Importerzy, którzy płacą w walutach za kupowany towar, eksporterzy, którym zagraniczni kontrahenci wypłacają należności, np. w euro lub w dolarach, doskonale wiedzą co to ryzyko walutowe. Im kontrakt forward daje pewność, ile tak naprawdę się zapłaci za dostawę (to u importerów), albo ile się zarobi (u eksporterów). Bo przecież składając zamówienie importer nie wie, ile będzie musiał wydać złotych w momencie finalizowania transakcji. To zależy od bieżącego kursu waluty z dnia wymiany. Podobnie eksporter nie jest w stanie przewidzieć w chwili zawierania umowy, jaki dochód w przeliczeniu na złote uzyska ze sprzedaży. Kontrakt forward rozwiewa te niepewności, bo to nic innego, jak umowa dostarczenia lub zakupu waluty w przyszłości po z góry ustalonym kursie.

Adam Ajduk, koordynator ds. instrumentów pochodnych w Raiffeisen Polbanku mówi, że funkcjonalność forwardów najlepiej wytłumaczyć na przykładzie. Załóżmy, że nasz eksporter to producent mebli. Składając ofertę swoim niemieckim kontrahentom ustala cenę w euro, która bierze pod uwagę koszty wytworzenia produktu oraz marżę, jaką chce na nim uzyskać. Koszty ponosi w złotych, więc cena jest przeliczana na euro po jakimś kursie euro-złoty. Pytanie jakiego kursu użyć. Zwykle robi się to na podstawie bieżących notowań. Ale czas biegnie, negocjacje handlowe mogą trochę potrwać, potem jeszcze trzeba te meble wyprodukować, co też trwa, a na koniec dostarczyć. Często jest jeszcze tak, że nasz eksporter udziela odbiorcy kredytu kupieckiego, czyli zgadza się na wydłużony termin płatności. Od momentu podania ceny w ofercie do zrealizowania płatności może upłynąć kilka miesięcy. W tym czasie kurs może się bardzo znacząco zmienić.

– Zdarzały się takie sytuacje, w których kurs zmieniał się tak bardzo, że kontrakt handlowy stawał się nierentowny. Transakcja forward ustala kurs wymiany z góry – co likwiduje to ryzyko. Polski kontrahent od początku wie, po ile wymieni środki – mówi.

Decydując się na tego typu zabezpieczenie, jakim jest kontrakt forward, trzeba jeszcze pamiętać o jednym: tak, jak niweluje on niekorzystne dla klienta zmiany kursu, tak i pozbawia go ewentualnych profitów w sytuacji, gdy kurs rynkowy zmienia się w sprzyjającym mu kierunku.

Do 70 proc kontraktów zawieranych w Raiffeisen Polbanku to forwardy dla pary euro-złoty. To naturalne, biorąc pod uwagę, że lwią część obrotów z zagranicą Polska realizuje z krajami należącymi do strefy euro. Adam Ajduk podkreśla jednak, że kontrakty można zawierać również na innych walutach. - Obecnie w Raiffeisen Polbnku może to być 27 walut. Np. dolar hongkoński. I nie zawsze w parze musi być zloty, mogą to być pary rożnych walut. W sumie kombinacji jest ok. 700. W ten sposób przedsiębiorca może przerzucić ryzyko walutowe na bank – mówi.

To oferta dla firm, które mają wymiany rzędu kilku tysięcy jednostek danej waluty. W zależności od rodzaju zabezpieczanej transakcji – czy to jest kontrakt handlowy, czy finansowanie zamówienia – forwardy mogą trwać od kilku dni do kilku lat. Mówiąc inaczej, na taki okres w przód można ustalić kurs wymiany. Zawarcie kontraktu nie wiąże się z jakimiś dodatkowymi opłatami czy prowizjami. Bank zarabia na spreadzie, tak jak w przypadku innych transakcji walutowych. Z jednej strony ma klientów, którzy sprzedają walutę, z drugiej tych, którzy ją kupują w podobnej kwocie i w podobnym terminie. Żeby tego typu transakcję przeprowadzić, trzeba mieć w banku rachunki walutowe adekwatne do walut, jakie chce się wymieniać w kontraktach forward. Trzeba też zawrzeć z bankiem odpowiednie umowy. Bank udostępnia tego typu ofertę klientom korporacyjnym i osobom prowadzącym działalność gospodarczą.

- W pierwszej kolejności zabezpieczają się te branże, które mają niskie marże. Czyli nie mogą wziąć na siebie strat wynikających z jakiejś niekorzystnej zmiany kursu. To przede wszystkim branża transportowa czy meblarska. Jeśli chodzi o importerów to dominuje handel – tłumaczy Adam Ajduk.

Tu ważna uwaga. Stroną kontraktu forward jest bank. I chce on mieć pewność, że druga strona – czyli przedsiębiorca – z kontraktu się wywiąże, czyli dostarczy walutę po umówionym kursie, lub (odwrotnie) kupi walutę za ustaloną w kontrakcie cenę. Dla firm z dobrą zdolnością kredytową bank może ustalić po prostu limit dla transakcji, bez dodatkowych wymagań, który stanowi zabezpieczenie transakcji. Druga opcja to wpłata przez klienta depozytu zabezpieczającego, czegoś w rodzaju kaucji. Jest ona zwracana w całości po przeprowadzeniu transakcji.

- Na najczęściej stosowanej parze euro-złoty taka kaucja wynosi 5 procent wartości kontraktu forward. Choć u nas przeważają operacje, w których klienci nie wpłacają kaucji, tylko korzystają z limitu – mówi ekspert z Raiffeisen Polbanku.

PARTNER