do BGN i "samą swoją obecnością pokazywać, że +jej zależy+". "W tym znaczeniu presję można było odczuwać" - zaznaczył. Podkreślił, że "nerwowość" Marcinkowskiego mogłaby też związana z tym, że wtedy "wstrzymano mu budowę nad Trasą W-Z".

Zapytany, czy Marcinkowski toczył negocjacje z kimś więcej, Bajko odpowiedział: "W sposób dorozumiany - z burmistrzem, bo on był władającym tą szkołą". "Wydaje mi się, że pewne ustalenia tam były" - dodał.

Indagowany, czy na negocjacje miało wpływ to, że Marcinkowski miał wiele roszczeń, świadek mówił, iż miało to taki wpływ, że "miastu zależało, żeby te sprawy załatwić" - jak już widzieliśmy, że utracimy w pewnej perspektywie Twardą, to żeby nie było takiej samej sytuacji z boiskiem na Foksal".

Rabiej pytał też, czy w BGN i Ratuszu rozważano powołanie zespołu koordynującego procedury przy "trudnych reprywatyzacjach", związanych z dużym ryzykiem społecznym zwrotu własności. "Jednolitego skoordynowania nie było" - odparł świadek, według którego zasadą było raczej: "Kto może, niech pomaga". Dodał, że wiele było rozmów o charakterze ogólnym. "Natomiast urząd jest wielką korporacją - 6 tys. zatrudnionych ludzi i jakby nie było chyba pomysłu, żeby zrobić z tego jakiś zespół" - podkreślił.

Świadek podkreślał, że Kpa nie przewiduje negocjacji, a przewiduje to, że jak ktoś np. ma komplet dokumentów danej sprawy, to decyzja administracyjna ma zapaść w ciągu miesiąca. "I to była bardziej presja, a nie to, że on (Marcinkowski) miał 5 czy 7 nieruchomości" - dodał.

Decyzję o zwrocie Twardej podjąłem bez konsultacji z prezydent

W sprawie zwrotu nieruchomości przy ul Twardej decyzji nie konsultowałem z prezydent - zeznał b. dyrektor stołecznego BGN Marcin Bajko. Dodał, że likwidacja, znajdującej się tam szkoły, była przesądzona, więc poprosił o taką decyzję, która to umożliwiała.

"Samej decyzji ws. Twardej ze mną nikt nie konsultował" - zeznał świadek, pytany, czy konsultował ją z prezydent.

"Ja tylko poprosiłem, żeby w decyzji znalazła się możliwość wydania jej na udziały, po to żeby zablokować możliwość istnienia tam szkoły. To nie wymagało konsultacji z panią prezydent, ponieważ wytyczne były takie, że niestety ta szkoła zostanie przeniesiona" - mówił Bajko.

Świadek zeznawał, że w przypadku trudnych i ważnych decyzji, np. obejmujących przedszkole był informowany przez swojego zastępcę. "Wtedy albo udawało mi się zamienić słowo z panią prezydent na temat, że jakieś przedszkole jest zagrożone. Odpowiedź była +Proszę poinformować burmistrza+. Ale czasami sami informowaliśmy burmistrza. Zawsze było różnie. Akurat w przypadku Twardej zwróciłem uwagę na to, co powinno znaleźć się w decyzji - czyli udziały i nic więcej. Bo decyzja kierunkowa była wydana wcześniej" - mówił Bajko.

Według świadka, w niektórych przypadkach potrzebna była jednak akceptacja prezydent. "Jeżeli mieliśmy przedszkole na Saskiej Kępie, wymagało to konsultacji z panią prezydent, bo przedszkole mogło przestać istnieć. Ale były inne schematy, że np. informowało się burmistrza. Burmistrzowie mieli lepszy dostęp do prezydent" - powiedział Bajko, zaznaczając, że "jednolitej procedury nie było".

Bajko: Zostałem zaskoczony przeniesieniem szkoły na Twardej

Zostałem zaskoczony zaproszeniem na posiedzenie Rady Warszawy, podczas której decydowano o przeniesieniu szkoły na Twardej, myślałem, że będziemy mieli więcej czasu na negocjacje - powiedział b. szef stołecznego Biura Gospodarki Nieruchomości Marcin Bajko.

"Zostałem zaskoczony zaproszeniem na (sesję, na której podjęto - PAP) uchwałę Rady, która mówi o przeniesieniu szkoły. Myślałem, że będziemy mieli jeszcze trochę czasu, że będziemy mogli coś tutaj uzgodnić" - mówił Bajko w czwartek przed komisją weryfikacyjną ds. reprywatyzacji.

Zaznaczył, że według niego nie była to sprawa pierwszoplanowa. "Uważałem, że nie jest to sprawa, która trzeba było załatwić z dnia na dzień, (...) Uważałem, że w drodze negocjacji, czy w drodze wydania +sprytnej decyzji+, że ta szkoła będzie mogła jeszcze funkcjonować" - dodał.

Powiedział, że nie z jego inicjatywy trafiła ona na zespół koordynacyjny w ratuszu, który omawiał takie przypadki. "Sprawa Twardej była wywołana nie przez BGN, myśmy - można powiedzieć - byli tam doproszeni" - mówił komisji. Powiedział, że w spotkaniach zespołu z BGN zwykle uczestniczył on, ewentualnie dopraszane osoby do konkretnych spraw.

"Decyzja, że trzeba rozmawiać już o jej likwidacji została podjęta nie przeze mnie" - podkreślił. Dodał, że w jego ocenie była szansa na przedłużenie negocjacji, albo wypracowanie innego stanowiska, które nie prowadziłoby do przeniesienia szkoły.

Powiedział, że nie sprawdzał i nie weryfikował decyzji wydawanych przez swojego zastępcę, który miał takie pełnomocnictwo. "Wydawanie decyzji administracyjnych z punktu widzenia K.p.a. nie przewiduje czegoś takiego jak nadzór, oprócz nadzoru instancyjnego. Jeśli decyzje były kompletne, osoba, która miała pełnomocnictwo decydowała o jej podpisaniu. Tutaj nie było pola, by w jakiś sposób na to wpływać" - powiedział.

Mówił, że w przypadku szkół, przedszkoli i instytucji publicznych przyjęli od razu, że są to sprawy ważne. "To wynikało z naszej wiedzy; w 2013 r. zostały np. przygotowane tabele wszystkich szkół zagrożonych roszczeniami" - dodał.

Podał, że w ratuszu zaczął pracować w 2003 r. jako zastępca dyrektora w liczącym blisko 1300 osób biurze zajmującym się nie tylko nieruchomościami, ale też katastrem i sprawami lokalowymi. "To był początek, kiedy do Warszawy przyszedł pan prezydent Lech Kaczyński" - zaznaczył. Dyrektorem został w 2012 r., a p.o. dyrektorem w 2006 lub 2007 r. - tłumaczył pytany przez członków komisji.

Powiedział, że stworzył w 2004 r. regulamin postępowania przy sprawach dekretowych, który według niego do dzisiaj funkcjonuje, z koniecznymi uzupełnieniami. "To jest procedura, która ma 4, czy 5 stron i tam było jasno napisane na co zwracać uwagę i jak procedować" - tłumaczył. Zaznaczył, że nie obejmowało to kolejności rozpatrywania spraw. Z doświadczenia mówił, że nie da się zastosować tu prostych rozwiązań, jak rozpatrywania zgodnie z kolejnością wpływu. Najważniejszą przesłanką by tego nie stosować, był różny stopień skomplikowania tych spraw i przeszkód przed załatwieniem.

"Sprawy były załatwiane według tego, jak strony znosiły dokumenty i jak były to sprawy skomplikowane" - wyjaśnił.

Żałuję, że konkretnie nie zapoznałem się ze sprawą Twardej

Teraz żałuję; mogłem się z tym konkretnie zapoznać, ale tego nie zrobiłem, bo potraktowałem tak samo jak każdą inną sprawę - mówił w czwartek b. szef BGN Marcin Bajko przed komisją weryfikacyjną ds. reprywatyzacji. Zaznaczył jednak, że staranność została dochowana.

"Uważam, że staranność była dochowana. Nie znam akt, nie jestem w stanie więcej powiedzieć jak to wyglądało. Teraz żałuję. Mogłem się z tym konkretnie zapoznać ale tego nie zrobiłem, bo potraktowałem tak samo jak każdą inną sprawę, tym bardziej, że podcięto mi skrzydła, że interes społeczny odpadł" - powiedział Bajko zapytany, czy nie należało dołożyć szczególnej staranności przy podejmowaniu decyzji w sprawach, w których występowali tzw. handlarze roszczeń.

"Proszę sobie wyobrazić, że to jakby sprawa z takich, gdzie można było sprawę załatwić pozytywnie, coś fajnego zbudować, czyli mieć szkołę i mieć tam jakieś zagospodarowanie. Rada w pewnym momencie decyduje, że tego nie będzie" - dodał odnosząc się do decyzji Rady Miasta o przeniesieniu gimnazjum, które funkcjonowało przy Twardej w inne miejsce.

Bajko stwierdził, że później zostawił sprawę własnemu biegowi i nie zaglądał już do akt.

Prezydent Gronkiewicz-Waltz nie chciała nadzorować BGN

Prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz nie chciała nadzorować Biura Gospodarki Nieruchomościami - zeznał b. dyrektor Biura Marcin Bajko. Dodał, że skłonił prezydent do zmiany tego stanowiska i objęcia Biura swoim nadzorem.

Jak zeznawał w czwartek przed komisją weryfikacyjną ds. reprywatyzacji Bajko, po odejściu z ratusza wiceprezydenta Andrzeja Jakubiaka prezydent Gronkiewicz-Waltz "na początku nie chciała nadzorować" BGN i planowała podporządkować je sekretarzowi miasta.

Świadek podkreślił, że w bardzo długiej rozmowie telefonicznej przekonał ją, żeby tego nie robiła. "Podstawowy argument był taki, że tylko ona ma szansę ewentualnie wpłynąć na zmianę dekretu. Bo jak będziemy pod sekretarzem, to będziemy już tylko zwracali. Ma szansę wpłynąć na burmistrzów, bo jest ich przełożoną, czy może na większość sejmową" - wyjaśniał.

Przewodniczący komisji odczytał też świadkowi pytanie Rady Społecznej przy komisji, w którym docieka ona dlaczego prowadził negocjacje ws. Twardej 8 z określanym przez media "handlarzem roszczeń" Maciejem M., mimo, że był on w posiadaniu jedynie niewielkiej części udziałów w nieruchomości.

"Dostałem pełnomocnictwo, żeby szkołę (przy ul. Twardej) ratować w zakresie negocjacji cywilnych" - powiedział Bajko, dodając, że miał wystarczającą wiedzę ws. nieruchomości, by rokowania prowadzić. "Nawet ułamek praw i zapowiedź, że będzie miał całość są wystarczające do prowadzenia negocjacji. Ale nie jest wystarczające do podpisania aktu notarialnego, decyzji i jakiegokolwiek porozumienia" - zaznaczył.

Pytania zadawali również pełnomocnicy M. Mec. Marek Gromelski poinformował przy tej okazji, że jego klient nie życzy sobie więcej, by używano jego pełnego nazwiska, a jedynie inicjału.

B. dyrektor BGN przyznał również, że w świetle prawa niska wycena roszczeń nie może być ujemną przesłanką przy wydaniu decyzji zwrotowej. "Uważam, że jedyną przesłanką w świetle orzecznictwa, obowiązującego do zeszłego roku, przesłanką ujemną - czyli do dokonania odmowy zwrotu, była kwestia istnienia planu zagospodarowania przestrzennego i niemożność pogodzenia zapisów tego planu z funkcjonowaniem konkretnego podmiotu" - oświadczył Bajko. Żadne inne przesłanki nie mogły być brane pod uwagę - dodał. "Mało tego, nieskonkretyzowane zapisy typu interes społeczny również taką przesłanką być nie mogły" - dodał.

Bajko mówił też, że decyzja jego zastępcy Jerzego Mrygonia ws. nieruchomości przy Twardej była "na ówczesny stan wiedzy, prawidłowa". Dodawał, że gdy BGN pytało resort finansów, czy ustalił, by w sprawie danej nieruchomości wypłacono dawnemu właścicielowi odszkodowanie na mocy tzw. układów indemnizacyjnych, z reguły odpowiedzią było że "dopiero gromadzą dokumenty".

Świadek mówił też, że skoro właścicielem przedmiotowych nieruchomości nadal jest miasto, to nie można mówić by poniosło ono stratę.

>>> Czytaj też: Hanna Gronkiewicz-Waltz nie stawiła się przed komisją weryfikacyjną