Z praktycznego punktu widzenia decyzja sędziów oznacza utrzymanie status quo. Wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki wraz z innymi członkami komisji będą się nadal zbierać, przesłuchiwać świadków i wydawać decyzje. Trzęsienie ziemi byłoby jedynie wówczas, gdyby sąd orzekł inaczej. Wtedy powróciłaby dyskusja o sędziowskiej kaście, która nie pozwala na walkę z patologiami, a komisja zapewne dalej by działała – tyle że wbrew sądowemu orzecznictwu. Powstałby reprywatyzacyjny galimatias do kwadratu.

Wczorajsze orzeczenia NSA są jednak bardzo istotne z politycznego punktu widzenia. Powiedzmy sobie szczerze: trudno posądzać sędziów o szczególną słabość do przewodniczącego komisji weryfikacyjnej Patryka Jakiego. Nie śmiałbym także twierdzić, że postanowienia w tym brzmieniu zostały wydane z obawy sędziów o to, że część mediów zacznie analizować ich życiorysy. Sąd stwierdził, że to Jaki miał rację, a Gronkiewicz-Waltz jej nie miała – bo tak właśnie sędziowie uważają. Przekonały ich argumenty prawne jednej ze stron. Tak się złożyło, że politologa z Opola, a nie profesora prawa z Warszawy.

Można rzec, że ostatnia deska ratunku dla prezydent stolicy właśnie zatonęła. Przeciw sobie ma większość obywateli i polityków (jeśli ktoś myśli, że tylko tych z PiS, niech się wsłucha w „obronę” wiceprzewodniczącej partii przez jej kolegów z PO). Teraz, na domiar złego dla prezydent stolicy, sąd w eufemistyczny sposób wskazał, że tezy wygłaszane przez ostatnich kilka miesięcy przez profesor prawa Hannę Gronkiewicz-Waltz to były banialuki.

Pojawia się jednocześnie pytanie o obecność szefowej magistratu na rozprawach komisji. Dotychczas, mimo nakładania grzywien, odmawiała złożenia zeznań. Przekonywała, że nie może legitymizować swoją obecnością bezprawnie działającego organu. Oczywiście może dalej mówić to samo, wyprzeć z pamięci postanowienia sądu albo mówić, że sędziowie zlękli się konsekwencji orzekania zgodnie z sumieniem. Jakieś uzasadnienie się zawsze znajdzie. Tyle że tak jak dotychczas część neutralnych politycznie obserwatorów mogła mieć wątpliwości, kto ma rację w sporze, tak teraz wystarczy wziąć w rękę orzeczenia NSA, by wiedzieć, że na pewno nie jest to Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Wielkim wygranym za to jest Patryk Jaki. Można go różnie oceniać, ale bez wątpienia to właśnie rzutki minister wyrasta na naszych oczach na trybuna ludowego. Gdy Prawo i Sprawiedliwość powierzało mu zadanie wyjaśnienia afery reprywatyzacyjnej, większość komentatorów politycznych łapała się za głowy. Wybierano człowieka bez większego politycznego doświadczenia, bez wykształcenia prawniczego i szybciej mówiącego niż myślącego.

Po tym wizerunku Jakiego nie ma już śladu. Kto go nie cierpiał – nie cierpi go jeszcze bardziej. Jest za co. Dla osób, które nie lubią dużych kwantyfikatorów, sposób wypowiedzi ministra bywa szokujący. Ale trzeba mu oddać, że bardzo się wyrobił. Mając na uwadze, że komisja ma stanowić połączenie działalności państwowego organu z politycznym show dla gawiedzi, to właśnie Jaki jest głównym aktorem, który sprawnie łączy jedno z drugim. I – co dla polityka przecież kluczowe – wzbudza sympatię wielu osób. Bądź co bądź na razie w wyborach ważne jest, by mieć odpowiednio liczny elektorat; nawet kosztem wzbudzania skrajnych emocji.

Wiele o rosnącej pozycji Jakiego mówi fakt, że jest wymieniany jako jeden z dwóch głównych kandydatów PiS w zbliżających się wyborach na prezydenta Warszawy. Przecież gdyby rok temu ktoś stwierdził, że to młody opolanin ma startować w wyścigu o najwyższy fotel w stołecznym magistracie, śmiechom nie byłoby końca. Gdy zaś kilka dni temu jeden z portali stwierdził, że PiS najprawdopodobniej wystawi marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, przez internet przetoczyła się fala głosów, że trzecia osoba w państwie jest bez szans w starciu z kandydatem PO. I że należy wystawić właśnie Jakiego.

Orzeczenia NSA są wreszcie związane także z aferą reprywatyzacyjną. Wydaje się, że werdykt sądu, który prowadziłby do rozwiązania komisji, byłby ze szkodą dla Polski. Można bowiem kwestionować sposób działania organu, mówić o jego zbyt szerokich uprawnieniach. Ale stoimy tak naprawdę przed wyborem: albo komisja weryfikacyjna w tym kształcie, albo żadna. Jeśli to drugie, wątpliwe decyzje wydane przez ludzi prezydent Warszawy badaliby wówczas ludzie prezydent Warszawy. Lepsza jest sytuacja, w której kontroluje je ktoś inny. Pamiętać przy tym należy, że od każdego werdyktu komisji weryfikacyjnej można się odwołać do sądu administracyjnego. Twierdzenia Gronkiewicz-Waltz o samosądzie są więc przesadzone i wygłaszane na potrzeby medialnej wojenki.

Ale najważniejsze – powtarzam to do znudzenia przy każdej okazji, lecz nie bez powodu – by w końcu uchwalona została ustawa reprywatyzacyjna. Dziś widzimy już, że sprawy zwrotów nieruchomości i nieprawidłowości z tym związanych to nie jest problem tylko Warszawy. W środowym wydaniu DGP minister Zbigniew Ziobro mówił o aferze reprywatyzacyjnej w Krakowie. Mogę się założyć o to, że w ciągu kilku miesięcy zaczniemy mówić o problemach w Łodzi. Ani komisja weryfikacyjna, ani prokuratorzy nie rozwiążą problemu, który urósł wraz z transformacją ustrojową. Jedyne rozwiązanie to ustawa, która kwestie zwrotów zamknie raz na zawsze. I to jest najważniejsze wyzwanie, które należy postawić Patrykowi Jakiemu.

Wygrałeś, Szanowny Ministrze, bitwę z Hanną Gronkiewicz-Waltz. I teraz są dwie drogi. Jedna ścieżka to wyśmiewanie prezydent stolicy, wyzywanie oszustów od złodziei i robienie z siebie szeryfa. Politycznie pewnie opłacalna. Ale jest druga: doprowadzenie do uchwalenia aktu prawnego, na który Polska czeka od 28 lat. Jestem pewien, że gdyby Jaki skoordynował nad tym prace, a Sejm by przepisy uchwalił, za dekadę by się o Jakim mówiło: „to ten, który opracował ustawę reprywatyzacyjną”. Tak więc: do roboty!

>>> Polecamy: W ratuszu działała mafia reprywatyzacyjna? Kaleta: Gronkiewicz-Waltz kłamie