Chodzi o przedstawioną przez Komisję Europejską pod koniec maja propozycję unijnych przepisów dotyczącą funkcjonowania rynku transportowego w Europie. Sprawa wywołuje od dłuższego czasu kontrowersje i podziały wśród państw członkowskich.

Jeszcze przed wyjściem z inicjatywą przez Brukselę Francja i Niemcy, a później także Austria, wprowadziły swoje krajowe przepisy nakładające na przewoźników w transporcie międzynarodowym obowiązek stosowania wobec kierowców płacy minimalnej. Ruch ten oprotestowali przewoźnicy z naszego regionu, bojąc się utraty przewagi konkurencyjnej wobec zachodnich firm.

Projekt KE, który przewiduje zobligowanie przedsiębiorstw transportowych do stosowania płacy minimalnej dla kierowców samochodów ciężarowych wykonujących przewozy międzynarodowe, został skrytykowany przez Polskę i szereg innych krajów naszego regionu. Propozycja ta przewiduje, że płaca minimalna miałaby być stosowana, jeśli kierowca spędzi więcej niż trzy dni w miesiącu w danym kraju (za granicą).

Jak poinformowały PAP źródła dyplomatyczne z estońskiej prezydencji, właśnie zakończyła się pierwsza tura rozmów w tej sprawie. "Jeśli chodzi o stanowiska państw członkowskich, to nic się nie zmieniło" - powiedział dyplomata, wskazując na pat w dyskusjach. Ze względu na znaczne różnice i poważne interesy atmosfera rozmów w tej sprawie jest - jak mówią dyplomaci - "napięta".

Estończycy, którzy będą przewodzić UE do końca tego roku, nie mają nawet w planach podejścia do kompromisu w tej sprawie. Z punktu widzenia naszych firm to nienajgorsza informacja, bo im dłużej nie będzie restrykcji, które utrudnią im funkcjonowanie na Zachodzie, tym lepiej (choć branża obawia się też sytuacji niepewności regulacyjnej).

Inaczej wygląda sprawa, jeśli chodzi o propozycje przepisów dotyczących firm zajmujących się przewozem mniejszymi samochodami, do 3,5 tony. Kompromis, jaki wypracowuje prezydencja, zmierza - według źródeł - do tego, by kraje unijne same decydowały o regułach dla tego rynku. Wyjątek miałby dotyczyć przedsiębiorstw, które funkcjonują również poza obrębem swojego państwa. Wówczas potrzebna byłaby unijna licencja.

Dotychczasowe dyskusje wskazują na to, że możliwa będzie akceptacja propozycji KE, by firmy takie miały zabezpieczenie finansowe (1,8 tys. euro na pierwszy samochodów, 900 euro na drugi i każdy kolejny). Omawiana jest też kwestia wprowadzenia obowiązku posiadania stałej siedziby (biura) dla firm. Tutaj nie jest jeszcze przesądzone, czy dotyczyć by to miało wszystkich przewoźników (raczej tak, jeśli ktoś ma np. 20 samochodów, ale już niekoniecznie, jeśli dysponuje tylko dwoma autami).

Kierowców niewielkich samochodów nie dotyczyłyby - tak jak obecnie - przepisy o czasie obowiązkowego odpoczynku czy obowiązek posiadania tachografu, jak to ma miejsce w przypadku samochodów ciężarowych.

Z kierunku, w jakim zmierzają te przepisy, niezadowolone jest Zrzeszenie Międzynarodowych Przewoźników Drogowych (ZMPD). "Te samochody (do 3,5 tony - PAP) powinny być objęte regulacjami, ale w kontekście bezpieczeństwa, a propozycje KE odnoszą się do reguł dotyczących zabezpieczeń finansowych" - powiedział we wtorek PAP przedstawiciel organizacji w Brukseli, Piotr Szymański.

Minister infrastruktury Andrzej Adamczyk tuż po opublikowaniu propozycji dotyczących dużych samochodów wyrażał obawę, że w świetle takich regulacji wzrosną koszty transportu w całej Europie, za co zapłacą docelowi odbiorcy towarów. Zapowiedział, że Polska będzie chciała zbudować mniejszość blokującą w Radzie UE, aby uniemożliwić przyjęcie tych przepisów.

Z Brukseli Krzysztof Strzępka (PAP)