Romerowie napisali tekst o długofalowych skutkach kryzysów finansowych. W gruncie rzeczy da się z niego jednak wyczytać propozycję dość nowatorskiego podejścia do mierzenia stanu zdrowia gospodarki. Takie teksty są istotne z jednego prostego powodu. Ekonomiści (a co za tym idzie: opinia publiczna i politycy) mają w warunkach współczesnego kapitalizmu olbrzymie trudności z wiarygodnym ocenianiem, czym jest, a czym nie jest zdrowa gospodarka.

Zwykły śmiertelnik, który ma wobec ekonomistów wrodzony respekt, żyje pewnie w przekonaniu, że gdzie jak gdzie, ale w gospodarce istnieją wyraźne reguły gry. Jest mityczne PKB, które powinno rosnąć. A jak rosnąć przestaje przez dwa następujące po sobie kwartały, to jest recesja. Jeśli zaś recesja się przedłuża (literatura mówi o trzech, czterech latach albo o spadku PKB rzędu przynajmniej 10 proc.), to jest depresja. Po polsku tego żargonu używa się rzadziej (może dlatego, że wielkiego doświadczenia z depresjami nie mamy). Na ostatnie poważne i długotrwałe epizody gospodarczych problemów (początek transformacji) mówimy zaś raczej kryzys.

Rafał Woś

Rafał Woś

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

W praktyce jednak z takimi książkowymi definicjami bywa różnie. Przed wojną w USA technicznie rzecz biorąc depresje były dwie. W latach 1929–1932 PKB spadło o 33 proc. Potem zaczęło rosnąć. By zaliczyć wielki dołek jeszcze raz między 1937 a 1938 r. (minus 13 proc., bo Roosevelt przedwcześnie zaczął wygaszać programy związane z Nowym Ładem). Z punktu widzenia opinii publicznej mówi się jednak o jednym wielkim kryzysie lat 30. Politycznie przełamanym dopiero wraz z zakończeniem II wojny światowej.

Dodajmy do tego krytykę PKB jako uniwersalnego miernika stanu zdrowia całej gospodarki. Weźmy bowiem dwa okresy szybkiego wzrostu produktu krajowego. Ten w powojennych Niemczech i ten polski z czasów III RP. Tu wzrost i tam wzrost. Różnica polega jednak na tym, że w RFN odbywał się on przy bezrobociu na poziomie 4–5 proc., a w Polsce schodziło ono poniżej 10 proc. tylko okazjonalnie. W efekcie owoce koniunktury trafiały w różne miejsca systemu gospodarczego. W Niemczech do świata pracy (czyli dość szerokiego ogółu obywateli), a w Polsce do kapitału. Mówiąc krótko, zdrowie i choroba gospodarki kapitalistycznej to sytuacje dosyć umowne. I wcale nie jest tak, że dysponujemy dziś dobrym termometrem do sprawdzania, jak daleko jesteśmy od optymalnej temperatury.

W ten sposób wracamy do tekstu Romerów, którzy stworzyli rodzaj miernika sytuacji gospodarczej. Nazywa się to wskaźnikiem trudności finansowych (financial distress). Chodzi przede wszystkim o sytuację na rynku finansowym. A więc o to, czy ludzie poszukujący źródeł finansowania mogą je łatwo zdobyć, zaś ci, którzy go udzielają, mogą się na takie transakcje odważyć. Ten indeks układa się w przedziale od 0 do 15. Zero oznacza sytuację, w której nie ma z finansowaniem większych problemów. A 15 jest momentem, w którym ono w zasadzie ustaje. Zazwyczaj w wyniku ekonomicznego szoku, po którym nikt już nikomu nie ufa i nie chce mu pożyczać pieniędzy.

Tak ustawiony indeks – zachwalają Romerowie – wyprowadza nas ze ślepej uliczki myślenia o recesji (depresji) w kategoriach zero-jedynkowych. Jest recesja? Rany boskie! Nie ma recesji? Wszystko super! Przy czym w praktyce obie te sytuacje może różnić ledwie 0,1 proc. dynamiki PKB oscylującego w okolicach zera. Jeśli się więc za pomocą romerowskiej soczewki popatrzy na najnowsze losy najbardziej rozwiniętych krajów, to widać, że recesja recesji nierówna. Na przykład we Francji poziom trudności finansowych przez całą dekadę utrzymuje się na poziomie 3–6 w skali Romera. W innych zaś (USA) uderza raz, ale za to od razu dochodząc do sufitu (14). To różne modele polityki ekonomicznej. I doprawdy trudno powiedzieć, że jeden jest wyraźnie lepszy albo gorszy.

Oczywiście indeks Romerów dotyczy przede wszystkim stabilności sektora finansowego, a więc krwiobiegu gospodarki kapitalistycznej. Bardzo wyraźnie idzie jednak w kierunku myślenia o desce rozdzielczej pełnej różnych wskaźników, dzięki którym można trochę mniej dogmatycznie odpowiadać na pytanie „Co tam panie w gospodarce?”. Bo to przecież zawsze zależy, kogo i o co właściwie pytamy.

>>> Czytaj też: Balcerowicz: W Polsce zaczynamy mieć „efekt Putina” [WYWIAD]