Ameryka przeżyła zaćmienie słońca, ale ci, którzy liczyli, że zjawisko przyniesie im szybkie zyski, przeliczyli się kompletnie. Operatorzy sieci energetycznych i traderzy wiedzą, że przerwy w dostawie surowców energetycznych, paliw kopalnych, energii jądrowej i ze źródeł odnawialnych natychmiast podnoszą (i to o kilkaset nawet procent) ceny elektryczności. Zaćmienie słońca miało gwarantować przerwę w dostawie energii z paneli słonecznych oraz skok w zużyciu z powodu ciemności. Kalkulujący nie wzięli pod uwagę jednego tylko czynnika — tak zwanych „nieregularnych zachowań ludzkich”. Polegały na tym, iż ludzie, zamiast siedzieć w biurach i domach przy zapalonym świetle w czasie zaćmienia, w przeważającej większości wylegli na dwór, aby podziwiać zjawisko. Do tego były im natomiast potrzebne okulary zaćmieniowe, a nie elektryczność, wobec czego skok zużycia energii, na który liczyły sieci i traderzy, nie nastąpił. Większość operatorów sieci odnotowała około 2-godzinny spadek zużycia elektryczności.

Zaćmienie grozi także rządowi USA — w sierpniu, jak niemal co roku, wydatki przekroczyły ustalony rok wcześniej limit. Zadaniem Kongresu jest podniesienie limitu, aby rząd mógł funkcjonować, w przeciwnym razie brak funduszy spowoduje zawieszenie jego pracy. Problem tym razem jest taki, że Kongres wciąż nie przyznał rządowi Trumpa pieniędzy na budowę muru na granicy z Meksykiem. Prezydent straszy, że jeśli nie będzie funduszy, zawetuje podniesienie limitu, de facto zamykając rząd.

Amerykański biznes tymczasem zaczyna patrzeć „poza” Trumpa. Prezydent rozwiązał ostatnio obie rady biznesu, kiedy szefowie firm zaczęli rezygnować w proteście przeciwko komentarzom Trumpa broniącym neonazistów i białych suprematystów w wypadach w Charlottesville w Virginii. Jak napisał komentator New York Timesa, wobec braku moralnego kompasu wśród polityków Waszyngtonu przewodnictwo przejął biznes. Szef JP Morgan Chase przypomniał, że rolą przywódców – czy to w biznesie, czy w polityce – jest unifikowanie, a nie dzielenie społeczeństw. Ponadto firmy umiejętnie wykorzystują bigoteryjne i ksenofobiczne propozycje Trumpa w swoim PR. Procter & Gamble i Johnnie Walker emitują reklamy swoich produktów podkreślające równość wszystkich różnojęzycznych mieszkańców USA, a North Face, firma produkująca odzież i sprzęt sportowy, uczyniła ze ściany (ang. wall) sedno reklamy swojego przesłania, etosu i produktów — ściana nie jest po to aby dzielić, ale po to aby wspólnie się na nią wspinać!

Nie wyciągnęliśmy wniosków z ostatniego kryzysu finansowego – uważa Mohamed El-Erian. Pierwszy wniosek powinien być taki, że nie był to kryzys wynikający z cykliczności rozwoju gospodarek, ale wyjątkowy. Choć rozmiar zapaści zaskoczył polityków w zaawansowanych gospodarkach, traktowali ją jako zjawisko cykliczne i dużo czasu upłynęło, zanim zaczęli wprowadzać konieczne strukturalne rozwiązania. Jednocześnie lekceważyli doświadczenia rynków wschodzących, które mogłyby czegoś nauczyć kraje zaawansowane. Mianowicie tego, że model, w którym wzrost gospodarczy polega nadmiernie na finansowości, ma swoje granice. I to jest druga zlekceważona lekcja. Dziesięć lat po kryzysie rozwinięte gospodarki nie odcięły się od modelu, który opiera się na płynności i dźwigni finansowej, których dostarczają i prywatny sektor bankowości, i banki centralne. Nie rozwiązali problemów, takich jak niedostateczne inwestycje w infrastrukturę i w edukację oraz nieskuteczność systemów podatkowych, pośrednictwa finansowego i handlu.

Innym przykładem niewyciągniętych lekcji z kryzysu są regulacje wprowadzone dla bankowości w Europie. Są one bowiem nieadekwatne – pisze Antonio Foglia z Global Partners’ Council of the Institute for New Economic Thinking. Przypomina, że zgodnie z badaniem z 2012 roku ekonomisty z Banku Anglii kryzys finansowy spowodował problemy w połowie ze 101 banków o większej niż 100 mld dolarów kapitalizacji w 2006 roku. Większość tych z kłopotami nie naruszyła żadnej regulacji, a 11 z nich spełniało już wówczas wymagania stawiane przez regulacje Bazylei III. Przykładem nieadekwatności tych zasad jest hiszpański Banco Popular, który przeszedł z powodzeniem testy Europejskiego Banku Centralnego i Europejskiego Nadzoru Bankowego. Wymagania są ewidentnie niewystarczające rygorystyczne, a tymczasem banki lobbują za ich rozluźnieniem.

Bankowość Europy Wschodniej podąża za modelem amerykańskim? Tak wynikałoby z nowej mapy strategicznego wzrostu w sektorze bankowości, ktorą opisują analitycy McKinsey. Przyjrzeli się wskaźnikowi dochodów w bankowości jako procent PKB danego kraju minus koszty ryzyka, jakie ponosi bank. Okazuje się, że stary model – bardziej właściwy krajom rozwiniętym niż rozwijającym się – odchodzi. Wskaźnik w Chinach jest podobny do amerykańskiego, w Brazylii jest wyższy niż w Wielkiej Brytanii, a niektóre kraje Europy Wschodniej są bardziej „bankowe” niż te w zachodniej części kontynentu (ale nie Polska), w których z kolei wskaźnik jest znacznie niższy niż w USA. Przychody całego sektora światowej bankowości wyniosły w 2016 roku 4,2 bln dolarów. 

McKinsey pisze także o nowej, znacznie lepszej dynamice finansowej globalizacji. W ubiegłym tygodniu cytowaliśmy analizy niektórych aspektów finansowej globalizacji — kwestii, czy finansowa globalizacja podnosi zmienność na rynkach i czy w świecie wysokiej mobilności kapitału przepływającego wolno przez granice system wymiany walut ma jeszcze znaczenie. Globalny przepływ kapitału zmniejszył się w ciągu minionych dziesięciu lat o 65 proce. — z 12,4 bln dol. do 4,3 bln dol. Ale to, co się wyłania, to zdaniem McKinsey nowa, bardziej wrażliwa na ryzyko, racjonalna i bardziej elastyczna wersja globalnej integracji finansowej. W czteroczęściowym raporcie analitycy wskazują, że najbardziej dramatyczną zmianę przeszedł sektor ponadgranicznego kredytowania. Odwrót z zagranicznych rynków prowadzą banki europejskie (kredyty obce w bankach strefy euro zmniejszyły się od 2007 roku o 45 proc.). Miejsce Europy zaczynają wypełniać chińskie banki. Rośnie natomiast integracja finansowa — prym wiodą kraje rozwijające się, których udział wzrósł z 8 proc. do 14 proc. System jest bardziej stabilny, ale wciąż ma ryzyka znane oraz mniej debatowane, jak na przykład brak przejrzystości i niezbyt głęboka i rzetelna płynność wewnętrznych rynków krajów rozwijających się.

Na blogu Międzynarodowego Funduszu Walutowego dwa wykresy. Pierwszy pokazuje, że pokolenie millenialsów w USA, Wielkiej Brytanii i Europie ma spadający wskaźnik posiadania i kupowania na własność domów i mieszkań. Na razie nie wiadomo, czy odkładają takie zakupy na późniejsze lata, czy jest to trend właściwy temu pokoleniu. Drugi wykres dotyczy wyspy lawy — jak wiadomo Islandia wydobyła się z bankructwa po 2008 roku dzięki rozwojowi turystyki — liczba odwiedzających ten kraj wzrosła o 40 proc. do 1,8 mln przyjezdnych w ubiegłym roku (przy 335 tys. mieszkańców). W tym roku ma sięgnąć 2,2 mln osób, czego mieszkańcy zaczynają się obawiać.

Na koniec coś dla monitorujących rozwój stosowania technologii blockchain — cztery wielkie firmy połączyły swoje badania nad tym, jak wykorzystać technologię w systemach dostawczych. To amerykańskie Nestle, Unilever, Tyson Foods i IBM. Sześć innych firmy zapowiedziało, że udostępni swoje dane dla tych badań. Jak wskazują eksperci, to nie jest budowanie nowej technologii, ale całego biznesowego ekosystemu.

I jeszcze ciekawostka — Niemcy sprowadziły ostatnio połowę zasobów złota, które od końca II Wojny Światowej przechowywały w USA i Francji. Proces repatriacji 743 ton kruszcu o wartości ok. 31 mld dol. rozpoczął się w 2013 roku i miał trwać do 2020 roku. Bundesbank wystąpił o sprowadzenie do kraju tej transzy „dla wzmocnienia publicznego zaufania”. Ale jak zauważa się słusznie w komentarzu, jest to także znak, że zniknęły obawy, że złoto wpadnie w ręce Rosjan (co było realne po wojnie). Pozostała połowa zasobów wciąż jest przechowywana w Nowym Jorku i Paryżu.

Autor: Anna Wielopolska