Spodziewana ucieczka kapitałów z byłej kolonii nie nastąpiła. Dokonuje się za to proces odwrotny: w sensie gospodarczym to nie Hongkong się komunizuje, lecz dochodzi do hongkongizacji Chin, by tak to ująć. To komunistyczne z nazwy Chiny grają według kapitalistycznych reguł, chociaż ciągle zachowują sobie prawo do państwowego interwencjonizmu, według modelu tzw. państwa rozwojowego, jaki przyjęły po 1992 r. i upadku ZSRR.

Chcąc najkrócej scharakteryzować dzisiejszą rzeczywistość w dawnej kolonii, można byłoby ująć to tak: powolne usztywnianie systemu i brak zgody Pekinu na jakąkolwiek liberalizację polityczną połączone zostały z bezprecedensowym rozkwitem gospodarczym.

Liczący zaledwie 1104 km kw. i ok. 7,4 mln mieszkańców Hongkong (co dosłownie znaczy „pachnący port”), gdy był przejmowany przez Chiny 1 lipca 1997 roku liczył się w świecie jako ważne centrum finansów i bankowości. W początkach bieżącego stulecia wyrósł na drugie źródło kapitałów w regionie, po Japonii, a najwięcej z nich – aż 45 proc. w okresie 1979-2002 – kierował do Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL). W pewnym sensie były to więc już naczynia połączone jeszcze przed przejęciem kolonii od Brytyjczyków.

Potem nastąpiło jeszcze większe przyspieszenie, jak też skorelowanie obu tych organizmów gospodarczych. Efekty tego procesu są jednak mieszane, wręcz ambiwalentne: z jednej strony Hongkong gospodarczo kwitnie jak nigdy dotąd, ale z drugiej ponownie boi się o swoją przyszłość – że straci swoje kluczowe znaczenie. Powodem tych obaw jest jeden fakt: w chwili przejmowania enklawy przez ChRL jej PKB stanowił 16 proc. dochodów całych Chin, a dzisiaj zaledwie przekracza 3 proc. Nie tyle to Hongkong zubożał, ile Chiny szybko się ostatnio wzbogaciły (choć w dużej mierze dzięki pośrednictwu mieszkańców Hongkongu).

Pozornie wszystko jest w najlepszym porządku. Hongkong, przez dekady symbol leseferyzmu, do dziś wygrywa w prestiżowym rankingu Heritage Foundation nt. wolności rynków, wyprzedzając Singapur, Nową Zelandię i Szwajcarię. Dochody mieszkańców były i są wysokie. Według danych Banku Światowego sięgają – w zależności czy liczonym po kursie nominalnym czy siły nabywczej – od 42,32 do 54,722 dolarów (według kursu dolara z 2010 r.), co obszarowi 10-12 pozycję na świecie, podczas gdy ChRL lokuje się pod tym względem gdzieś na przełomie ósmej i dziewiątej dziesiątki.
Bogaty lecz podporządkowany

Główne siły napędowe Hongkongu pozostały jednak takie same, jak za rządów Brytyjczyków: usługi, handel, centrum bankowości, silna giełda, otwarty port. Tyle tylko, że w jeszcze większym stopniu stanowiąc przedmurze do wstępu na wielki i szybko rosnący rynek Chin lądowych. Hongkong stale na tym korzysta, ale także relatywnie traci, a kto wie, jaka będzie jego ostateczna rola, gdy w pełni zacznie funkcjonować wielkie megalopolis w dorzeczu Rzeki Perłowej.

Dalsze wręcz tektoniczne zmiany już rysują się na horyzoncie, a utwierdzają jedno nadrzędne przesłanie władców w odległym Pekinie: Hongkong bez względu na swój status jest integralną częścią ChRL. I ma być jeszcze bardziej z tym organizmem zintegrowany, służąc mu nadal jako okno na świat. No i oczywiście musi być podporządkowany Pekinowi, na co dowodów widać ostatnio aż nadto, szczególnie po głośnej „rewolucji parasolkowej” w 2014. Wolność ma być, ale tylko gospodarcza. O wszystkim innym będzie decydować Carrie Lam, szefowa lokalnej egzekutywy. Obejmie tę funkcję 1 lipca z rąk samego prezydenta Xi Jinpinga, który z okazji 20-lecia przejęcia kolonii do Hongkongu przybywa.

Obie strony są dumne, bo gospodarczo Hongkong kwitnie. Udział handlu w PKB, zawsze wysoki, jest teraz jednym z najwyższych na globie – wzrósł z 252 proc. w początkach bieżącego stulecia do ponad 400 proc. obecnie, co w rankingu WEF daje trzecią pozycję na świecie, po Singapurze i Holandii, wśród organizmów najbardziej otwartych na handel.

Giełda w Hongkongu też jest wysoko ceniona. Założona przez Brytyjczyków w 1891 r., tuż po przejęciu przez nich tzw. Nowych Terytoriów (to ok. 95 proc. całości obszaru), na koniec 2016 roku notowała blisko 2 tys. firm, z czego 989 z ChRL, co jest kolejnym dowodem ścisłego zintegrowania.

Nie objęły jej turbulencje, które wstrząsały w połowie 2015 r. i na początku 2016 r. sąsiednią giełdą w Shenzhenie i drugą na terenie ChRL, w Szanghaju, ale pewność graczy i inwestorów została jednak lekko podminowana. Obawy rodzą się w związku ze spekulacjami, że prawdziwe centrum chińskiej giełdy przeniesie się do Szanghaju.
W ramach chińskiego marzenia

Mieszkańcom Hong Kongu pozostaje więc karta, która była i jest ich najmocniejszą stroną: tworzą ośrodek usług, małych i średnich przedsiębiorstw, innowacji i biznesu. W przeciwieństwie do Chin nie ma tu aż tak wysokiej korupcji. W najnowszym indeksie percepcji korupcji sporządzanym przez Transparency International Hongkong znalazł się na 15 pozycji w świecie, podczas gdy Chiny – mimo wielkich wysiłków i ostrej akcji w wykonaniu obecnej administracji Xi Jinpinga – są dopiero na pozycji 79, wraz z Indiami, za Bułgarią, Rumunią czy Białorusią, a tuż przed Albanią.

Mieszkańcy strefy kontynuują też jak najbardziej dawne brytyjskie tradycje pod jednym względem: są kreatywni. Stawiają nie tylko na innowacje, jak całe Chiny, ale też na sztukę, kulturę i design w czym nadal zdają się być niepokonani. Hongkong to centrum mody, filmu, wspaniałych galerii i wystaw artystycznych, a przy okazji dystrybutor najlepszych w całej Azji win.

Legitymuje się też jednym z najwyższych wskaźników poziomu wykształcenia pracowników, i relatywnie niskim poziomem bezrobocia. Po przejęciu go od Brytyjczyków w 1998 r. stopa bezrobocia wynosiła 6,2 proc., a w kwietniu tego roku – tylko 3,2 proc.

To dlatego, wskazując na duży poziom społecznego zadowolenia i notowanego statystyczne dobrobytu, wielu obserwatorów i analityków podtrzymuje tezę, iż gdyby nawet, z racji coraz bardziej asertywnych także w stosunku do niego władz w Pekinie, doszło do jakiejś kolejnej rewolty młodzieży i inteligencji, czym w istocie była wspomniana „rewolucja parasolkowa”, społeczeństwo tej specjalnej enklawy znowu mocno się podzieli, a klasa średnia i biznes opowiedzą się i za status quo, i za wolą Pekinu. Hongkong ma być integralną częścią „chińskiego marzenia” i wielu mieszkańcom to się podoba.

Obserwatorzy międzynarodowi chwalą Hongkong za niezależne sądownictwo, efektywny reżim antykorupcyjny, stabilną walutę, znakomity i otwarty na świat system kształcenia (dwu- lub nawet trójjęzyczny, z angielskim, mandaryńskim i kantońskim włącznie), pulsujący i kreatywny biznes, jak też firmy deweloperskie i rynek kapitałowy o najwyższym światowym poziomie. Specjalny Region Autonomiczny, jak jest oficjalnie zwany, nadal więc, po dwóch dekadach funkcjonowania w ramach organizmu o nazwie ChRL, zbiera wielce pozytywne oceny na światowych rynkach i wśród gospodarczych ekspertów (eksperci od ustrojów politycznych uważają inaczej).

Mandaryni w Pekinie doceniają wartość rynku Hongkongu i tamtejszych kapitałów, albowiem wiedzą doskonale, że to one właśnie znacząco przyczyniły się do ostatniego gospodarczego rozkwitu całych Chin lądowych. Natomiast na większą autonomię nie pozwalają, a nawet wręcz przykręcają śrubę, w obawie przed nadmierną liberalizacją pozagospodarczą. Pewnie przyciskaliby jeszcze bardziej, gdyby nie jeden fakt: Chiny są nadal podzielone, po drugiej stronie Cieśniny funkcjonuje, też całkiem dobrze, twór o nazwie Republika Chińska na Tajwanie, bez pokojowego połączenia z którym nie będzie spełniony żaden chiński sen i marzenie. Sondaże opinii publicznej potwierdzają, że z ponad 23 mln mieszkańców wyspy zdecydowana większość uważnie śledzi, co władze w Pekinie robią w Hongkongu. To dla nich papierek lakmusowy, czego, ewentualnie, mogą się spodziewać u siebie.

W regionie toczy się wielka gra. Władze w Pekinie głośno obiecują obywatelom „wielki renesans” – pierwsze miejsce Chińczyków na globie pod względem gospodarczym, finansowym, a może i technologicznym. Wszyscy jednak doskonale wiedzą, że żadnego renesansu nie będzie, jeśli Hongkong będzie niezadowolony, a Tajwan od Chin nadal odłączony.

Autor:  Bogdan Góralczyk, Profesor Uniwersytetu Warszawskiego, politolog, dyplomata, znawca Azji.