Niemiecki politolog z amerykańskiego Uniwersytetu Princeton próbuje w niedługiej (raptem 150 stron) książeczce stworzyć nową definicję populizmu. Taką na miarę drugiej dekady XXI w., która by potrafiła objaśnić fenomen Trumpa, Erdogana, Orbana i Kaczyńskiego. Od samego początku nie ulega wątpliwości, że książka jest pisana pod bardzo konkretnego czytelnika. Jest nim przerażony przedstawiciel zachodniego liberalnego establishmentu. Prawdopodobnie ktoś z potężnego wciąż pokolenia roku 1968 (kiedyś zbuntowanego, dziś arcykonserwatywnego), który ciągle nie może zrozumieć, dlaczego ten jego wspaniały świat tak nagle wyskoczył z przewidywalnych ram.

Niemiec jest jednak głębszy niż typowi uspokajacze establishmentu, którzy twierdzą, że populizmem jest każda krytyka międzynarodowego kapitału albo Unii Europejskiej. Müller widzi jednak dla antyelitarystów jakieś miejsce w demokracji liberalnej. Zauważa, że niektórzy populiści faktycznie zwracają uwagę na realne problemy wykluczenia czy wadliwej redystrybucji bogactwa narodowego. A bez nich może by nawet tych problemów nie zauważono.

Tym, co przeszkadza Müllerowi, jest dążenie populistów do wyłączności. To w zasadzie sedno jego definicji problemu. Jego zdaniem populiści stają się groźni wówczas, gdy zaczynają głosić przekonanie, jakoby tylko oni posiedli monopol na prawdę i na autentyczną reprezentację narodu. To według Niemca musi poprowadzić ich do ześlizgnięcia się z demokratycznej ścieżki. Skoro bowiem tylko my mamy rację, to nie może jej mieć ktokolwiek inny. A jeśli tak, to znaczy, że władza nam się należy i nie musimy się nią z nikim dzielić. Takie dzielenie byłoby wręcz rodzajem zdrady naszych wyborców i w ogóle całego narodu.

Przyznam, że ta definicja nawet mnie przekonuje. To, co budzi jednak moją nieufność, to zastosowanie jej wyłącznie wobec podejrzanych dziś o populizm ruchów prawicowych. A co z samymi liberałami? Dlaczego Müller swojej analitycznej lupy nie skieruje również na nich? No dobrze, można powiedzieć, że markuje takie posunięcie. W trzeciej części książki („Jak radzić sobie z populistami?”) poświęca temu zagadnieniu kilka stron. Nie mówi jednak o populizmie neoliberalnych elit. Co najwyżej zarzuca im technokratyzm. Sporo czasu poświęcając od razu wyjaśnieniu, dlaczego taki technokratyzm był w powojennej Europie konieczny. Uzasadniał go oczywiście strach przed faszyzmem. Więc w sumie trzeba go jakoś zrozumieć.

Czytając tę książkę, próbowałem przyłożyć definicję Müllera do obecnych polskich warunków. I jasne, że pasowała. Od wyborów 2015 r. PiS na każdym kroku podkreśla, że jest jedynym wyrazicielem woli narodu. A każdy, kto staje mu na drodze, jest przedstawicielem skompromitowanych elit. Ponieważ jednak jestem podłym symetrystą, nie mogłem sobie odmówić cofnięcia się w przeszłość. I niestety tam też pasowało. Bo czymże była cała retoryka epoki Tuska (jesteśmy waszym jedynym ratunkiem przed straszliwym PiS), jeśli nie roszczeniem do wyłączności. Trochę inaczej ubranym, ale też populizmem spełniającym kryteria Jana-Wernera Müllera.

I tu się zrodziła natrętna myśl. Może całe elity postsolidarnościowe (dziś duopol PO-PiS) takie są? Może fakt, że zrodziły się z ruchu (było nie było) populistycznego, zaszczepił im ten gen wyłączności. Może inaczej po prostu nie potrafią. Smutna to konkluzja. I pewnie niezgodna z intencjami samego autora. Ale czasem bywa i tak.

>>> Czytaj też: Syndrom Wołodyjowskiego. Od zwycięstwa PiS prezes zrobił, co tylko mógł, by poniżyć głowę państwa