Droga ku katastrofie zaczęła się w momencie, kiedy w demokratyczne ramy III RP wkomponowały się organizacje polityczne zarządzane wedle klasycznych reguł autorytarnych. Na czele nie z liderem, który zdobywał poparcie z racji osobistych zalet, talentów i wizji przyszłości, lecz wodzem biegłym w wycinaniu wewnątrzpartyjnej opozycji. Następnie takie stronnictwa wzięły rządy, zaś wszyscy zamiast kłopotów spodziewali się, że demokracja obroni się sama, a nawet zacznie lepiej funkcjonować. Choć równie dobrze można dać etat w przedszkolu notorycznemu pedofilowi, a po wydarzeniu się tego, co nieuchronne, stwierdzić: „Ups, to się porobiło”. Ewentualnie dla spokoju sumienia wystosować do ofiar i ich rodzin gorące przeprosiny.

Andrzej Krajewski

Andrzej Krajewski

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Sezon na partie wodzowskie, takie jak Platforma Obywatelska za czasów Donalda Tuska oraz Prawo i Sprawiedliwość po śmierci Lecha Kaczyńskiego, miał swoje apogeum całkiem niedawno. Doszło wówczas do tego, że jedynym liczącym się ugrupowaniem, w którym zachowywano demokratyczne reguły gry, było Polskie Stronnictwo Ludowe. Co ciekawe, ilekroć kongres PSL w uczciwie przeprowadzonym głosowaniu wymieniał lidera, to media wpadały w stupor. I to taki, jakby Jarosław Kaczyński powiedział coś dobrego na temat Donalda Tuska. Oto członkowie partii wymienili lidera. I ta naturalna w cywilizowanym świecie procedura wśród czołowych specjalistów komentujących zmiany na polskiej scenie politycznej budziła zadziwienie połączone z zachwytem. Że po prostu tak można. Niemal jakby kosmici wylądowali w sercu Warszawy lub Grzegorz Schetyna porwał tłum przemówieniem. Gdyby zaś Waldemar Pawlak przed kongresem wyciął wszystkich zwolenników Janusza Piechocińskiego, a potem wymusił na reszcie ludowców wykluczenie konkurenta z partii, wówczas byłoby normalnie. Łatwo sobie wyobrazić nieco zniesmaczone komentarze na szpaltach opiniotwórczych gazet: „Znów prezesem został ten, kto miał zostać”. Zniesmaczone, dla podkreślenia wyższości moralnej oraz prodemokratyczności autorów, lecz w pełni przyzwalające na przekręt. Tak jakby partia mająca szansę rządzić państwem była prywatną firmą windykacyjną z Górnej Wólki, a nie jednym z fundamentów demokracji.

>>> Czytaj też: Gdy zabraknie na chleb, potrzeba igrzysk [OPINIA]

Tymczasem, przy całym obrzydzeniu, wyrażanym słowem i mową ciała przez Polaków wobec partii politycznych, nikt nie potrafi zmienić jednego – to one są kluczowymi organizacjami dla demokratycznego państwa. To one mają być owym pasem transmisyjnym przenoszącym wolę wyborców na aparat państwa (administrację, policję etc.), na priorytety w polityce wewnętrznej oraz zagranicznej. Głosując na konkretną partię, obywatel wybiera nie tylko osoby, ale też to, co ma być w jego imieniu zrobione. Wspomniany mechanizm w przypadku partii wodzowskich nie działa. Bo autorytaryzm zabija demokrację już u samych podstaw. W teorii posłowie powinni w swoim postępowaniu starać się zadowolić wyborców, ponieważ to gwarantuje im ponowny wybór. W partii wodzowskiej o wyborze decyduje jej lider. To on może usunąć z list kandydatów do parlamentu, każdego członka partii, który zgrzeszył zbyt niezależnym myśleniem bądź działaniem. Już ten drobiazg sprawia, że polityk, jeśli marzy mu się kariera, musi zadowolić nie wyborców, lecz wodza.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP