Lekcje religii w szkołach rzeczywiście nie zmieniają i nie zmienią polskiej polityki na lepszą. Jak pasły się na polityce wściekłość i histeria, tak będą się paść. Podobnie jednak obowiązkowe (w przeciwieństwie do religii kończące się nawet maturą) godziny matematyki nie ukształtowały społeczeństwa racjonalnego, analizującego, sprawdzającego i niewierzącego we wróżki.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Ejże, czyżby? – zapyta w tym miejscu niejedna czytelniczka i niejeden czytelnik. Czy nie znam licznych osób, które jednak zanim wezmą kredyt, pomyślą, a zanim podejmą decyzję o rozwodzie, to nie kalkulują? Owszem, znam i myślę, że możemy założyć, że na postawę części z nich miała pozytywny wpływ wieloletnia przygoda z matematyką. W wymiarze jednostek bowiem edukacja przynosi efekt. Zbiorowość jednak nie jest po prostu sumą postępków milionów, „duch narodu” jest mitem i to w niewielkim stopniu kształtowanym przez szkolny przedmiot. Mógłbym też łatwo odnaleźć przykłady osób, na których postępki wpłynęła akurat lekcja religii.

Co do etyki natomiast – pełna zgoda. Weszła ona do szkół bocznymi drzwiami, jako proteza kształcenia religijnego, i wciąż nie może uzyskać w szkole należnej rangi przedmiotu podstawowego, najlepiej zwieńczonego obowiązkową maturą. Szkoły jednak upierają się przy tym, że prawdziwa nauka to nie żadna tam „postawa”, nie żadna tam „refleksja”, ale konkret. Sinusy, rymy abab, tony węgla lub prądy morskie wygrywają nad pytaniem, czy kierownik zakładu powinien przede wszystkim dawać pracę członkom swojej rodziny czy jednak członkom swojej partii (żart!) albo czy kłamstwo w dobrej sprawie jest naganne. W rezultacie nawet tak pojętny absolwent polskiej szkoły jak Donald Tusk milknie, kiedy usłyszy najprostsze z możliwych pytań: „Jak żyć?”.ⒸⓅ

>>> Czytaj też: Resort nauki chce monitorować zawodowe losy studentów, absolwentów, doktorantów i doktorów