Nie sposób zaprzeczyć temu, że były okresy, w których Katalończycy byli przez władze w Madrycie autentycznie prześladowani, np. gdy za rządów Francisco Franco zabronione było mówienie po katalońsku. W demokratycznej Hiszpanii Katalonia cieszy się dużą autonomią, ale tamte rany w głowach Katalończyków tkwią głęboko. Albo argumenty ekonomiczne. Konkretne liczby są sporne, ale tego, że Katalonia od zawsze więcej wpłacała do budżetu centralnego, niż z niego dostaje, nie kwestionuje nawet Madryt. Nikt też nie podważa statystyk mówiących, że Katalonia ma lepiej rozwiniętą gospodarkę, wyższą wydajność pracy, więcej eksportuje, ma więcej innowacyjnych przedsiębiorstw i gdyby była niepodległym państwem, mogłaby z powodzeniem funkcjonować w świecie. Można zrozumieć frustracje Katalończyków z powodu tego, że kolejne hiszpańskie rządy uciekają od dyskusji na temat kształtu państwa, a ich ambicje tłumią za pomocą wyroków sądowych. A nawet można uznać argumenty o tym, że hiszpańska polityka jest bardziej skorumpowana i zepsuta.

Oczywiście Madryt też ma swoje racje. Nie chodzi tylko o obronę jedności kraju, który w razie secesji Katalonii zapewne zacznie się dalej rozpadać. Katalończycy są odrębnym narodem, ale jednak spokrewnionym z Hiszpanami (Kastylijczykami). Mają nowoczesną gospodarkę także dlatego, że od wieków są częścią Hiszpanii. Nikt dziś nie jest prześladowany za mówienie po katalońsku, bo rząd intensywnie wspiera ten język i prędzej jego nieznajomość niż znajomość jest problemem. A wbrew temu, co mówią niektórzy katalońscy politycy, Hiszpania wcale nie jest niemal upadłym państwem, tylko pomimo wszelkich zawirowań historii jest całkiem udanym bytem.

>>> CAŁY TEKST W PONIEDZIAŁKOWYM WYDANIU "DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ"