Całe ostatnie 300 lat to nieustanne zmaganie się Katalończyków o jak największy zakres niezależności od władz centralnych, które co jakiś czas odbierają im autonomię.

Historia burzliwych relacji między Madrytem i Barceloną zaczyna się w 1469 r. Małżeństwo Izabeli Kastylijskiej z Ferdynandem Aragońskim umożliwiło zjednoczenie dwóch największych państw hiszpańskich (Katalonia wchodziła w skład Aragonii), co stało się fundamentem kraju, jaki dziś znamy. Ślub nie doprowadził jednak do unifikacji – wszystkie organizmy państwowe zachowały odrębność wraz z dużym stopniem autonomii. Zmieniło się to dopiero w efekcie hiszpańskiej wojny sukcesyjnej na początku XVIII w., rozstrzygającej o tym, czy na tronie zasiądą francuscy Burbonowie, czy austriaccy Habsburgowie.

Było to też starcie odmiennych wizji państwa. Wygrali Burbonowie, którzy rozpoczęli centralizację kraju na wzór francuski. W 1716 r. Filip V wydał dekrety de Nueva Planta, które znosiły katalońską autonomię, likwidowały regionalne władze i zastępowały język kataloński kastylijskim. Ponad sto lat później elementem tej centralizacji był podział kraju na 49 prowincji, które miały osłabić dotychczasową tożsamość regionalną (to było wzorowane na francuskich departamentach, które też miały taki cel). W odróżnieniu od Francji, gdzie języki regionalne używane były na terenach wiejskich i najmniej rozwiniętych, w Hiszpanii dwa najważniejsze z nich – baskijski i kataloński – funkcjonowały w regionach najbardziej rozwiniętych i najbogatszych, na dodatek mających silne poczucie własnej odrębności. O ile we Francji zmiany prowadziły do unifikacji i tworzenia się jednolitej francuskiej tożsamości, w Hiszpanii zachodził proces dokładnie odwrotny, czego efektem był rozwój pod koniec XIX w. nacjonalizmów katalońskiego, baskijskiego i w mniejszym stopniu galicyjskiego.

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU "DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ"