Resort kultury nie jest wymarzonym miejscem do robienia kariery politycznej. Traktowany jak kukułcze jajo bywa przechowalnią zasłużonych działaczy, zesłaniem outsiderów wypadających z pierwszych szeregów partyjnych lub nagrodą pocieszenia dla tych, którzy podczas rozdzielania rządowych łupów nie załapali się na co smaczniejsze kąski. Piotr Gliński też nie planował dla siebie takiej przyszłości. W marcu 2013 r. cała Polska poznała premiera z tabletu – lider opozycji Jarosław Kaczyński wszedł na sejmową mównicę i zaprezentował wcześniej nagrane orędzie premiera rządu technicznego. Gabinet cieni prof. Glińskiego miał być alternatywą na czas kryzysu, w jakim – zdaniem PiS – pogrążyła się Polska pod rządami koalicji PO-PSL. Ostatecznie sanacyjny plan nie wyszedł poza ramy komputerowej prezentacji.

Ale po wygraniu przez PiS wyborów parlamentarnych przed dwoma laty zwycięska partia znowu postawiła na Glińskiego. Tyle że nie dostał on wymarzonego Ministerstwa Gospodarki, a niewdzięczną kulturalną działkę pod uprawę. To pierwszy minister kultury w randze wicepremiera po 1989 r., co wiele mówi na temat prestiżu wspomnianego resortu. Czas pokazał, że nie tylko reforma edukacji, programy socjalne czy chęć przemodelowania sądownictwa mają dla PiS nadrzędne znaczenie. W pierwszym planie czteroletnim dobrej zmiany polityka kulturalna została włączona w nurt priorytetowych działań nowego rządu. I jest realizowana z rozmachem.

>>> CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU "DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ"