W poniedziałek 23.10 minął ostateczny termin na zgłaszanie komentarzy do planu Ricka Perry’ego, sekretarza energii Stanów Zjednoczonych. Jego projekt zakłada subsydiowanie elektrowni, które posiadają zapas paliwa na 90 dni i skutecznie chroni te, które używają węgla lub uranu. Oficjalnie projekt ma na celu premiowanie elektrowni za ich „elastyczność”. Znaczy to tyle, że są przygotowane na sytuacje kryzysowe i zapobiegną blackoutowi. I choć nie ma nic złego w tym, że dostosowuje się rynek, by wynagradzać za świadczone usługi – Perry przyznał, że subsydia i ceny regulowane to norma na rynku energetycznym Stanów Zjednoczonych – to już metody oceny i wyboru premiowanych zakładów budzą wątpliwości.

Nie ma uzgodnionej definicji tego, co oznacza „elastyczność”. Sieć energetyczna Stanów Zjednoczonych jest jednym z największych, najbardziej złożonych, jakie kiedykolwiek skonstruowano. Zapewnia równoważenie podaży i popytu prądu, w czasie rzeczywistym, w milionach węzłów. Pomysł, że utrzymanie płynności energii zależne jest od zgromadzonych stosów węgla i uranu, wydaje się sporym uproszczeniem. W przygotowanym niedawno raporcie doradcy z Rhodium Group stwierdzili, że w przypadku największych zakłóceń dostaw prądu w latach 2012-2016, zaopatrzenie w paliwo ogrywało rolę nie większą niż 0,00007 proc.

Perry za swój koronny argument obrał awarię ze stycznia 2014 roku, gdy wir polarny spowodował, że zabrakło prądu na Wschodzie i Środkowym Zachodzie Stanów Zjednoczonych. To prawda, że brak paliwa w elektrowniach korzystających z gazu ziemnego przyczynił się do 24 proc. przerw w tym regionie. Jednak jak zauważyli regionalni operatorzy energii, tysiące megawatów mocy węglowej i jądrowej również zostały odcięte. Trzeba mieć też na uwadze fakt, że funkcjonujące paliwa kopalne i elektrownie jądrowe pomogły złagodzić skutki, ale i powstały programy, które zachęcały dużych użytkowników energii do tymczasowego zmniejszenia zapotrzebowania.

Krótko mówiąc: to skomplikowane. Premiowanie tych, którzy składują hałdy węgla wygląda mniej jak wyrafinowany plan premiowania „elastyczności”, a bardziej jak specjalne traktowanie.

PJM Interconnection, organizacja zarządzająca rynkiem energetycznym na dotkniętych obszarach, ma własne propozycje dotyczące wzmocnienia elastyczności. Mówi na przykład o istniejących już mechanizmach, takich jak aukcje mocy wytwórczych, które nagradzają elektrownie za gotowość do zasilania w razie potrzeby. To nie są doskonałe strategie, ale przynajmniej są dostępne na rynku.

Perry woli jednak cofnąć deregulacje o kilka dekad, co jest przeciwieństwem tradycyjnego podejścia konserwatywnego oraz jest sprzeczne z tym, jak rynek energetyki działa w jego rodzinnym stanie – Teksasie. Ponadto Perry premiuje węgiel, który ma być nagradzany za jeden pozytywny atrybut, czyli wspomnianą „elastyczność”, a przemilczając poważny mankament: emisję dwutlenku węgla. Maximilian Auffhammer, profesor Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, skomentował tę niespójność na swoim blogu: „Subsydiowanie węgla za to, że można na nim polegać, to jak subsydiowanie boczku za jego wartość odżywczą”.

Jerry Taylor, założyciel wolnościowego think-tanku Niskanen Center, dokonał szczegółowej analizy w dokumencie dotyczącym podatku od emisji dwutlenku węgla, opublikowanym w 2015 roku: „Ryzyko związane ze zmianami klimatycznymi jest realne, a polityka ignorowania tych zagrożeń i jednoczesna nadzieja na to, że wszystko będzie dobrze, jest niezgodne z zasadami zarządzania ryzykiem, które konserwatyści wprowadzają na innych niż klimatyczne polach”. W istocie plan Perry’ego polega na zabezpieczeniu, które statystycznie rzecz biorąc ma niewielki wpływ na przerwy w dostawie prądu – na zapasach paliwa. Taylor zaznacza, że konserwatywny scenariusz powinien polegać na uznaniu potencjalnie katastrofalnych kosztów spowodowanych emisją dwutlenku węgla, a następnie podjęciu działania mającego na celu złagodzenie ryzyka w jak najbardziej opłacalny sposób.

Byłoby to np. opodatkowanie przyczyny problemu bądź inne działania, jak projekt administracji George’a H.W. Busha dotyczący handlu emisjami zanieczyszczeń z 1990 roku, który miał na celu walkę z kwaśnym deszczem. Podejście Perry’ego jest odwrotne: dodaje kolejne przepisy do już skomplikowanej konstrukcji subsydiów, które zniekształcają rynek energetyczny Stanów Zjednoczonych.

Podatek od emisji dwutlenku węgla stanowiłby jednoznaczny sygnał dla rynku energetycznego: elektrownie mogłyby solidnie funkcjonować, nie ignorując zagrożenia klimatycznego. Nie obyłoby się bez kar dla elektrowni węglowych, jednak działania te byłyby pozytywne dla elektrowni jądrowych, które Perry również promuje.

Ponadto, gdyby taki projekt został wdrożony wraz ze zniesieniem dotacji na energię odnawialną, skutkowałoby to usunięciem innych wypaczeń i zapewnieniem równych szans dla elektrowni i odbiorców prądu. Byłoby to zachętą dla dostawców energii ze źródeł odnawialnych, by jeszcze bardziej ograniczyć koszty. John Berger, szef Sunnova Energy Corp., dużej, prywatnej firmy zajmującej się energetyką słoneczną, w liście do Kongresu wzywał do odrzucenia inwestycyjnej ulgi podatkowej na instalacje słoneczne pod koniec 2015 roku. Kongres nie przychylił się do tej prośby.

Berger twierdził, że przemysł energii słonecznej nie potrzebował już pomocy. Perry zresztą zgodził się z tym punktem widzenia, porównując sektory energii słonecznej i wiatrowej z dziećmi, które powinny być wystarczająco duże, by stanąć o własnych siłach. Po czym zaproponował subwencje dla energetyki jądrowej i węglowej, które – kontynuując analogię Perry’ego – można przyrównać do pomocy geriatrycznej.

Perry nie jest pierwszym politykiem, który forsuje wąskie cele polityczne w sektorze energetycznym Stanów Zjednoczonych. Robi to jednak w czasie zasadniczych zmian, gdy kryzys klimatyczny zaczyna być wreszcie dostrzeganym słoniem w salonie. Tymczasem Perry bezceremonialnie ignoruje fakty i proponuje przepisy, którym przeciwna powinna być Partia Republikańska. Niezależnie od tego, czy to mądra polityka, z pewnością nie jest ona konserwatywna.

>>> Czytaj też: Ambasador USA: Uruchomienie Nord Stream 2 pozbawi Ukrainę do 3 proc. PKB