W 539 spośród 704 miasteczek liczących poniżej 20 tys. mieszkańców w ciągu ostatniej dekady nastąpiło tzw. ujemne saldo migracyjne (dane za GUS). To oznacza, że więcej osób z nich wyjeżdża, niż przyjeżdża. W wielu przypadkach – o wiele więcej.

„Małe miasteczka powoli się wyludniają, pustoszeją i starzeją. Młodzi wyjeżdżają, nieliczni wracają. Rytm miastom zaczynają nadawać starsi mieszkańcy. I choć starzenie się polskiego społeczeństwa nie jest specyfiką tylko małych miasteczek, tam jest to szczególnie widoczne” – twierdzą autorzy raportu „Światła małego miasta. Jak się żyje w najmniejszych polskich miastach?”. Odwiedzili oni 35 miejscowości, w których żyje poniżej 20 tys. osób. Przeprowadzili setki godzin rozmów z ich mieszkańcami. A do tego przy wsparciu sopockiej firmy badawczej PBS zrealizowali reprezentatywne badanie na temat życia w polskim miasteczku. To obecnie największe kompendium wiedzy o życiu już nie na wsi, ale jeszcze nie w metropolii. W najmniejszych miastach żyje ok. 5 mln Polaków, warto więc prześledzić wnioski.

Kluczowy? W 2017 r. codzienność życia w najmniejszych miejscowościach jest jednocześnie bardzo podobna i bardzo niepodobna do życia w wielkich miastach. Co to oznacza? „Te same produkty, usługi i treści są dostępne przez sieć wszędzie. Skype, Allegro, Facebook, bankowość internetowa: zbliżają, zmniejszają odległość, sprawiają, że mieszkańcy małych miast nie czują się już tak bardzo odcięci, poza głównym nurtem. Mogą kupić te same buty, obejrzeć ten sam film na VoD czy na YouTubie” – twierdzą autorzy raportu. Pod tym względem więc życie – niezależnie od wielkości miejscowości – jest podobne. Internet wyrównuje wiele szans.

Tyle że Polacy w różnym stopniu z nich korzystają. Bo choć telewizor i w Olecku, Połczynie czy Wyśmierzycach jest taki sam jak w Warszawie czy Łodzi, to oglądane programy już zupełnie różne. Doniesienia medialne z wielkich polskich miast czy ze świata są dla mieszkańców małych miast egzotyczne. Ważniejsze dla nich jest to, co się dzieje u nich i w najbliższym mieście powiatowym. Dlatego zresztą tak prężnie działają lokalne media. Zamiast pośpiechu i pogoni za sukcesem, robieniem kariery – życie w małym mieście toczy się wolniej, leniwiej.

„Dominuje pewna tymczasowość, zawieszenie na »tu i teraz«. Przyzwolenie na doraźne rozwiązania, szybką korzyść, załatanie dziury: czy to w chodniku, czy w budżecie miasta” – czytamy w „Światłach małego miasta”. Autorzy zwracają uwagę, że widać to wyraźnie w rozwiązaniach urbanistycznych i architekturze. Nie ma spójnej wizji. Zamiast tego są zlepki starego i nowego, częściowe remonty, nigdy niedokończone – „bo nawet jeśli niedokończony, to dach przestał przeciekać. A to najważniejsze”.

Ludzie

Miasteczka są kanibalizowane przez okoliczne miasta powiatowe i wojewódzkie. To dla nich obecnie największy problem. Po pierwsze, najzdolniejsi wyjeżdżają. A lepiej mieć dobrego prawnika, dobrego lekarza i dobrego architekta u siebie. Po drugie, ci, którzy zaczynają lepiej zarabiać, najczęściej płacą podatki w większych miastach. W efekcie do budżetu tych najmniejszych wpłacają pieniądze kasjerzy, rolnicy i urzędnicy niskiego szczebla. Finansów więc brakuje, co powoduje, że kolejni mieszkańcy chcą wyjechać, bo nie widzą dla siebie w miasteczku perspektyw.

Odpływ młodych ludzi to problem, z którym styka się większość małych miast i miasteczek, potwierdza Piotr Babicki, wiceprzewodniczący rady miejskiej w Starachowicach. – Tam, gdzie nie ma uczelni, „młodość” z reguły kończy się na szkole średniej. Nie można na taką sytuację się obrażać, ale trzeba traktować ją jako wyzwanie – twierdzi samorządowiec. Przy czym wyzwanie to polega nie tyle na tym, by zmienić saldo migracyjne z ujemnego na dodatnie. Chodzi o to, by wyjeżdżało mniej osób. A to trudne zadanie, bo 28 proc. mieszkańców miasteczek deklaruje, że chciałaby się z nich wyprowadzić. Powody? Te podstawowe to problemy ze znalezieniem pracy na miejscu oraz dostępność miejsc rozrywki.

– Kilka tygodni temu ktoś rzucił pomysł, by zorganizować spotkanie naszej klasy gimnazjalnej. Okazało się, że spośród 26 osób aż 13 mieszka na stałe poza Polską – mówi Sławomir, mieszkaniec niespełna pięciotysięcznego Lipska. A w zasadzie już Warszawy. Do Lipska jeździ tylko na święta, czasem na dłuższe weekendy.

Statystycznie co trzeci Polak przed 30. rokiem życia, mieszkający w małej miejscowości, wyjeżdża do pracy za granicę (choć statystyki te są szacunkowe, bo nie wszystkie wyjazdy są rejestrowane). Najczęściej do Wielkiej Brytanii, Niemiec i Danii. Co ciekawe, większość z nich wcale nie miała takiego planu na życie. 42 proc. planujących wyjechać z miasteczka deklaruje chęć przeprowadzki do metropolii. Wyjazd z kraju planuje zaledwie 5 proc.

– Życie często boleśnie weryfikuje te plany. Okazuje się, że w Gdańsku czy Warszawie wcale nie jest tak świetnie, jak się wydawało. Sam po trzech miesiącach szukania pracy i tułania się od zmywaka do zmywaka postanowiłem wyjechać do Danii. Wróciłem do rodzinnego domu, bo trochę już zarobiłem, a ktoś musi zaopiekować się rodzicami. Jedna siostra robi karierę w Warszawie, druga wyjechała do Portugalii – opowiada Marcin, 30-latek z 12-tysięcznego Sławna.

„Najbardziej o porzuceniu miasta swojego pochodzenia myślą młodzi – licealiści, studenci, osoby u progu kariery. Nie założyli rodziny, która trzymałaby ich w jednym miejscu, są ciekawi szans i możliwości, jakie dają większe miasta, ich styl życia i chęć spędzania wolnego czasu nie pasuje do rytmu życia małego miasta – spostrzegają autorzy raportu. I cytują wypowiedź jednego ze swoich rozmówców: „Młoda osoba ma problem, żeby coś dla siebie znaleźć w Sianowie. Skończyłem szkołę i co mam dalej zrobić? Pracy nie znajdę, rozrywki nie znajdę. Zostaje pójść do sklepu, stanąć w bramie i wypić sobie piwko”.

Mówiąc wprost: wielu młodym ludziom w małym mieście jest zbyt ciasno. Mając niewiele ponad 20 lat, wyjeżdżają. Część z nich wraca koło czterdziestki. Powody? „Trzeba się zająć rodziną”, „mają kawałek ziemi po rodzicach, z którą warto coś zrobić”. Wreszcie – są rozczarowani miastem, „wracają, bo czują się u siebie – bezpiecznie, pośród swoich, akceptowani i potrzebni”. – Nie każdy nadaje się do bycia trybikiem w wielkomiejskiej maszynie. Niektórzy wolą być ważną częścią mniejszego organizmu – wyjaśnia Ewa z Międzyrzeca Podlaskiego, 17-tysięcznej miejscowości oddalonej o niespełna 100 km od Lublina.

Miasteczka – jak wynika ze „Świateł małego miasta” – choć są zbyt ciasne dla wielu młodych, jednak niektórym z nich dają to, czego metropolia nie mogłaby zaoferować. Odnajdują się ci, którzy mają pomysł i chcą założyć własny biznes. Wykonanie jest bowiem tańsze. Jeśli więc ktoś marzy o założeniu własnej knajpy, łatwiej to zrobić w Olecku niż w Warszawie.

– Z perspektywy czasu uważam, że najlepszy model to wyjechać do dużego miasta na studia, zarobić w nim lub za granicą trochę pieniędzy, wrócić i założyć coś własnego. Mitem jest, że biznes padnie, bo ludzie źle życzą. Wręcz przeciwnie. Swoi kibicują swoim w rozwijaniu pasji. Na pewno jest trochę zazdrości, gdy się komuś powiedzie, ale wydaje się ona zdrowa. Bo to „nasz chłopak, od nas” – twierdzi Marcin (Sławno).

Włodarze małych miast zresztą przekonują, że mają coraz więcej do zaoferowania. Zarówno tym, którzy dopiero się zastanawiają nad wyjazdem, jak i tym, którzy zastanawiają się, czy wrócić. – Z perspektywy samorządu niewielkiego miasta mogę powiedzieć, że młodzi ludzie stają się podmiotem kształtowania polityk lokalnych. Starachowice np. inwestują środki w tworzenie strategii na rzecz młodzieży czy dołączają do rządowego programu Mieszkanie dla młodych. Firmy działające w Specjalnej Strefie Ekonomicznej „Starachowice” kuszą stanowiskami pracy i zarobkami nieodbiegającym od średnich w regionie, a nawet w kraju. To przykłady ilustrujące fakt, że młodzi ludzie stają się naturalnymi beneficjentami oddziaływania samorządu i otoczenia biznesu. Nie boję się zaryzykować tezy, że dobrze jest być dziś młodym, wykształconym człowiekiem, który pozostaje lub wraca do rodzinnego miasta czy miasteczka, aby tu kontynuować swoje życie i karierę – mówi Piotr Babicki.

Bartłomiej Bartczak, burmistrz 17-tysięcznego Gubina, przyznaje, że przy kształtowaniu miejskiej polityki dużo zależy od zasobności portfela danej gminy. Jeśli młodzi oczekują możliwości np. wyjścia do teatru czy filharmonii, miasteczka są skazane na niepowodzenie.

– Wiadomo, że duży może więcej i większe miasta mają większe możliwości. To właśnie w większych miastach są teatry, filharmonie, kina, inne instytucje kultury. Często są to jednostki finansowane przez urzędy marszałkowskie, powiatowe lub nawet rząd. Takie miasta – można powiedzieć – nie dość, że i tak mają inne możliwości finansowe, to mają jeszcze kulturę „w prezencie” – zaznacza Bartczak. Ale od razu dodaje, że nie wolno się poddawać. I trzeba stawiać na rozwój kultury, skoro to ona wielu młodych ludzi popycha do ucieczki z miasteczka.

– Mimo że małe i średnie gminy nie mają metropolitarnych korzyści, również potrafią robić kulturę na wysokim poziomie. Zamiast z pieniędzy budżetowych kulturę finansuje się z projektów unijnych. Często we współpracy z organizacjami pozarządowymi, domami kultury oraz przy wsparciu rodzimych firm można zrobić w średniej wielkości gminie naprawdę niezapomniane imprezy – zapewnia burmistrz Gubina.

Rozrywka

Ze „Świateł małego miasta” wynika jednak, że działalność kulturalna toczy się przede wszystkim wokół dyskontów. W większości miasteczek rynku bądź w ogóle nie ma, bądź nie odgrywa on żadnej istotnej roli. W przeciwieństwie do sklepów.

„Mieszkańcy pytani o centrum miasta często spontanicznie wymieniają urząd miejski lub market, np. Dino czy Biedronkę” – przytaczają autorzy raportu.

Wiele dyskontów zastąpiło kina czy domy kultury. Dla wielu mieszkańców życie w miasteczku jest więc codziennym ćwiczeniem z utraty tego, co było i do czego się przyzwyczaili. W jednej piątej miejscowości doszło w ostatnich kilkunastu latach do zamknięcia kina.

– Pytanie, czy jest za czym tęsknić? Skoro zamknięto, to znaczy, że ludzie nie chcieli chodzić. A do Biedronki czy Żabki chodzą. Jak jest większy dyskont, to dla wielu jest to nawet atrakcja większa niż kino – twierdzi Sławomir (Lipsk). Jego spostrzeżenia znajdują zresztą oparcie w badaniach. Sklepy są bowiem jednym z najczęściej wybieranych miejsc... na spacer z dziećmi.

„Koncepcja spaceru raczej nie istnieje. Często nie ma dokąd pójść na spacer. Nawet tam, gdzie są parki czy tereny rekreacyjne, w ciągu tygodnia są pustki. Matki z wózkami idą na spacer do i z marketu” – piszą autorzy raportu.

I tu pojawia się pewien paradoks: wiele osób mówi, że chce wyjechać, bo brakuje im dostępu do kultury. Ale gdy zapytać o kulturę – większość twierdzi, że kin czy teatrów nie brakuje, bo „zawsze można podjechać do większego miasta”. Tym bardziej że jest czym. Z Diagnozy Społecznej wynika, że 64 proc. gospodarstw domowych w małych miastach posiada samochód. Średnio na jedno gospodarstwo domowe w miastach do 20 tys. mieszkańców przypada 0,8 samochodu. Więcej aut mają tylko mieszkańcy wsi. Skąd się to bierze? Po pierwsze, z konieczności. Transport publiczny w większości miasteczek obumarł. Jeździ jeden rozklekotany PKS nie częściej niż co dwie godziny. Samochód daje więc wolność wyboru: pracy, rozrywek, życia towarzyskiego i rodzinnego.

– Ja pracuję tu, ale mąż, synowie, każdy w inną stronę. Powinniśmy mieć trzy samochody, ale najmłodszy się zabiera z kolegą. Chciał inną robotę, ale dojazdu nijak nie było – stwierdziła w rozmowie z badaczami kobieta z Wyśmierzyc.

„Jednocześnie, jak już się samochód ma, to jeździ się nim także po mieście częściej, niż wymagałaby tego konieczność: na lody na rynek, do kościoła w niedzielę czy po małe zakupy do lokalnego sklepu. Bo wypada, bo inni patrzą, bo się ma i trzeba się pokazać” – zaobserwowali autorzy raportu.

Samochód to także jeden z najpopularniejszych prezentów dla młodych ludzi, np. za zdanie matury czy dla młodej pary, „by mąż mógł żonę zawieźć do lekarza”. Najczęściej młodzi otrzymują stare volkswageny i często już pełnoletnie BMW.

Autorytety

46 proc. mieszkańców małych miast uważa, że ich miasto jest dobrze zarządzane. To mało. W przypadku miast powyżej 200 tys. mieszkańców twierdzi tak 61 proc. Tyle że w przypadku miasteczek władza to nie tylko burmistrz. Oprócz niego równie ważni, a niekiedy ważniejsi, są dyrektor szkoły, lekarz, komendant straży pożarnej. Nieformalnymi autorytetami są często właściciele sklepów i rodzina burmistrza.

A przedsiębiorcy? To najczęściej tajemniczy dobrodzieje. Dobrodzieje – bo dają pracę. Ale mało kto ich w miasteczkach lubi.

„To osoby postrzegane jako bardzo ważne figury w miasteczkach – dzięki ich przedsiębiorczości część mieszkańców ma stabilną pracę (...). Z drugiej strony przedsiębiorcy zwykle nie integrują się z mieszkańcami, mieszkają na obrzeżach, izolują się. Często wywołują uczucie zazdrości z uwagi na stan posiadania znacząco odbiegający od przeciętnego mieszkańca” – piszą autorzy raportu.

A kościół? Odgrywa coraz mniejszą rolę. Dalej trudno wyobrazić sobie miejską uroczystość bez księdza, ale wraz z wymianą pokoleniową na stanowiskach burmistrzów zmienia się też podejście do kościoła. Ksiądz jest jedną z osób przy stole, ale już rzadko kiedy najważniejszą. Miejskie władze przestają pytać proboszcza o pozwolenie na dokonywanie inwestycji. Kościół zaś, jeszcze bardziej niż kiedyś, staje się przestrzenią służącą pokazaniu się, a nie miejscem nabożeństwa.

Choć i tak władza boska ma większą siłę niż ta świecka ze stolicy. Wielka polityka, którą pasjonują się w Warszawie czy Krakowie, w ogóle nie obchodzi większości mieszkańców miasteczek. Interesuje ich bowiem to, co dotyczy bezpośrednio. Mało ważne więc jest to, co powiedzą Kaczyński i Schetyna. Istotne, co zrobią.

– W ośrodku turystycznym jest więcej gości, widać, że 500 plus działa. Taką polityką to się interesujemy – twierdzi kobieta z Trzebiatowa.

– Polityka jest dalece nieistotna tutaj. To, co mnie obchodzi, to zmiana nazwy ulicy – to z kolei głos z Piechowic.

Co ciekawe, w miasteczkach najczęściej gdy władza centralna coś odbiera, to „odbiera Warszawa”. Gdy zaś coś daje – to „daje Kaczyński”, „daje Tusk”. Dlatego partia będąca u władzy ma łatwiej.

Teraźniejszość

Wydawać się może, że życie w miasteczku to dla większości gehenna. A przedstawiony obraz odpowiada wyobrażeniom: matki chodzące z dziećmi do dyskontu, nastolatek rozbijający się wysłużonym BMW. Obraz ten potwierdzałoby również to, jak mieszkańcy małych miasteczek oceniają reformy przeprowadzone w kraju od upadku PRL-u. Są najbardziej krytyczni ze wszystkich. Gdy bowiem 30 proc. mieszkańców dużych miast uważa, że przemiany w Polsce po 1989 r. się udały, tak podobnego zdania jest zaledwie 16 proc. mieszkańców miast do 20 tys. osób. Dalej wiele osób w Gościnie, Rzepinie czy Kosowie Lackim wspomina z sentymentem czasy Polski Ludowej.

Gdy jednak przyjrzeć się faktom, zmienia się w miasteczkach naprawdę dużo. I to na lepsze. Przede wszystkim dzięki funduszom unijnym. Mieszkańcy niemal wszystkich miejscowości, do których dotarli autorzy „Świateł małego miasta”, przyznają, że dawniej ich miejscowości były bardziej zaniedbane, mniej funkcjonalne. Obecnie zaś powstaje infrastruktura, o jakiej się jeszcze przed dekadą nawet nie marzyło. Odżywają kluby sportowe, bo wreszcie są boiska, na których można trenować. Ba, stawiane są nawet niewielkie budynki klubowe, by na obiektach mogło trenować wiele dzieci. Rzecz w tym, że one wcale się do tego nie garną. Jedno bowiem łączy młodzież i z miasteczek, i z największych miast. Kilkanaście lat temu, niezależnie od jakości infrastruktury, każdy najmniejszy plac zabaw był okupowany. A dziś świecą na nich pustki. Młodzi siedzą w domach, przed komputerami. Bądź co bądź tam – jak już zostało wspomniane – wszyscy są sobie równi.

Projekt „Światła małego miasta” prowadzą Instytut Reportażu i Polskie Towarzystwo Badaczy Rynku i Opinii przy wsparciu Orange i PBS. Całość dostępna jest na stronie SwiatlaMalegoMiasta.pl.

>>> Czytaj też: To już pewne: smartfony osłabiają wyniki uczniów. Dlaczego szkoły wciąż nie chcą zakazać ich używania?