8 września, podczas pierwszej rozmowy z Andrzejem Dudą, Jarosław Kaczyński powiedział, że nawet jego brat nie wymuszał na parlamencie w latach 2005–2007 swojej woli wetami, choć np. w sprawie lustracji miał inne zdanie niż PiS. Duda odpowiedział, że przecież prezydent Lech Kaczyński skłonił ówczesny Sejm do nowelizacji ustawy lustracyjnej.

Obie strony miały rację. Lech Kaczyński występował wówczas w takiej samej roli, co obecnie Duda – był za złagodzeniem ustawy. Nie groził wetem, bo nie musiał. Po prostu parlament nie chciał działać wbrew niemu, bo tak wielkim autorytetem cieszył się i w partii, i u brata.

Ostrożnie z zadowoleniem

Ta sytuacja obnaża ludzki wymiar polityki. Tylko z Lechem Kaczyńskim obecny lider obozu rządzącego mógł mieć partnerskie stosunki. Innym wyznacza rolę, którą poznaliśmy z artykułu Jacka Karnowskiego w „Sieci Prawdy” – zaskakująco szczerym zapisie przemyśleń prezesa. Pojawiła się tam pretensja, że głowa państwa nie chce przyjeżdżać do prezesa – a przecież to starszy pan, któremu trzeba okazywać szacunek.

Podczas tego pierwszego spotkania Duda – Kaczyński przeważały rozważania o wzajemnych relacjach. Prezes demonstrował po rozmowach zadowolenie, choć zadbał o sygnał dla otoczenia – stwierdził, że jest jednak nimi rozczarowany i że oczekiwał debaty o konkretnych artykułach. Z kolei prezydent zbyt mocno, jak dla PiS, okazywał zadowolenie – to nie on pojechał na Nowogrodzką, ale to do niego przyjechał prezes, co przez następne dni podkreślały media. Wiadomo także, że jeden z prezydenckich urzędników „zawiesił” na FB fotografię drzwi do gabinetu Dudy i stojący przed nimi fotel. Była to mało subtelna aluzja do wyobrażenia prezydenta jako wiecznie czekającego w poczekalni Adriana z satyrycznego „Ucha Prezesa” – tylko teraz to prezes miał czekać na audiencję. Otoczenie Kaczyńskiego zadbało o to, aby niezaglądający do sieci prezes dowiedział się i o tym.

W dworskiej atmosferze panującej w PiS te nieśmiałe docinki prezydenta i jego otoczenia wobec prezesa spotkały się z odpowiedzią – był nią właśnie artykuł Karnowskiego, będący litanią wszystkich prezydenckich przewin. Tekst został opublikowany po drugim spotkaniu, do którego doszło 22 września, więc nad nim nie ciążył. Jednak, co ważne, powstał jeszcze przed drugą turą negocjacji. Trudno orzec, czy Kaczyński autoryzował ujawnienie każdego szczegółu tych żali. Możliwe, że poza irytacją wywołaną chwilowym triumfem prezydenta liczył na onieśmielenie Andrzeja Dudy i wygranie w ten sposób wojny nerwów. Ale nie osiągnął celów – trzy dni później Duda ogłosił własny pakiet zmian w sądownictwie.

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU "DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ"