Muszę powiedzieć, że to niecodziennie doświadczenie – wywiad z prezydentem państwa, które dopiero powstaje. Jak pan w ogóle wpadł na taki pomysł? Obudził się pan pewnego dnia i po prostu pomyślał: założę własne państwo?

Przez lata zajmowałem się w Czechach działalnością edukacyjną, próbując przekonać moich współobywateli, że system ekonomiczny, w którym żyjemy, należy zmienić. W tym celu założyłem portal edukacyjny, a potem partię libertariańską. Próbowałem uświadomić rodaków, że należy ograniczyć rząd, regulacje, obniżyć podatki, co przełoży się na większy dobrobyt, gdyż ludzie przestaną zajmować się biurokracją, a pieniądze marnotrawione przez polityków będą inwestowane w produktywne projekty. Pokazywałem, że małe rządy – w Liechtensteinie, Hongkongu, Singapurze, Monako – się sprawdzają i że warto mieć taki w Czechach.

Ale to malutkie państwa.

Znacznie mniejsze od i tak małych Czech. I dlatego chciałem, żebyśmy stali się nie drugim Monako, lecz drugą Szwajcarią – w tym państwie widziałem inspirację dla mojego kraju. Niestety, ludzie nie kupili mojej wizji. Poparli duże państwo, wysokie podatki i subsydia z Unii Europejskiej. W efekcie mamy obecnie w Czechach rząd oligarchów w rodzaju pana Andreja Babisa (miliarder, minister finansów, lider partii ANO, która prowadzi w przedwyborczych sondażach; jego sylwetkę opisaliśmy w Magazynie z 4 sierpnia 2017 r. – red.). Doszedłem w końcu do wniosku, że nie ma sensu mówić ludziom: jesteście masochistami pozwalającymi wyzyskiwać się oligarchii. Nie tędy droga. Zamiast zmieniać istniejący system, trzeba stworzyć zupełnie nowy i pokazać, że działa. Czyli założyć nowe państwo.

Jak w praktyce zakłada się państwo?

Trzeba znaleźć terytorium, do którego nikt nie rości pretensji. Taką ziemię niczyją. Najpierw szukaliśmy w Afryce, ale Bogu dzięki okazało się, że pomiędzy Serbią a Chorwacją znajduje się niewielki kawałek ziemi, 7 km kw., którego nikt nie chce. Zajęliśmy go i stworzyliśmy tam własne państwo, które otoczone jest potencjalnie przyjaznym sąsiedztwem.

Temu sąsiedztwu, Chorwacji, udało się już pana nawet aresztować na dwie noce za przekroczenie granicy. Ładna mi przyjaźń.

Powiedziałem: potencjalnie. Zresztą ten areszt był przez nas sprowokowany. Jak pan zauważył, chorwacka policja aresztuje ludzi, którzy przekraczają granicę Liberlandu, a to jest materialnym dowodem na to, że władze w Zagrzebiu uznają nas za państwo. Serbia z kolei mówi wprost: to nie jest nasza ziemia, róbcie, co chcecie.

Znaleźliście ziemię i mówicie: to nasze państwo. Ale potrzeba chyba jeszcze, by światowe rządy uznały waszą państwowość, by nawiązały z wami relacje, podpisały umowy, np. handlowe?

Samo istnienie państwa nie wymaga tego, by inne rządy je uznawały. Jednak to prawda, że aby państwo było w pełni funkcjonalne, musi kooperować z innymi. I pracujemy nad tym. Lecę właśnie na spotkanie w tej sprawie z ministrem spraw zagranicznych jednego ze „zwykłych” krajów. Niedługo będę przemawiał przed amerykańskim kongresem. Spędziłem w te wakacje w USA trzy tygodnie, spotykając się z tamtejszymi politykami i osobami wspierającymi Liberland. Tylko w USA mamy w sumie 14 tys. takich osób. W Niemczech też jest sporo – ponad 5 tys. Także m.in. w Izraelu, Turcji i w Polsce mamy mocne wsparcie od niektórych polityków, którzy próbują przekonać swoje rządy do uznania naszej państwowości.

Ale Stany Zjednoczone są najważniejsze – bo jeśli Waszyngton uznałby Liberland, to reszta stolic postąpiłaby podobnie?

Tak mi się wydaje. Ale działamy globalnie, na wielu frontach. Mamy swoje biura w niemal 90 krajach.

Treść całego wywiadu można przeczytać w weekendowym wydaniu DGP.

>>> Polecamy: "Kamienice sprzedawały dzieci albo 130-latkowie". Kraków też ma problem z reprywatyzacją