Politycy uwielbiają astronomiczne kwoty oderwane od kontekstu, bo mogą nimi szokować elektorat. Ale nie zawsze sięgają po nie ze złych intencji, co więcej – te gigantyczne sumy nie zawsze są fałszywe.

Każdy dobrze zna taką sytuację. Wywiad telewizyjny albo debata wyborcza na żywo. Polityk X rzuca astronomiczną kwotę politykowi Y i mówi: tyle ukradliście. Albo: tyle przejedliście. Albo: tyle byśmy mieli więcej, gdyby nie wasza nieudolność. Kto będzie w stanie od ręki zweryfikować taki komunikat? Nawet specjaliści potrzebują na to czasu, zwłaszcza jeśli wypowiedź była najeżona liczbami. Zaś średnio wyrobiony odbiorca przyjmuje te słowa na wiarę.

Przykład pierwszy z brzegu: powtarzana z uporem maniaka teza o drenowaniu polskiej gospodarki przez zagranicznych inwestorów. Słynne „90 mld rocznie”, którym szafuje wicepremier Mateusz Morawiecki. – Wyobraźcie sobie tę liczbę. Dziewięćdziesiąt kilka miliardów złotych co roku legalnie, bez podatku transferujemy do innych krajów – mówił w lipcu na kongresie PiS w Przysusze.

No właśnie – wyobraźcie sobie. Kwota trudna do ogarnięcia przy średniej krajowej pensji 4,5 tys. zł brutto, rzucona bez szerszego kontekstu rzeczywiście może odnieść pożądany skutek. Odbiorca może nabrać przekonania, że Polska jest bezwstydnie eksploatowaną kolonią (albo kondominium). I tylko dzierżący dziś stery, którzy dobrze to widzą, poprowadzą sprawy w dobrym kierunku. Ku większej niezależności i samodzielności.

Nie każdy odbiorca słów wicepremiera przecież wie, że podawane przez niego liczby można sprawdzić (i to nawet dość szybko). Że jest coś takiego, jak bilans płatniczy, który jasno pokazuje, że „dziewięćdziesiąt kilka miliardów” to informacja co najmniej nieścisła (zagranica wypłaca ok. 70 mld zł rocznie). Co więcej – jak to zazwyczaj w przypadku liczb bywa – nie sama wartość jest najważniejsza, lecz także jej kontekst. Niewielu przecież wie, że zyski, jakie uzyskują zagraniczne firmy od inwestycji w Polsce, nie są rozbuchane, jeśli policzyć je jako stopę zwrotu od wartości zainwestowanego kapitału. Jest go tu po prostu dużo, co z kolei jest efektem tego, że po upadku komunizmu trzeba było jakoś finansować gospodarczy rozwój. A pieniędzy w kraju nie było.

Kolejny przykład to tzw. luka podatkowa, która również staje się orężem walki politycznej. W tym przypadku mamy szarżę liczb, w których przeciętny czytelnik czy widz nie są w stanie się połapać. Za to mocno przemawiają one do wyobraźni. Aż 262 mld zł – tyle, według ostatnich komunikatów Ministerstwa Finansów, wynoszą straty wynikające z zaniedbań rządzących w latach 2008–2015 z tytułu nieściągniętych (a należnych) dochodów z VAT. Ta liczba ma być jak akt oskarżenia poprzednich rządów, które przyzwoliły na złodziejstwo o niesłychanej skali. I stanowić podkładkę dla politycznych rozgrywek.

I to nic, że szacunki oparte są na raportach firmy doradczej PwC, dla której luka w VAT to nie tylko wyłudzenia, ale też np. efekt stosowania optymalizacji podatkowej. Optymalizacja może się nie podobać – i słusznie – ale jest zgodna z prawem, w związku z czym trudno tu mówić o tym, że coś zostało ukradzione. Efekt wyłudzeń zresztą policzyło samo MF i opublikowało nawet w ostatnim Wieloletnim Planie Finansowym – ale rzadko tych szacunków używa (według nich budżet tracił na wyłudzeniach VAT ok. 15 mld zł rocznie, czyli we wspomnianym okresie byłoby to ok. 120 mld zł).

Poza tym choć można zarzucać poprzednikom zbyt późną reakcję na zjawisko systematycznego spadku dochodów z VAT, to trzeba też pamiętać, z czego wzięło się „rozszczelnianie” systemu i jaka była praprzyczyna. A była ona taka, że dekadę temu uznano m.in. zniesienie sankcji w VAT za dobry sposób na wspieranie przedsiębiorczości, czemu przyklaskiwały niemal wszystkie strony sceny politycznej. A potem strach przed dokręcaniem podatkowej śruby, by uniknąć zarzutów o uderzenie w podatników.

Dług publiczny już nie straszy

Wielkie kwoty, oderwane od swojego kontekstu, są z powodzeniem stosowane w walce politycznej także za granicą. W trakcie kampanii przed referendum unijnym w Wielkiej Brytanii obóz „Leave” (domagający się wyjścia z UE) jeździł po kraju autobusem, na którym umieszczono informację, jakoby obecność w Unii pozbawiała brytyjską służbę zdrowia 350 mln funtów tygodniowo (kampania przypadła na czas debaty na temat niedostatecznego finansowania systemu opieki zdrowotnej w UK). W dniu ogłoszenia wyników referendum Nigel Farage z eurosceptycznej partii UKIP, zapytany, czy teraz pieniądze ze składki unijnej trafią do służby zdrowia, powiedział, że liczba ta jest błędna – i że on sam takiego hasła nie umieściłby na autobusie.

Politycy uwielbiają astronomiczne kwoty, bo mogą nimi szokować elektorat. Ale nie zawsze sięgają po nie ze złych intencji, co więcej – nie zawsze są one fałszywe. Przykładem jest chociażby dziura Bauca, czyli prognoza deficytu budżetowego ujawniona przez ministra finansów Jarosława Bauca pod koniec rządów Akcji Wyborczej Solidarność. Dziura mogła mieć głębokość nawet 100 mld zł – wartość, która robi wrażenie nawet dzisiaj, ale to był 2001 r., więc szok był jeszcze większy – i byłaby efektem m.in. realizacji obietnic wyborczych rządzącej podówczas Akcji Wyborczej Solidarność.

Niższe od zakładanych wpływy budżetowe i trwający festiwal obietnic sprowokowały szefa resortu przy Świętokrzyskiej do bicia w werbel, aby uniknąć katastrofy finansów publicznych. W efekcie ówczesny Sejm przyjął nowelizację ustawy budżetowej, a oprócz tego politycy zrezygnowali z wprowadzenia kilku prezentów dla elektoratu. Jarosław Bauc, niestety, zapłacił za dziurę głową – został zdymisjonowany na niecałe dwa miesiące przed wyborami parlamentarnymi.

Nie zawsze jednak astronomiczne kwoty podawane w kontekście zadłużenia sektora finansów publicznych robią na elektoracie takie wrażenie jak w przypadku dziury Bauca. W wielu rozwiniętych krajach dług publiczny przyjął tak gigantyczną wartość, że właściwie przestano się nim przejmować. Tak jest we Włoszech, gdzie zadłużenie w relacji do PKB na koniec ubiegłego roku przyjęło wartość 132,6 proc., Grecji – 179 proc., czy Japonii – 250 proc. W takich warunkach straszenie obciążeniami dla przyszłych pokoleń po prostu przestaje działać.

Magia liczb polega jednak na tym, że nie trzeba się na nich koniecznie znać, żeby je skutecznie wykorzystywać w debacie publicznej. Wartością 100 mld zł uwielbiał szafować na przykład Andrzej Lepper. Kwotę tę podawał jako sumę pieniędzy ukradzionych za czasów rządu Jerzego Buzka, a także w trakcie działalności poprzednich gabinetów. Polityk domagał się publicznego dochodzenia, mającego wykazać, kto sprzeniewierzył takie środki (czy czegoś nam to nie przypomina?).

Gra w zielone – z rynkiem

Przykładów wykorzystywania gospodarki w bieżącej polityce jest zresztą znacznie więcej. Z krajowych to np. mit zielonej wyspy z czasów pierwszej kadencji PO-PSL. Polska utrzymała co prawda wówczas wzrost gospodarczy, ale za bardzo wysoką cenę: pęczniejącego deficytu finansów publicznych i skokowego wzrostu długu publicznego.

Gdy wybuchł kryzys i wiele europejskich krajów wpadło w recesję, polska gospodarka wciąż toczyła się siłą rozpędu po bardzo dobrych latach 2006–2008 i utrzymała dodatnią dynamikę wzrostu podczas pierwszych kryzysowych kwartałów. Pomogło nam wówczas mocne osłabienie złotego, które zadziałało jak zderzak: eksport się nie załamał, bo towar z Polski stał się konkurencyjny cenowo. Dodatkowo świetnie trzymała się konsumpcja prywatna. O to właśnie chodziło w narracji zielonej wyspy. Rząd chciał pokazać, że wszystko ma pod kontrolą, dzięki czemu nawet globalny kryzys go nie zatopi. Po cichu jednak szykował się do włączenia dopalacza wydatków budżetowych: wkładu własnego do unijnych środków, co miało uruchomić inwestycje i dodatkowo wesprzeć gospodarkę.

I tu dochodzimy do kolejnego rodzaju „gospodarczej propagandy”: to gra z rynkiem. Odbiorcą komunikatu nie jest już zwykły obywatel, ale inwestor, który – przynajmniej w teorii – powinien bardziej znać się na rzeczy. Komunikat kierowany do niego musi mieć zupełnie inną strukturę. Inwestor musi uwierzyć w przedstawiony mu obraz, by na jego podstawie podjąć odpowiednie decyzje – takie, na których z kolei zależy nadawcom komunikatu.

A rządowi PO-PSL zależało na tym, by świat uwierzył w zieloną wyspę. Jacek Rostowski miał bowiem do zrolowania wiele starego długu, a dodatkowo chciał zaciągnąć nowe zobowiązania, które sfinansowałyby inwestycyjne plany. Tymczasem otoczenie było wyjątkowo niesprzyjające. Instytucje finansowe przestały sobie nawzajem ufać. Banki przestały sobie wzajemnie pożyczać – po upadku Lehman Brothers rynek międzybankowy właściwie zamarł. Sprzedawanie obligacji w takich warunkach było dużym ryzykiem.

Co więc zrobił polski rząd? W czasie gdy większość europejskich krajów otwarcie zastosowała impuls fiskalny – czyli duży wzrost wydatków i deficytów – gabinet w Warszawie zaserwował w lutym 2009 r. opowieść o planie oszczędnościowym na 20 mld zł. Podobny manewr powtórzył niemal rok później, gdy ustami premiera Donalda Tuska obwieścił światu nadchodzący okres cięć i wyrzeczeń. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Już w 2009 r. deficyt finansów publicznych wzrósł do 7,4 proc. PKB z 3,7 proc. PKB rok wcześniej. W 2010 r. zbliżył się natomiast do 8 proc. i był najwyższy od czasów wejścia Polski do UE.

Ale inwestorzy kupili zapewnienia o trzymaniu kasy w ryzach. Obligacje sprzedawały się jak świeże bułeczki. Bywały przetargi, gdzie wartość zgłaszanego popytu przekraczała 20 mld zł (dla porównania na jednym z ostatnich przetargów było to 6 mld). W pierwszej fazie kryzysu pomagały jeszcze solenne zapewnienia, że Polska lada rok wejdzie do strefy euro, którą wówczas traktowano jak bezpieczną oazę. A wejście do Eurolandu wiąże się z koniecznością wypełnienia kryteriów konwergencji, w tym utrzymania deficytu i długu publicznego na odpowiednio niskich poziomach. Deklaracje rządu „chcemy euro” traktowane były jak synonim „utrzymamy dyscyplinę w finansach”.

>>> Czytaj także: Ostry zjazd nastrojów w gospodarce. Goldman Sachs: Niemcy mają problem z wiodącą branżą

Spokojnie, panowie, spokojnie

Zresztą w dobie kryzysu do podjęcia gry z rynkiem zostali zmuszeni rządzący na całym świecie. Podstawowa zasada brzmiała: robić dobrą minę i sprawiać wrażenie, że wszystko ma się pod kontrolą. Jeden fałszywy ruch mógł wyprowadzić rynki z równowagi. Taka była lekcja, jakiej ekonomistom udzielił kryzys azjatycki z końca lat 90., który znacząco pogłębił gwałtownie uciekający z rynków na kontynencie kapitał, w tempie nieproporcjonalnym do realnych bolączek gospodarczych. Tego trzeba było za wszelką cenę uniknąć.

Mistrzami kryzysowej retoryki okazali się Amerykanie. Ówczesny sekretarz skarbu USA Henry Paulson nie chciał walczyć z kryzysem za pomocą pistoletu na wodę, ale bazooki. Paulson zresztą miał nadzieję, że nie będzie musiał z niej korzystać, a rynkowi wystarczy sam fakt, że ją posiada. Ostatecznie musiał jednak jej użyć. Kojąco na rynek działało również to, że ówczesny szef banku centralnego Ben Bernanke dorobił się przydomka „helicopter Ben” za publiczną pochwałę słów Miltona Friedmana o tym, że rządy mogą walczyć z deflacją, zrzucając pieniądze z helikopterów.

Jeszcze bardziej na słowa trzeba było uważać po naszej stronie Atlantyku, gdzie kolejne kraje strefy euro stawały wobec perspektywy bankructwa. Przerażeni liderzy eurozony obawiali się wtedy, że kryzys rozprzestrzeni się po całej unii walutowej jak wirus – że inwestorzy zaczną uciekać nie tylko z krajów wymagających akcji ratunkowej, ale też z takich gospodarek jak Niemcy i Francja. To m.in. dlatego Angela Merkel podjęła decyzję o tym, żeby nie wypuszczać Grecji ze strefy euro – powstałoby wtedy bowiem wrażenie, że europejskie rządy wiedzą o ryzykach, których świadomości nie mają rynki.

To również dlatego liderzy krajów strefy euro zdecydowali się w środku recesji dołożyć sobie kolejny wydatek i zaordynowali zrzutkę na Europejski Mechanizm Stabilizacyjny, który miał stanowić europejską, antykryzysową bazookę. I to dlatego unijne szczyty poświęcone kolejnym greckim bailoutom, nawet jeśli nie owocowały porozumieniem, zawsze kończyły się komunikatem: rozmowy są trudne, ale jest postęp. Wszystko po to, byle tylko uspokoić skołatane serca inwestorów.

Swój własny patent na grę z rynkami miał także były szef banku centralnego USA Alan Greenspan, który do mistrzostwa doprowadził sztukę – jak ją sam nazywał – „niespójnego mamrotania”. Chodziło o to, żeby mówić w sposób, który wydawał się niezwykle mądry i pełen treści, mimo że w rzeczywistości kompletnie taki nie był (chociaż nie chodziło o to, żeby kłamać – tylko żeby mówić jak najmniej przy jak największej liczbie słów). Greenspan sięgał po tę metodę zwłaszcza w trakcie wystąpień przed Kongresem, nie chcąc zaburzać sytuacji na rynku, bo „za każdym razem, kiedy coś powiedział, dodawał lub odejmował 10 punktów bazowych z rynków”. – To mechanizm samoobrony, kiedy funkcjonuje się w środowisku, w którym ludzie zadają mnóstwo pytań i trzeba uważać na najmniejszy niuans w swoich odpowiedziach – mówił później w wywiadzie.

Państwo architektem wyboru

Gigantyczny wzrost długu na początku tej dekady zmusił rząd PO-PSL do działania. Trzeba się było tego długu jakoś pozbyć, a najlepiej go ukryć. Jak? Jawną część zamienić w niejawną, np. taką, jaką państwo ma wobec przyszłych emerytów. Wiadomo, że każdy pracujący coś tam odkłada do ZUS i to, co odkłada, jest – teoretycznie – zobowiązaniem państwa wobec niego. A więc w pewnym sensie długiem. Tylko nigdzie nieujawnianym.

Wymyślono więc tzw. reformę OFE, czyli przeniesienie części aktywów z funduszy do ZUS i zaksięgowanie ich na rachunkach ubezpieczonych w ZUS. Ta część była obligacjami Skarbu Państwa, które zaraz po przeniesieniu umorzono. Dzięki czemu obniżono dług publiczny.

Ale reforma OFE na tym się nie skończyła. Chodziło też o to, by zwiększyć przychody ze składek na ZUS. A można to było osiągnąć, namawiając ubezpieczonych, by zrezygnowali z odkładania pieniędzy w OFE i całość swoich składek wpłacali do ZUS.

W tym przypadku zastosowano jedną z najbardziej wysublimowanych form oddziaływania na ludzi: dano im pozory wyboru. Decyzja „OFE czy ZUS” była całkowicie dobrowolna. Z tym że żeby zostać w OFE, trzeba było pofatygować się do urzędu i wypełnić odpowiednie formularze. Przejście do ZUS było zaś domyślne. Państwo stało się więc tzw. architektem wyboru i użyło impulsu, by wolny wybór obywateli przebiegł po myśli rządzących. Oba terminy rozpropagowali ekonomista z Uniwersytetu Chicago Richard Thaler i prawnik z Harvard Law School Cass R. Sunstein w swojej książce „Impuls. Jak podejmować właściwe decyzje dotyczące zdrowia, dobrobytu i szczęścia” z 2009 r. Czerpiąc z dorobku psychologii i ekonomii behawioralnej, wysnuli oni teorię, że na wybory innych łatwo wpływać, stosując kilka zasad. Najważniejsza z nich to taka, że ludzie przy wyborze czegoś na ogół niechętnie rezygnują z opcji domyślnej. Bo taka rezygnacja to dla nich w pewnym sensie jakiś koszt (wysiłek). Mutacja tej zasady działa w wielu dziedzinach, Thaler i Sunstein podają m.in. przykład liczby dawców organów w poszczególnych krajach zbliżonych do siebie kulturowo. Tam, gdzie domyślnie jest nim każdy odsetek, jest wysoki. Bo rezygnacja ze statusu to „koszt”. Podobnie działa to w przypadku list wyborczych Dlaczego zawsze tyle szumu jest na temat pierwszego miejsca na liście? Bo wybranie numeru jeden jest najprostsze.

Rząd PO-PSL przetestował działanie tej zasady w praktyce, rząd PiS chce zrobić podobnie. I też przy kolejnych planowanych zmianach w OFE. Chodzi o dobrowolne odkładanie na emeryturę w pracowniczych planach kapitałowych. Dobrowolne – ale domyślne. Żeby nie oszczędzać w PPK, trzeba będzie złożyć deklarację. Do tego wybór ma być ograniczony czasowo i co dwa lata trzeba będzie dokonywać nowego. A tym, którzy będą uczestniczyć w PPK, państwo dopłaci do składek.

Zresztą ekonomia behawioralna cieszy się takim powodzeniem, że David Cameron – kiedy tylko doszedł do władzy – powołał przy kancelarii premiera specjalne ciało, które miało zająć się implementacją zdobyczy tej relatywnie nowej dziedziny wiedzy w codziennych działaniach brytyjskiej administracji rządowej. Ekipa, która w międzyczasie urosła do 60 osób, chwaliła się, że udało im się za pomocą prostych trików dokonać rzeczy, które nie udały się wcześniej nikomu – takich jak zwiększenie liczby dawców chcących przekazać swoje organy o 100 tys. osób dzięki zmianie na stronie www hasła zachęcającego do rejestracji w systemie na: „Gdybyś potrzebował transplantacji, to czy zdecydowałbyś się na nią? Jeśli tak, pomóż innym”.

Ale ślepa wiara w skuteczność takich technik może zwieść na manowce. Z dorobku ekonomii behawioralnej próbuje też czerpać polski fiskus. Próbował przy jej zastosowaniu nakłonić podatników zalegających z podatkami do większej rzetelności. Ale okazało się, że zredagowanie pism w sposób zawierający groźbę jest lekko skuteczniejsze niż w inne, milsze sposoby. Co może oznaczać, że do ludzi nadal jednak bardziej przemawia magia wielkich liczb niż bardziej subtelne metody wywierania wpływu. ⒸⓅ

>>> Polecamy: Polska nie dzieli się już na zachodnią i wschodnią. Najbiedniejsza staje się Północ